Nadchodzi azjatycka unia monetarna - Money.pl
 Oceń wpis
   

Nadchodzi azjatycka unia monetarna - Money.pl

W kontekście moich wcześniejszych wypowiedzi:

Unia Euro-Azjatycka - jedyna szansa dla Polski i Europy

EuroAzja - Unia polityczna i gospodarcza

Unia gospodarcza i polityczna z Azją, zwłaszcza z Chinami.

zapraszam do dyskusji.

Marcin Nowak BiznesAzja.pl Rynki azjatyckie

euroasiatime@gmail.com

Nadchodzi azjatycka unia monetarna - Money.pl

Nadchodzi azjatycka unia monetarna
fot: PAP / EPA

W toku trwającego kryzysu finansowego wicepremier Tajlandii Olarn Chaipravat oczekuje poważnych zmian azjatyckiego systemu walutowego oraz podniesienie rangi regionu w światowym systemie finansowym.

Według wicepremiera główną rolę odegrają Chiny, które wykorzystają osłabienie państw G8, aby stać się globalną podporą stabilności.

- Azja jest na dobrej drodze by stać się nową podporą światowego systemu finansowego - powiedział odpowiedzialny za sprawy gospodarcze wiceszef tajlandzkiego rządu. Są oznaki, że Chiny są po raz pierwsze gotowe do objęcia wiodącej regionalnej i globalnej roli w sprawach walutowych i finansowych.

Dotychczas, poza polityczną powściągliwością Pekinu, przeszkodą jest jeszcze nie do końca wymienialny juan. - Jednak rozluźnienie chińskiego systemu walutowego jest tylko kwestią miesięcy, szacuje Olarn Chaipravat.

http://www.money.pl

 

Komentarze (2)
Premier podsumowuje wizytę w Chinach
 Oceń wpis
   

Premier podsumowuje wizytę w Chinach

Premier Donald Tusk powiedział, że celowo nie poruszał kwestii praw człowieka podczas wizyty w Pekinie, bo w imieniu krajów europejskich zrobiła to Unia.
Podkreślił, że Polska domaga się poszanowania praw człowieka w tym kraju, ale chce łączyć to z dobrymi stosunkami gospodarczymi z Chinami. Donald Tusk zaznaczył, że jego zdaniem skuteczniejszą metodą wywierania nacisku na Chiny jest wpływanie na stanowisko Unii Europejskiej w tej sprawie.

W czasie wizyty w Chinach prezydent spotkał się między innymi z przywódcami Pakistanu i Korei Południowej. Z premierem Pakistanu Jusafem Razą Gilanim Donald Tusk rozmawiał o sytuacji porwanego w tym kraju Polaka i wspólnych staraniach na rzecz jego uwolnienia. Z kolei rozmowa z przedstawicielami Korei Południowej, z którą - jak podkreślił premier - mamy tradycyjnie dobre stosunki, dotyczyła możliwości współpracy przy budowie elektrowni jądrowej.

Po pięciu dniach pobytu w Chinach polska delegacja wraca do kraju. W opinii szefa rządu, nastąpiło nowe otwarcie w relacjach polsko-chińskich.

www.wiadomosci24.pl

biznesazja.bblog.pl/wpis,premier;podsumowuje;wi...

Więcej o wizycie Premiera Tuska w Chinach:

www.BiznesAzja.pl Rynki azjatyckie

Komentarze (0)
LEKCJA CHIŃSKIEGO TUSKA
 Oceń wpis
   

LEKCJA CHIŃSKIEGO TUSKA
23 października 2008 12:23
Autor: Piotr Gadzinowski

Premier Tusk poleciał do Chin na szczyt Azja- Europa. I już wiadomo, że bardzo zadowolony jest . Premiera Tuska przyjął prezydent Chin Hu Jintao i premier Wen Jiabao. Przy okazji spotkał się też z Nguyen Tan Dungiem premierem Wietnamu, kraju znakomicie się ostatnio rozwijającego.
Tym razem premier RP o bojkocie „ komunistycznych", „ totalitarnych "Chin" nie wspominał. Zmądrzał widocznie, oby mu mądrość po powrocie nie wyparowała. Towarzyszący Tuskowi minister Sławomir Nowak zapiał do mediów z zachwytu, że strona chińska podniosła rangę protokólarną wizyty uznając to za „ wyraz szczególnego partnerstwa „, , kolejny sukces premiera. W domyśle to dowód, że Chińczycy zapomnieli o bojkocie władz polskich Olimpiady w Pekinie.
Nie zapomnieli na pewno, ale władze chińskie dbają o promocje swoich firm. Teraz nadarza się okazja, by wygrać kilka prestiżowych kontraktów w Polsce, wejść na rynek Europy Środkowo-Wschodniej. Komuniści chińscy w takich przypadkach nie kierują się ideologią. Przyjmą, dopieszczą każdego liberała, bo dla nich nadrzędnym jest interes państwa , czyli chińskich firm. Warto skorzystać z tej lekcji protekcjonizmu.
Co dalej ?
Dobrze, że premier RP leci do Chin by przyciągać chińskie firmy. Już na wieść o nich potaniały oferty faktycznych monopolistów -europejskich branż budowlanych. Ale po tej , podniesionej rangą wizycie, warto zorganizować następną, by w Chinach premier mógł sprzedawać oferty polskich firm. Warto wybrać się do Wietnamu, bo tam nie ma jeszcze tak silnej konkurencji jak w Chinach.
Warto by do Chin poleciał też prezydent RP, ma zaproszenie. I wtedy nie należy wrzucać mu po programu wizyty obligatoryjność rozmów o Tybecie, Tajwanie i paru innych tematach uznanych przez Chińczyków za „ wewnętrzne sprawy". Nie warto walczyć z prezydentem RP na terytorium Państwa Środka.
Warto też by do Chin poleciała delegacja parlamentu. Pan marszałek ma zaproszenie, grupa parlamentarna też . W czerwcu Sejm chciała odwiedzić delegacja parlamentarna Chiny -UE. Strona polska inicjatywy nie podjęła, parlamentarzyści chińscy polecieli do Rumunii.
Warto współpracować z polskimi eurodeputowanymi aktywnymi w parlamentarnej grupie Unia Europejska- Chiny . Jej wiceprzewodniczący Bogdan Golik z Komisji Rolnictwa europarlementu ma gotowy cały pakiet działań promujących polską żywność na chłonnym chińskim rynku. I nie tylko żywność.
Wizyty polityczne ożywią zamrożone po olimpijskim bojkocie wizyty chińskie w Polsce. Trzeba naciskać na odłożoną wizytę chińskich służb weterynaryjnych potrzebną do intensyfikacji eksportu polskiego mięsa.
Rząd musi odważyć się i wprowadzić jednoroczne wizy dla Chińczyków i Wietnamczyków z prawem do pracy w branży budowlanej i półroczne do prac sezonowych w rolnictwie. / Wietnamczycy obniżą ceny chińskich usług /. Zliberalizować wydawanie wiz dla chińskich studentów. Było nieźle , ostatnio znów słyszę o nieuzasadnionych odmowach.
Zapewne po chińskiej wizycie pan premier wróci przekonany, że należy stworzyć lobby promujące polskie produkty w Chinach . Pluralistyczne , bez partyjnych sympatii.
Zachęcam by pan premier, jego służby sprawdziły ; ile obecnie zatrudnionych osób w administracji państwowej, w instytucjach odpowiedzialnych za kontakty z Chinami zna język chiński , lub uczy się chińskiego. Język którym mówi jedna trzecia ludności świata. Od tego trzeba zacząć lekcje sukcesu chińskiego.

gadzinowski.bloog.pl/d,23,m,10,r,2008,index.html

Forum: EuroAzja - Unia polityczna i gospodarcza

http://www.goldenline.pl

Komentarze (0)
RZĄD POKOCHAŁ KOMUNISTÓW
 Oceń wpis
   

RZĄD POKOCHAŁ KOMUNISTÓW
Autor: Piotr Gadzinowski
23 sierpnia 2008

" Jak trwoga to do Boga " - mawiało się w świętym mieście Częstochowie. Zatrwożeni widmem klęski w przygotowaniu EURO 2012 wicepremier Schetyna i minister od sportu Drzewiecki pośpiesznie polecieli do Pekinu. Wabić chińskie firmy. Media krajowe gromko zakrzyknęły : " Cała nadzieja w Chińczykach " i rozpływały się nad chińskim tempem prac, rozmachem, nawet jakością robót. I cały czas powtarzały słowa ministra Drzewieckiego, że Chińczycy wybudują nam stadiony, drogi, a nawet metro o połowę taniej niż podłe firmy z Europy, z Zachodu. Ocalą nasz honor - honor narodu sprawnego organizacyjnie, słownego, dotrzymującego umówionych terminów. Katolicki naród polski uwierzył w Chińczyków.

A jeszcze wczoraj premier Tusk ogłaszał bojkot chińskiej Olimpiady. Deklarował, że na jej inaugurację nie poleci, chociaż nawet zaproszenia jeszcze wtedy nie miał. Media krajowe prześcigały się w zohydzaniu złych, bo " komunistycznych " Chin. Gnębiących Tybe , Ujgurów i wszystkich innych wokoło. Media krajowe trzęsły się z oburzenia na wieść o wyzysku chińskich robotników przez chińskie firmy. Potęgowały informacje o obozach pracy, o ciężko pracujących dzieciach, w ogóle o ciężko pracujących ludziach w tych wstrętnych " komunistycznych " Chinach. I potem wystarczył jeden wyjazd ministra Drzewieckiego do Pekinu i już Chiny są w porządku. Co mu ci komuniści zaaplikowali, że mózg członkowi rządu RP tak sprawnie wyprali ?

Pokazali mu jedynie chińską komunistyczną wydajność pracy, komunistyczne technologie. Wyższe od zachodnich, kapitalistycznych. I koszty inwestycji. Niższe od zachodnich, kapitalistycznych. Udowodnili mu, prezentując olbrzymie osiągnięcia chinskiej gospodarki, że są w stanie wybudować infrastrukturę na EURO szybciej i taniej, niż dostępne w Polsce zachodnie oferty. Potęga chinskiej gospodarki pozwoliła uwierzyć polskim ministrom, że EURO 2012 może się udać. Jeśli tylko Chińczycy, niczym Sobieski pod Wiedniem, przyjdą nam z pomocą. Wtedy rzecz jasna nie będziemy biadolić nad wyzyskiem, ciężką pracą chińskich robotników. Bo to będzie pot i wyzysk w słusznej, polskiej sprawie.

Pozostaje jeden ważny drobiazg. W czasie chińskich igrzysk polskie media prześcigały się w organizowaniu różnych form ich bojkotu. Bo to komunistyczne igrzyska na komunistycznych stradionach. Redaktor Igor Janke gromko wzywał do protestacyjnego odsyłania koszulek chińskiej produkcji do ambasady ChRL w Warszawie. Inny poszedl na całość i odesłał nawet myszkę do komputera nie licząc się z własnymi finansowymi stratami. Ale czego się nie robi dla idei. Wzywano, by bojkotować wszystko co chińskie, także niechińskich sponsorów Olimpiady. Jak zachowają się teraz i w przyszłości ci zapaleni antykomuniści i bojkotowicze Chin, kiedy komunistyczne Chiny wybudują nam stadiony, drogi i bardzo tanio metro ? Gdyby byli konsekwentni w swych poglądach to powinii wzywać do bojkotu tych komunistycznych obiektów, do nieoglądania komunistycznych stadionów i do niewchodzenia do komunistycznego metra. Zapewne, jak to w Polsce bywa, będą udawać, że nic się nie stało, zbiorowo zapominać o idiotycznym, szkodzącym polskim interesom, bojkocie .

A rząd RP już zaczyna kochać komunistyczne Chiny. Nie dziwmy się temu. Polska prawica nawet chińskich komunistów pokocha .

Za takie obiecane pieniądze.

gadzinowski.bloog.pl/id,3652344,page,2,index.ht...

Komentarze (0)
Europejczycy i Amerykanie tracą wpływy
 Oceń wpis
   

Europejczycy i Amerykanie tracą wpływy
Anna Słojewska 24-09-2008

W głosowaniach dotyczących praw człowieka i wizji państwa prawa większość krajów głosuje dziś tak jak Chiny i Rosja. Głos Unii Europejskiej i USA jest coraz słabszy

Eksperci Europejskiej Rady Stosunków Zagranicznych (ECFR) przejrzeli wyniki głosowań w ONZ od lat 90. ubiegłego wieku. Zauważyli, że wizję sprawiedliwego świata według Europy podzielało w latach 90. ponad 70 procent państw członkowskich, a w czasie ostatnich dwóch sesji Zgromadzenia Ogólnego już tylko odpowiednio 48 i 55 procent. W przypadku Rosji i Chin tendencja jest odwrotna. Poparcie dla ich propozycji wzrosło z 50 procent w latach 90. do ponad 70 procent dziś.

Ta tendencja stała się szczególnie widoczna w 2008 roku, gdy UE próbowała pozyskać ONZ dla swojej polityki wobec Birmy i Zimbabwe. Bez skutku. – A to tylko ostatnie klęski z całej listy sięgającej od Kosowa do Darfuru – zauważają autorzy raportu.

Jeszcze boleśniej izolację na arenie międzynarodowej odczuwają USA. W ciągu dekady poparcie dla ich projektów spadło z 77 do 30 procent.

Według ECFR głoszona przez Rosję i Chiny zasada prymatu suwerenności i niedopuszczania międzynarodowej interwencji ma coraz więcej sojuszników. Dla wielu krajów jest to wygodne, inne zostały pozyskane dzięki zabiegom dyplomatycznym. W tym – według ECFR – Chiny i Rosja są lepsze od skupionej na sprawach wewnętrznych UE.

Unia musi dziś znów wyraźnie bronić praw człowieka – wynika z raportu. Jednocześnie powinna wzmocnić wysiłki dyplomatyczne. Mogłaby to robić choćby z pomocą Francji, wykorzystując jej dobre relacje z krajami frankofońskimi, oraz Wielkiej Brytanii mającej tradycyjne wpływy w krajach Wspólnoty Narodów.
Rzeczpospolita
www.rp.pl/artykul/195075.html

Komentarze (0)
Pekin zatriumfował nad podzielonym Zachodem - Dziennik.pl
 Oceń wpis
   

Pekin zatriumfował nad podzielonym Zachode

Cezary Michalski: Pekin zatriumfował nad podzielonym Zachodem

Wielu z nas głośno protestowało przeciwko chińskim represjom w Tybecie, ale nasi przedstawiciele zjawili się na olimpiadzie milczący, z podkulonym ogonem - pisze w DZIENNIKU Cezary Michlaski.


Chiny wygrały olimpiadę w Pekinie. Nie tylko w klasyfikacji medalowej, wygrały ją politycznie. Po szesnastu dniach olimpijskich zmagań władze w Pekinie udowodniły zarówno własnym obywatelom, jak też Zachodowi, że zbudowały mocarstwo. Powiedzmy skromnie - lokalne, ale tak czy inaczej takie, którego nikt nie jest w stanie skutecznie ukarać za nieprzestrzeganie podstawowych, wcale nie zachodnich, ale ogólnoludzkich standardów w dziedzinie praw człowieka, wolności politycznych itp.

Chiny przetestowały Zachód, który okazał się politycznie słabszy, niż jest, gospodarczo i cywilizacyjnie. Jeszcze przed paroma miesiącami wielu z nas głośno protestowało przeciwko chińskim represjom w Tybecie. Ale na olimpiadzie nasi polityczni i sportowi przedstawiciele zjawili się milczący, z podkulonym ogonem, zafascynowani tym, co w Chinach jest realnym osiągnięciem cywilizacyjnym, ale także chińskimi wsiami potiomkinowskimi, fasadą, żywymi obrazami. Protestujący na Zachodzie aktywiści, obojętna większość sytych zachodnich społeczeństw i nadmiernie ostrożni politycy nie zbudowali razem żadnej wspólnej strategii nacisku na władze w Pekinie. Przez cały czas trwania igrzysk represjonowano uczestników nieśmiałych protestów, wyrzucano z Chin obcokrajowców, którzy w tych protestach uczestniczyli albo chcieli o nich światu opowiedzieć.

Jak z nieba Pekinowi spadł prezent w postaci konfliktu rosyjsko-gruzińskiego, który w konsekwencji okazał się być konfliktem Rosji z Zachodem. Zachód nie może prowadzić wojny na dwóch frontach, zarówno z Chinami, jak i z Rosją. Nie powinien na obu kapitulować, ale jeśli chce wywrzeć skuteczny nacisk na Rosję, musi udawać, że w stosunkach z Chinami wszystko jest w porządku.

Następne letnie igrzyska odbędą się w Londynie, stolicy demokratycznego Zachodu. Tylko od nas zależy, czy najbliższe cztery lata zostaną zmarnowane, Amerykanie dalej będą się kłócić z Europejczykami o przywództwo, Europejczycy będą się kłócić między sobą, blokując integrację kontynentu... Ale może dzisiejsza bezradność wobec Chin uzupełniona bezradnością wobec Rosji czegoś nas nauczy. Że w dzisiejszym świecie Zachód musi być silny i zwarty. Nie po to, żeby prowadzić wojnę, chociażby zimną. Ale po to, by nowe mocarstwa, Chiny, Rosja, a wkrótce być może Indie czy Iran -traktowały nas jak partnera. A nie jak bandę pokłóconych, chciwych dzieciaków, które trochę więcej wygody i luksusu, sprzedadzą swoich sojuszników, swoje wartości, a w końcu i samych siebie.

Cezary Michalski

www.dziennik.pl/opinie/article227642/Pekin_zatr...

Komentarze (0)
Chiny i Tadżykistan doszły do porozumienia
 Oceń wpis
   

Chiny i Tadżykistan doszły do porozumienia 

27 sierpnia przebywający z wizytą w Tadżykistanie przewodniczący Chin Hu Jintao przeprowadził w Dushanbe rozmowę z prezydentem tego kraju Emomalim Rakhmonem. Obie strony doszły do porozumienia w sprawie wszechstronnego pobudzania dobrosąsiedztwa i współpracy na zasadzie wzajemnych korzyści, wzmacniania współpracy w ramach Shanghajskiej Organizacji Współpracy, utrzymania pokoju i stabilności regionu.

Hu Jintao aktywnie ocenił rozwój chińsko-tadżykistańskich stosunków od ich nawiązania 16 lat temu. Zaznaczył on, że rozwój dobrosąsiedzkiej współpracy między Chinami i Tadżykistanem jest planowaną wytyczną Chin. Strona chińska jest gotowa razem z Tadżykistanem czynić wysiłki na rzecz wzmacniania wzajemnego zaufania i wsparcia oraz pobudzania wspólnego rozwoju.

Emomali Rakhmon żywił nadzieję na powiększenia współpracy obustronnej w dziedzinach gospodarczo-handlowej, komunikacji, górnictwa i innych. Zaznaczył on, że Tadżykistan stanowczo popiera politykę jednych Chin.

polish.cri.cn/177/2008/08/27/2s80884.htm

Komentarze (0)
Rosja i Chiny zakończyły 40-letni spór o granicę
 Oceń wpis
   

Rosja i Chiny zakończyły 40-letni spór o granicę

Tatiana Serwetnyk 22-07-2008, ostatnia aktualizacja 22-07-2008 02:47

Szefowie rosyjskiej i chińskiej dyplomacji, Siergiej Ławrow i Yang Jiechi, podpisali w Pekinie porozumienie, które reguluje przebieg granicy wzdłuż rzeki Amur

Podczas oficjalnej wizyty w Pekinie minister Ławrow przekonywał, że współpraca z Chinami pozostaje priorytetem rosyjskiej polityki. – Osiągnęliśmy kompromis w sprawie granicy, kierując się interesem dobrosąsiedztwa i przyjaźni – mówił szef MSZ Rosji. To Moskwa musiała pójść na ustępstwa. Po 40 latach sporu wokół wysepek na Amurze przekazała Chińczykom teren o powierzchni 174 km kw. w regionie Chabarowska. „To prezent przed olimpiadą w Pekinie” – napisała gazeta „Wzgliad”.

Po stronie Chin znalazła się wyspa Tarabarow i część wyspy Wielka Ussuryjska. „Tarabarow jest bezludny, a na Ussuryjskiej znajduje się kilka prywatnych działek i rosyjskie budki kontroli granicznej” – podało Radio Echo Moskwy.

Słuchacze rozgłośni różnie oceniali porozumienie z Chinami. Jedni twierdzili, że władza rosyjska zachowała się słusznie, inni, że lekkomyślnie i z pozycji słabszego.

Przedstawiciel Kraju Chabarowskiego Wiktor Ozierow przyznał, że trudno mu się pogodzić z myślą o utracie terytorium należącego do Rosji.

Moskwa toczy spór o granicę z wieloma państwami. Najdłuższy dotyczy Wysp Kurylskich, do których pretensje rości Japonia. Z tego powodu oba mocarstwa nadal nie podpisały traktatu pokojowego, formalnie kończącego drugą wojnę światową. Zwrotu Karelii utraconej na rzecz ZSRR żądają z kolei od Kremla niektóre partie polityczne w Finlandii. Rosji brakuje porozumień granicznych także z krajami byłego ZSRR, m.in. z Estonią. Sprawa została zawieszona, gdy Tallin potępił oficjalnie sowiecką okupację.

Z Ukrainą nie uregulowano nadal granicy morskiej w Cieśninie Kerczeńskiej i na Morzu Azowskim.

Rzeczpospolita

http://www.rp.pl/artykul/165931.html

Komentarze (0)
Rosyjskie propozycje dotyczące ogólnoeuropejskiego szczytu
 Oceń wpis
   

Przyczyny rosyjskiej propoyzcji dotyczącej ogólnoeuropejskiego szczytu - komentarz CRI Chińskie Radio Międzynarodowe Sekcja Polska

18.07.2008 CRI

Prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew spotkał się 16 lipca w Moskwie z prezydentem Włoch Giorgio Napolitano. Podczas spotkania Miedwiediew ponownie wystosował propozycję zwołania ogólnoeuropejskiego szczytu i rozpoczęcia negocjacji na temat nowego układu o bezpieczeństwie w Europie. Miedwiediew przedstawił taką propozycję już po raz drugi od czerwca bieżącego roku. Przyczyny, dla których Rosja aktywnie dąży do zwołania europejskiego szczytu bezpieczeństwa, stały się obiektem powszechnego zainteresowania.

W czerwcu br., podczas wizyty w Niemczech, Miedwiediew po raz pierwszy wystosował propozycję zwołania ogólnoeuropejskiego spotkania na szczycie. Proponował wtedy, żeby podczas jego obrad wynegocjować nowy układ o bezpieczeństwie europejskim, który stanowiłby podstawę prawną dla zapewnienia bezpieczeństwa Europy w przyszłości. Składając tę propozycję Miedwiediew stwierdził, że nadszedł już odpowieni czas na ustalenie nowej umowy dotyczącej bezpieczeństwa Europy. Rosyjski prezydent powiedział, że należy rzetelnie „wyjaśnić" wszystkie istniejące obecnie „kwestie będące w centrum zainteresowania", w przeciwnym bowiem wypadku budowa prawdziwej „Wielkiej Europy" będzie niemożliwa.

15 lipca opublikowane zostały założenia rosyjskiej polityki zagranicznej zatwierdzone przez prezydenta Miedwiediewa. Podczas odbywającej się tego samego dnia konferencji rosyjskich ambasadorów akredytowanych za granicą mówiąc o problemie bezpieczeństwa Europy Miedwiediew ponownie oświadczył, że należy przeprowadzić reformę ładu europejskiego i światowego. Stwierdził on, że rozmieszczenie elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Polsce i w Czechach narusza ramy bezpieczeństwa, które przez kilkadziesiąt lat chroniły pokój w Europie. Z powodu tarczy antyrakietowej ramy bezpieczeństwa europejskiego mogą zostać zniszczone. Jeśli jedna ze stron naruszy ten strategiczny element, wspólna spuścizna bezpieczeństwa przestanie istnieć. Miedwiediew oświadczył, że Rosja promuje nowy układ o bezpieczeństwie Europy oraz stworzenie prawdziwie otwartego systemu bezpieczeństwa euroatlantyckiego. Na tej podstawie 16 lipca Miedwiediew ponownie wystosował propozycję zwołania ogólnoeuropejskiego szczytu podczas rozmów z włoskim prezydentem Giorgio Napolitano.

Rosja jest potężnym państwem, którego terytorium leży w Europie i Azji i które przywiązuje wielką wagę do spraw europejskich. Ważność Europy dla Rosji jest bezdyskusyjna. Miedwiediew podkreśla, że bez Rosji Europa nie jest prawdziwą Europą. Przywódcy innych państw europejskich również dostrzegają fakt, że bez współpracy z Rosją nie da się zapewnić Europie prawdziwego bezpieczeństwa. W ciągu ostatnich lat, wraz z drugą rundą rozszerzenia NATO na wschód i poszerzaniem się Unii Europejskiej, rosyjska przestrzeń strategiczna w Europie uległa ograniczeniu, zwłaszcza od roku 2007, tj. od kiedy Stany Zjednoczone aktywnie działają na rzecz rozmieszczenia w Europie Wschodniej elementów tarczy antyrakietowej. To już jest „ogromne zagrożenie" dla bezpieczeństwa Rosji, w związku z czym „najpilniejszym zadaniem" dla Rosji jest stworzenie nowego mechanizmu bezpieczeństwa europejskiego.

Analitycy zwracają uwagę na fakt, że Miedwiediew ostatnio wielokrotnie wspominał o kwestii mechanizmu bezpieczeństwa i ustaleniu nowego układu o bezpieczeństwie europejskim. W założeniach polityki zagranicznej Rosji również znajdujemy wyraźne i precyzyjne zapisy w tej sprawie. Pokazuje to, że Rosja utraciła wiarę w obecne mechanizmy bezpieczeńswa w Europie i zamierza tworzyć nowe. To właśnie jest główną przyczyną wielokrotnego wysuwania przez Rosję propozycji zwołania europejskiego szczytu.

Analitycy wskazują jednak, że w miarę rozszerzania Unii Europejskiej interesy państw europejskich ulegają dywersyfikacji. Zwłaszcza wiele nowych państw członkowskich UE nie ufa Rosji. W takiej sytuacji rosyjski postulat zwołania szczytu prawdopodobnie trudno będzie spełnić.

http://polish.cri.cn/177/2008/07/18/21s78791.htm

Komentarze (0)
Unia Euro-Azjatycka - jedyna szansa dla Polski i Europy
 Oceń wpis
   

Unia Euro-Azjatycka - jedyna szansa dla Polski i Europy

Od kilku lat przyglądam się zmianom zachodzącym w światowym układzie sił. Mieszkając na przełomie wieków przez kilka lat na Dalekim Wschodzie, miałem okazję obserwować jak Azja staje się centrum gospodarczym i kulturowym świata.
Poznając bliżej kultury azjatyckie i mentalność ludzi wschodu, można było łatwo przewidzieć, że to te kultury i ich przedstawiciele będzie dominować w XXI wieku, nie tylko w gospodarce, ale i w kreowaniu globalnej rzeczywistości społecznej.

Uznawane dotychczas za centrum Stany Zjednoczone, od wielu lat idą w kierunku samounicestwienia. Pomimo, że na powierzchni Ameryka mogła sprawiać wrażenie silnej i bogatej, jej ukryte korzenie były jednak przegniłe i słabe. Ameryka chyli sie ku upadkowi, co widać już od kilkunastu lat.

Przeciwnie w kulturach azjatyckich. Tam dopiero od niedawna istnieją warunki do swobodnego rozwoju. Przez lata możliwości zaprezentowania drzemiącego w ukryciu ogromnego i świeżego potencjału ludzkiej myśli były ograniczone. Azja posiada jednak silne i zdrowe korzenie, które pozwalają jej na tworzenie nowego centrum dla globalnej gospodarki, a co za tym idzie, także kultury.
To Azja będzie w bardziej lub mniej subtelny sposób ustanawiać warunki stabilnego i prężnie się rozwijającego ładu światowego w XXI wieku. Robi to zresztą już od kilku lat.

Europa ma szansę przetrwać i odrodzić się w nowej rzeczywistości, stopniowo zacieśniając współpracę z krajami azjatyckimi i tworząc za kilkanaście lat silną Unię Euro-Azjatycką z Azją. Wiedzą już to Niemcy, Francuzi i Brytyjczycy.

Już dziś są bardzo jasno widoczne dwa kierunki współpracy. Rosja i Chiny stają się podstawą egzystencji gospodarczej społeczeństw Starej Europy, natomiast państwa Bliskiego Wschodu stają się nowym źródłem kulturowych i ekonomicznych wzorców dla Europy.

Polska jest w doskonałej sytuacji, ponieważ ma szansę stać się dla Europy pomostem do Azji.
Już dziś powstaje linia kolejowa łącząca Hamburg z Pekinem, biegnąc przez Polskę. Przez Polskę płynie ropa i gaz do krajów Europy Zachodniej. Z dnia na dzień przybywa w Polsce inwestorów chińskich, indyjskich i rosyjskich. Jednak, w kontekście ostatnich wydarzeń, jasno widać krótkowzroczność polskich " elit władzy " w zakresie polityki międzynarodowej.

Polska i Europa znalazła się w przełomowym momencie. Im szybciej sobie z tego zdamy sprawę, tym szybciej i sprawniej dostosujemy się do nowych realiów gospodarczych i społecznych XXI wieku. Wieku Azji, czy wieku EuroAzji, to zależy od nas.

Zapraszam do dyskusji.

Marcin Nowak - Entuzjasta Unii Euro-Azjatyckiej i długofalowego partnerstwa politycznego i gospodarczego z Chinami, Rosją i innymi państwami azjatyckimi.

EuroAsiaTime Group / BiznesAzja.pl Rynki azjatyckie

Kontakt: bizneshandel@gmail.com

Komentarze (2)
Ameryka dokonuje w Iraku rozboju w biały dzień
 Oceń wpis
   

Ameryka dokonuje w Iraku rozboju w biały dzień

Globalny napad z bronią w ręku

sobota 19 lipca 2008 Dziennik.pl

Jak zarobić na katastrofach

Im gorzej, tym lepiej

Naomi Klein regularnie pojawia się w rankingach najbardziej wpływowych intelektualistów świata. Jest chyba najbardziej znaną postacią ruchu alterglobalistycznego. Zawdzięcza to głównie książce: "No Logo", światowemu bestsellerowi przetłumaczonemu na niemal 30 języków (po polsku ukazał się w 2004 roku). Demaskowała w nim praktyki wielkich korporacji, które skazują całe regiony świata na ekonomiczny zastój. Ostatnio w ogniu krytyki Klein znalazła się jeszcze inna cecha globalnego kapitalizmu: to, że usiłuje on (z niemałym zresztą sukcesem) czerpać zyski z katastrof, a zwłaszcza strachu przed nimi. Świat boi się szalejących cen ropy? Wielkie koncerny zagarniają dla siebie irackie złoża tego surowca, deklarując, że to właśnie rozwiąże kryzys. Biedne kraje obawiają się głodu? Amerykańscy producenci żywności chętnie im pomogą pod warunkiem jednak... otwarcia rynku na nieograniczony eksport z USA. I tak dalej, i tak dalej - "katastroficzny kapitalizm" bezlitośnie wykorzystuje każdą okazję pomnożenia własnych zysków. Im gorzej, tym lepiej, im większe zagrożenie, tym większe potencjalne profity. Tę zabójczą logikę całkowicie zaakceptowała zdaniem Klein rządzona przez neokonserwatystów Ameryka. Przy życzliwym wsparciu administracji prezydenta Busha korporacje domagają się dziś likwidacji ekologicznych ograniczeń i pełnego dostępu do wszelkich zasobów surowcowych. Wszystko to zaś pod pretekstem ratowania świata. Czy świat zdoła przetrwać tę "ratunkową" operację?

Odkąd cena ropy przekroczyła 140 dolarów za baryłkę, nawet najbardziej prawicowi dziennikarze radiowi i telewizyjni muszą udowadniać swoje populistyczne referencje, poświęcając część każdego programu na piętnowanie pazernych nafciarzy. Niektórzy posuwają się nawet do tego, że zapraszają mnie na przyjazną pogawędkę o perfidnym nowym zjawisku: "kapitalizmie katastroficznym". Z reguły idzie nam dobrze - ale tylko do pewnego momentu.

Na przykład dziennikarz radiowy Jerry Doyle - "niezależny konserwatysta" - i ja rozmawialiśmy sobie nader sympatycznie o nieuczciwych firmach ubezpieczeniowych i nieudolnych politykach, aż do chwili, gdy Doyle oznajmił: "Myślę, że mam szybki sposób na obniżenie cen benzyny. Zainwestowaliśmy 650 miliardów dolarów w wyzwolenie 25-milionowego narodu. Czy nie powinniśmy zażądać, żeby dał nam ropę? W godzinach szczytu w Lincoln Tunnel (znany tunel pod rzeką Hudson w Nowym Jorku - przyp. red.) powinien się robić korek cystern wiozących ropę i pisma z podziękowaniami od rządu irackiego. Powinniśmy dostawać tę ropę za darmo. Zainwestowaliśmy w wyzwolenie kraju. I problem rozwiązany - ceny benzyny zejdą w dół w ciągu dziesięciu dni, a nie dziesięciu lat".

Plan Doyle'a nastręcza oczywiście paru problemów. Po pierwsze, byłby to największy napad z bronią w ręku w dziejach ludzkości. Po drugie, niezależny konserwatysta trochę się z nim spóźnił: już teraz robimy skok na iracką ropę, a w każdym razie jesteśmy tego bliscy. Minęło dziesięć miesięcy od publikacji mojej książki "The Shock Doctrine: The Rise of Disaster Capitalism", w której dowodzę, że dzisiejszą preferowaną metodą przekształcania świata w interesie korporacji międzynarodowych jest systematyczne wykorzystywanie stanu strachu i dezorientacji towarzyszącej momentom wielkiego szoku i kryzysu. Ponieważ światem wstrząsają liczne kryzysy, jest to odpowiednia chwila na sprawdzenie, jak i gdzie ta strategia jest stosowana.

Kapitaliści katastroficzni są ostatnio bardzo zajęci - prywatni strażacy gaszą pożary w północnej Kalifornii, w spustoszonej przez cyklon Birmie grabi się ziemię, a przez Kongres przepychana jest ustawa o mieszkalnictwie. Nie pomoże ona ludziom, których w tej chwili nie stać na mieszkanie, przerzuca natomiast część strat wynikających ze złych długów hipotecznych z banków na podatników. Nic dziwnego, że w korytarzach Kongresu nazywa się ją "Planem Credit Suisse" - od jednego z banków, który wystąpił z tą szlachetną inicjatywą.

Irak - doprowadziliśmy go do bankructwa, teraz go wykupujemy

Te przedsięwzięcia kapitalizmu katastroficznego są jednak amatorszczyzną w porównaniu z tym, co dzieje się w irackim przemyśle naftowym.

Zaczęło się od bezprzetargowych kontraktów na obsługę dla ExxonMobil, Chevronu, Shella, BP i Totalu (jeszcze nie zostały podpisane, ale wszystko jest na dobrej drodze). W płaceniu korporacjom międzynarodowym za ich fachowość nie ma niczego niezwykłego. Dziwne jest to, że większość kontraktów otrzymują koncerny petrochemiczne, a nie wydobywcze. Jak mówi londyński ekspert naftowy Greg Muttit, przyjęte rozwiązanie ma sens tylko w kontekście doniesień, że koncerny wydobywcze zażądały prawa pierwokupu do przyszłych kontraktów na zarządzanie irackimi polami naftowymi i produkcję ropy. Innymi słowy, inne firmy będą mogły startować w przetargach, ale te koncerny wygrają.

Tydzień po ogłoszeniu bezprzetargowych umów petrochemicznych świat mógł zobaczyć, o jaką stawkę toczy się gra. Po latach zakulisowych przepychanek Irak oficjalnie udostępnia sześć spośród swoich największych pól naftowych - z mniej więcej połową znanych zasobów - zagranicznym inwestorom.

Według irackiego ministra energetyki kontrakty długoterminowe zostaną podpisane w ciągu roku. Chociaż firmy zagraniczne oficjalnie będą podlegały Irackiemu Narodowemu Przedsiębiorstwu Naftowemu (INOC), otrzymają 75 procent udziałów. O tego rodzaju proporcjach nie słyszano w naftowych krajach arabskich i perskich, gdzie uzyskanie większościowej kontroli państwa nad petrozasobami było najważniejszym zwycięstwem w antykolonialnej walce.

Według Muttita do tej pory zakładano, że koncerny międzynarodowe będą sprowadzane po to, by otwierać nowe pola naftowe, a nie przejmować te, które już produkują ropę, a zatem wymagają minimalnego wsparcia technicznego: "W ramach dotychczasowej polityki te pola zawsze przydzielano Irackiemu Narodowemu Przedsiębiorstwu Naftowemu".

25-procentowy udział INOC jest całkowitym odwróceniem tej polityki.

Dlaczego w Iraku, który tak wiele już wycierpiał, możliwe są takie machinacje? Paradoksalnie to właśnie nieustanny kryzys w tym kraju służy jako uzasadnienie dla układu, który grozi odebraniem budżetowi państwa głównego źródła dochodu. Logika jest następująca: iracki przemysł naftowy potrzebuje zagranicznego know-how, ponieważ lata surowych sankcji zahamowały dopływ nowych technologii, a inwazja i późniejsza przemoc doprowadziły do dalszej degradacji. A Irak musi pilnie zwiększyć produkcję ropy. Dlaczego? Znowu z powodu wojny. Kraj jest spustoszony, a miliardy rozdane zachodnim przedsiębiorstwom w ramach kontraktów nie pomogły w jego odbudowie. I tutaj wkraczają do akcji nowe kontrakty bezprzetargowe: przyniosą większe zyski, ale Irak stał się tak niebezpiecznym miejscem, że międzynarodowych potentatów naftowych trzeba jakoś skłonić do podjęcia ryzyka inwestycyjnego. Czyli inwazja na Irak staje się argumentem za jego późniejszą grabieżą.

Niektórym architektom wojny irackiej już nawet nie chce się zaprzeczać, że ropa była jednym z jej głównych motywów. Fadhil Chalabi, jeden z najważniejszych doradców ekipy Busha do spraw irackich w okresie poprzedzającym inwazję, na antenie National Public Radio nazwał ostatnio tę wojnę "strategicznym posunięciem Stanów Zjednoczonych Ameryki i Zjednoczonego Królestwa, którego celem była obecność wojskowa nad Zatoką Perską, pozwalająca zabezpieczyć na przyszłość dostawy ropy naftowej". Chalabi, który był irackim wiceministrem energetyki i spotykał się z koncernami naftowymi przed inwazją, określił to ostatnie jako "podstawowy cel".

Inwazja na inny kraj celem przejęcia jego zasobów naturalnych jest sprzeczna z konwencją genewską. To oznacza, że odpowiedzialność finansowa za gigantyczne zadanie odbudowy irackiej infrastruktury - w tym naftowej - spada na najeźdźców. Należy ich zmusić do zapłacenia odszkodowań wojennych. (Przypomnijmy, że po inwazji w 1990 roku reżim Saddama Husajna zapłacił Kuwejtowi dziewięć miliardów dolarów). Tymczasem Irakowi każe się sprzedać 75 proc. swego bogactwa narodowego na zapłacenie rachunków za nielegalną inwazję i okupację.

Dajcie nam Arktykę albo przestańcie jeździć samochodami

Irak nie jest jedynym krajem, na który urządzono naftowy napad z bronią w ręku. Administracja Busha skwapliwie wykorzystuje powiązany z Irakiem kryzys - galopujące ceny paliwa - by wskrzesić marzenia o odwiertach na terenie Arktycznego Narodowego Rezerwatu Przyrody (ANWR), odwiertach podmorskich i eksploatacji łupków bitumicznych w niecce Green River.

"Kongres musi spojrzeć w oczy brutalnej rzeczywistości - powiedział George W. Bush 18 czerwca - Jeśli prawodawcy nie są gotowi zaakceptować dzisiejszych dotkliwie wysokich cen benzyny, nasz kraj musi wydobywać więcej ropy". Prezydent występuje tutaj w roli naczelnego wymuszacza haraczy przykładającego lufę dystrybutora benzyny do głowy zakładnika - w tym wypadku całego kraju. Dajcie mi ANWR, bo inaczej wszyscy będą musieli spędzać wakacje w swoim ogródku. To ostatni napad z bronią w ręku w wykonaniu prezydenta kowboja.

Chociaż na zderzakach samochodów pojawiają się naklejki: "Wierćmy tutaj. Wierćmy teraz. Płaćmy mniej", wiercenie w ANWR miałoby niewielki wpływ na globalną podaż ropy, o czym doskonale wiedzą zwolennicy tego projektu. Argument, że mimo to ceny poszłyby w dół, nie opiera się na zasadach ekonomii, tylko na rynkowej psychoanalizie: odwierty "wysłałyby sygnał" do handlarzy ropą, że na rynek zmierza dodatkowa ilość tego surowca, co zmusiłoby ich do rozpoczęcia obniżek.

Nasuwają się tu dwie refleksje. Próba psychologicznego przechytrzenia nadaktywnych maklerów surowcowych w epoce Busha jest synonimem rządzenia - nawet w sytuacji nadzwyczajnej, z jaką mamy dziś do czynienia. Po drugie, manewr ten nie przyniesie rezultatu. Jeśli z ostatnich zachowań rynku ropy można wyciągnąć jakieś wnioski, to takie, że cena będzie nadal szła do góry, niezależnie od tego, jakie nowe dostawy się zapowie. Weźmy wielki projekt wydobywczy w roponośnych piaskach Alberty. Mają one te same zalety, co miejsce proponowane przez Busha: znajdują się blisko i są całkowicie pewne, ponieważ porozumienie NAFTA zawiera punkt zakazujący Kanadzie odcięcia dostaw ropy do Stanów Zjednoczonych. Bez zbytniego rozgłosu ropa z tego na razie w niewielkim stopniu wykorzystywanego źródła leje się na amerykański rynek, skutkiem czego Kanada odebrała już Arabii Saudyjskiej pozycję największego dostawcy ropy do USA. W latach 2005 - 2007 Kanada zwiększyła eksport do Stanów o prawie sto milionów baryłek. A przecież ceny ropy przez cały ten okres rosły.

Za dążeniem do eksploatacji złóż w ANWR nie stoją fakty, lecz czysta doktryna szoku - kryzys naftowy stworzył warunki, w których można realizować politykę wcześniej nienadającą się do realizacji (ale bardzo zyskowną).

Modyfikacje genetyczne albo głód

Z ceną ropy ściśle związany jest światowy kryzys żywnościowy. Do zwiększonych kosztów produkcji i transportu żywności dochodzi problem biopaliw, które wypierają uprawy żywnościowe i nakręcają spekulację. Kilka krajów Ameryki Łacińskiej domaga się rewizji programu produkcji biopaliw oraz uznania żywności za prawo człowieka, a nie zwykły towar. Amerykański zastępca sekretarza stanu John Negroponte ma inne pomysły. W tym samym przemówieniu, w którym zapowiedział zwiększenie przez USA pomocy żywnościowej dla krajów biednych, wezwał inne państwa do "zniesienia ograniczeń eksportowych i obniżenia ceł" oraz likwidacji "barier dla wykorzystania innowacyjnych technologii produkcji roślinnej i zwierzęcej, w tym biotechnologii".

Był to niewątpliwie bardziej subtelny, ale dosyć jednoznaczny napad z bronią w ręku: biedne kraje muszą otworzyć swoje rynki rolne dla amerykańskich produktów i genetycznie zmodyfikowanych nasion, bo inaczej pomoc może zostać obcięta. Żywność genetycznie zmodyfikowana stała się uniwersalnym lekarstwem na kryzys żywnościowy, przynajmniej dla Banku Światowego, przewodniczącego Komisji Europejskiej i premiera Wielkiej Brytanii Gordona Browna. I oczywiście dla agrobiznesu.

"Nie da się obecnie nakarmić świata bez organizmów genetycznie zmodyfikowanych", powiedział ostatnio Peter Brabeck, prezes Nestlé. Szkopuł w tym, że na razie nie ma dowodów na to, iż GMO zwiększają wydajność upraw. Często jest wręcz odwrotnie.

Ale nawet gdyby istniał prosty klucz do rozwiązania problemu światowego kryzysu żywnościowego, to czy chcielibyśmy, żeby znajdował się w rękach takich firm jak Nestlé i Monsanto? Ile by nas kosztowało jego użycie? W ostatnich miesiącach Monsanto, Syngenta i BASF wykupują patenty na "klimatoodporne" nasiona - rośliny, które mogą rosnąć w glebie spieczonej przez suszę albo zasolonej na skutek powodzi. Innymi słowy, rośliny zaprojektowane pod kątem przyszłego chaosu klimatycznego. Już wiemy, do czego potrafi się posunąć Monsanto dla ochrony swojej własności intelektualnej - szpieguje i pozywa do sądu rolników, którzy ośmielą się odłożyć część nasion na następny rok. Już wiemy, że opatentowane leki przeciwko AIDS nie wyleczyły milionów mieszkańców Afryki subsaharyjskiej. Dlaczego z opatentowanymi roślinami "klimatoodpornymi" miałoby być inaczej?

Dużo mówi się o ekscytujących nowych technologiach genetycznych i wiertniczych, a jednocześnie administracja Busha ogłosiła dwuletnie moratorium na nowe projekty pozyskiwania energii słonecznej na gruntach federalnych - rzekomo z przyczyn ekologicznych. Jest to szczytowe stadium kapitalizmu katastroficznego. Nasi przywódcy nie chcą inwestować w technologię, która uratowałaby nas przed klimatycznym chaosem, ponieważ wolą knuć spiski z tymi, którzy wymyślają innowacyjne sposoby zarabiania na tym kryzysie.

Prywatyzacja irackiej ropy, zapewnienie światowej hegemonii roślinom genetycznie zmodyfikowanym, zniesienie ostatnich barier handlowych i udostępnienie przedsiębiorcom ostatnich rezerwatów przyrody... Jeszcze nie tak dawno cele te realizowano przez porozumienia handlowe, którym nadano niewinnie brzmiący przydomek "globalizacja". Dzisiaj ten skompromitowany program wykorzystuje kolejne kryzysy i lansuje sam siebie jako ratujące życie lekarstwo dla schorowanego świata.

© Copyright 2008 Naomi Klein

(Distributed by The New York Times Syndicate)

przeł. Tomasz Bieroń

Ameryka dokonuje w Iraku rozboju w biały dzień

Interwencja w Iraku zrujnowała ten kraj, ale dzisiejsze amerykańskie działania mogą na całe dekady pogrążyć go w nędzy - zauważa Klein. Pozbawiają bowiem iracki rząd najważniejszego źródła dochodów, oddając dużą część pól naftowych pod kontrolę zagranicznych koncernów. "Po latach zakulisowych przepychanek Irak oficjalnie udostępnia sześć spośród swoich największych pól naftowych - z mniej więcej połową znanych zasobów - zagranicznym inwestorom. Według irackiego ministra energetyki kontrakty długoterminowe zostaną podpisane w ciągu roku. Chociaż firmy zagraniczne oficjalnie będą podlegały Irackiemu Narodowemu Przedsiębiorstwu Naftowemu (INOC), otrzymają 75 procent udziałów. O tego rodzaju proporcjach nie słyszano w naftowych krajach arabskich i perskich, gdzie uzyskanie większościowej kontroli państwa nad petrozasobami było najważniejszym zwycięstwem w antykolonialnej walce".

Naomi Klein, ur. 1970, kanadyjska dziennikarka, publicystka i działaczka społeczna. Jedna z najważniejszych postaci światowego ruchu alterglobalizacyjnego. Sławę i rozgłos przyniosła jej opublikowana w 2000 roku książka "No Logo" (wyd. pol. 2004), będąca ostrym pamfletem wymierzonym w wielkie międzynarodowe korporacje. Klein współpracuje m.in. z "The Nation" oraz "The Guardian". Przez pewien czas wykładała w prestiżowej London School of Economics. Oprócz "No Logo" opublikowała także książki "Fences and Windows: Dispatches from the Front Lines of the Globalization Debate" (2002) oraz "The Shock Doctrine. The Rise of Disaster Capitalism" (2007).

http://www.dziennik.pl

Komentarze (0)
Europa powinna zawrzeć długoterminowe umowy z Rosją
 Oceń wpis
   

Kryzys pogrąży Amerykę

sobota 5 lipca 2008 Dziennik.pl

twierdzi Dmitry Orlov, ekspert rynku paliw

Naftowa apokalipsa

Szalejące ceny ropy skłaniają dziś do snucia najczarniejszych scenariuszy. Czy światu grozi totalna gospodarcza stagnacja na skutek braku paliw?

A może mamy przed sobą epokę konfliktów (także zbrojnych), w których stawką będzie dostęp do źródeł surowców energetycznych? Nasz dzisiejszy rozmówca Dmitry Orlov nie jest aż tak radykalny - przewiduje jedynie... rychły upadek Stanów Zjednoczonych na skutek energetycznego kryzysu. Amerykańska gospodarka i amerykańskie społeczeństwo są bowiem niemal całkowicie uzależnione od ropy - bardziej niż w wypadku innych krajów. A złoża tego surowca wyczerpują się, co powoduje błyskawiczny wzrost cen. Nie ma sensu się oszukiwać - twierdzi Orlov - że ta zwyżka jest jedynie wynikiem spekulacji i zostanie zniwelowana, gdy rynki finansowe osiągną równowagę. Ekonomiści, którzy tak twierdzą, zaklinają rzeczywistość, zamiast przedstawiać realistyczne prognozy. Wciąż traktują surowce jak każdy inny towar, którego dowolną ilość można wytworzyć w bardzo krótkim czasie, i który poddaje się normalnym prawom podaży i popytu. Tymczasem wydobycie ropy spada na całym świecie. Poszukiwanie i ewentualna eksploatacja nowych złóż stają się nieopłacalne, bo ilość energii, którą trzeba by w to przedsięwzięcie włożyć, mogłaby przekroczyć ilość energii pozyskanej. Podobnie sprawa ma się z poszukiwaniem nowych źródeł energii. Amerykę czeka więc najpoważniejszy być może kryzys w całej jej historii. Zdaniem Orlova jedyną receptą na złagodzenie jego skutków byłyby fundamentalne zmiany amerykańskiego stylu życia i bardziej oszczędne gospodarowanie naturalnymi zasobami. Taka zmiana nie dokona się jednak szybko.

rozmowę prowadzi Paweł Marczewski

Pańska książka "Reinventing Collapse" ukazała się niespełna miesiąc temu, ale już wywołała wielką falę komentarzy. Twierdzi pan w niej, że Stany Zjednoczone dotkliwie ucierpią z powodu nieuchronnego kryzysu energetycznego spowodowanego wyczerpywaniem się zasobów ropy, zaś amerykańskie społeczeństwo i styl życia ulegną nieodwracalnym zmianom. A przecież amerykańska gospodarka podniosła się po kryzysie naftowym z pierwszej połowy lat 70. Nie obawia się pan oskarżeń o wywoływanie niepotrzebnej paniki?

Kryzys zasobów jest już w dużej mierze faktem, lecz potrzeba będzie poważnego wstrząsu, by ogół społeczeństwa zdał sobie sprawę, że nie są to wyłącznie przejściowe kłopoty. Ludzie mają tendencję do traktowania każdego problemu jako możliwego do rozwiązania. W amerykańskim społeczeństwie nie ma miejsca dla pesymistów - i w tym sensie nie mieszczę się w głównym nurcie. Należy jednak zdać sobie sprawę, że Stany Zjednoczone są o wiele bardziej uzależnione od ropy niż jakikolwiek inny kraj na świecie. W latach 70. ubiegłego wieku przewidywano, że w roku 2000 nadejdzie szczyt produkcji ropy - prognozowanie jest w tej dziedzinie oczywiście bardzo trudne, gdyż niektóre zasoby tego surowca pozostają niedostępne z przyczyn politycznych, a jednocześnie bardzo rozwijają się technologie przetwórcze i wydobywcze. W rzeczywistości szczyt nastąpił w 2005 roku - a zatem teoretycy opierający się na modelu logicznym pomylili się o zaledwie pięć lat. We wszystkich miejscach na Ziemi, gdzie produkcja miała według innych teorii wzrastać, zmniejsza się dziś o jakieś siedem procent rocznie. Gdzieniegdzie, jak na przykład w Meksyku, przyczyny techniczne sprawiają, że spadek jest nawet większy. Do tego dochodzi fakt, że niebawem Stany Zjednoczone zaczną mieć poważne kłopoty z importem ropy. Po pierwsze, kraj stoi na krawędzi bankructwa. Rząd nie jest w stanie wywiązać się ze swoich zobowiązań finansowych i stara się spłacać długi, wpuszczając do obiegu coraz większe ilości pieniądza. Ameryka kupuje coraz mniej ropy za swoje coraz bardziej bezwartościowe dolary. Po drugie, kraje eksportujące ropę - takie jak Rosja czy Arabia Saudyjska - widząc, że eksport przynosi coraz mniejsze dochody, zaczynają go ograniczać. W sytuacji, gdy eksport surowca jest coraz mniej opłacalny, o wiele bardziej kalkuluje się przetwarzanie go w kraju i eksportowanie pochodzących z niego produktów. To oznacza, że drastycznie maleje ilość ropy dostępnej na rynku międzynarodowym.

Nie tylko wieści pan kryzys energetyczny, ale opierając się na doświadczeniach z epoki schyłku Związku Radzieckiego, próbuje przewidywać, jak będzie wyglądało społeczeństwo powstałe w wyniku kryzysu. Przynajmniej od czasów Poppera przedstawiciele nauk społecznych przestrzegają przed podobnymi próbami przewidywania przyszłego kształtu społeczeństwa, widząc w tym pokusę myślenia utopijnego...

Nie reprezentuję nauk społecznych i niespecjalnie interesuje mnie, co na temat mojej książki mają do powiedzenia ich przedstawiciele. Nie cieszy mnie też, że sprawy w USA pogarszają się nawet szybciej, niż sądziłem. Formułując swoje wnioski, opierałem się na rzeczywistości, a nie na jakimś abstrakcyjnym modelu. Przyglądałem się temu, co miało miejsce w Rosji, i starałem się porównać to z amerykańskimi realiami. W Związku Sowieckim ludzie żyli w mieszkaniach należących do państwa, miejsce zamieszkania mieli wpisane w dowodzie osobistym, nie było eksmisji. Tymczasem w Stanach Zjednoczonych bardzo niewiele osób rzeczywiście posiada na własność swoje miejsce zamieszkania i czasem jeden nieopłacony rachunek może spowodować eksmisję. Dlatego kryzys w Stanach, w przeciwieństwie do Związku Sowieckiego, musi przynieść falę bezdomnych. Jeszcze na dobre się nie zaczął, a już widać jego pierwsze efekty, choćby ludzi żyjących pod gołym niebem z całym dobytkiem przytroczonym do roweru. Podobnie jest w wypadku ochrony zdrowia. W Związku Sowieckim propaganda głosiła, że dostęp do systemu opieki zdrowotnej jest powszechny, ale działanie tego systemu pozostawiało wiele do życzenia. W Stanach Zjednoczonych nie będzie nawet na co narzekać, ponieważ utrata pracy oznacza utratę opieki zdrowotnej.

W wywiadach i komentarzach na temat pana książki przewija się zarzut, że bezcelowe jest porównywanie centralnie sterowanej gospodarki sowieckiej z amerykańską - opartą na wolnym rynku, lepiej przystosowaną do radzenia sobie z kryzysem.

W czasach drugiej wojny światowej rząd amerykański odszedł od gospodarki wolnorynkowej, bo zdawał sobie sprawę, że w ówczesnej sytuacji logika rynkowa byłaby zabójcza. Wstrzymano produkcję nowych samochodów, ograniczono dostępność benzyny, racjonowano nawet części do rowerów. W kryzysowych czasach Stany Zjednoczone zwróciły się zatem w kierunku odgórnie zarządzanej gospodarki przypominającej sowiecką.

W obliczu dzisiejszego kryzysu takie rozwiązanie jest niemożliwe z przyczyn politycznych. Gospodarka wolnorynkowa funkcjonuje dzięki kredytom. Ameryka traci jednak zdolność kredytową, ponieważ jej system ekonomiczny zbudowany został na założeniu, że energia jest darmowa. Wielu ludzi codziennie ruszało w kilkugodzinną podróż do pracy, co dziś staje się zbyt kosztowne. Pociąga to za sobą również spadek wartości nieruchomości. Najszybciej tanieją te położone w trudno dostępnych miejscach. Co więcej, amerykańska gospodarka oparta jest w dużej mierze na inwestycjach w transport - autostrady, odrzutowce, ciężarówki i ciężki sprzęt z silnikiem Diesla. Kryzys energetyczny sprawi, że wszystko to stanie się bezwartościowe. Pozyskanie kredytów na alternatywne rozwiązania, jak rozwój transportu publicznego, elektrowni wiatrowych czy słonecznych, napotyka poważny problem: kiedy spada import ropy, ceny błyskawicznie skaczą i pojawia się inflacja. W tej sytuacji bardzo trudno jest sfinansować długoterminowe kosztowne projekty. Horyzont myślenia kurczy się do kilku tygodni, bowiem w dłuższej perspektywie nie sposób czegokolwiek sensownie zaplanować. Kolejny problem z gospodarką wolnorynkową polega na tym, że spadek dostępności kluczowych towarów, takich jak benzyna czy jedzenie, powoduje obłędny wzrost cen. Ludzie nie mogą już sobie na nie pozwolić i są wypychani z rynku.

Nie wierzy pan w zdolność wolnego rynku do samonaprawy, ale jednocześnie jest pan sceptyczny wobec prób zażegnania kryzysu za pomocą decyzji politycznych. Napisał pan, że wszystkie "scentralizowane wysiłki polityczne mają takie same szanse powodzenia jak pieriestrojka Gorbaczowa".

Amerykański rząd federalny to dość ponura instytucja. Ktoś z odpowiednimi zasobami może pozwolić sobie na kupno kilku senatorów i kongresmanów. Zarówno Partia Demokratyczna, jak i Republikańska są ugrupowaniami wspierającymi obecny system polityki napędzanej pieniędzmi. Opinii publicznej przedstawiane są kompletnie nieistotne problemy, drobne okruchy polityki społecznej. Mieszkam w Stanach Zjednoczonych już od dość dawna i nie pokładam przesadnej nadziei w politycznym establishmencie tego kraju. Etykietki "liberał" i "konserwatysta" przylepia się wyłącznie w celach marketingowych, aby zająć czymś widownię.

Wyczerpywanie się zasobów ropy czy zmiany klimatyczne to kwestie o znaczeniu globalnym, wykraczającym poza problem kupowania głosów w Kongresie. Czy jest pan pesymistą, także gdy chodzi o próby ich rozwiązania podejmowane przez wspólnotę międzynarodową?

Niemal wszystkie tego typu próby rozbijają się o poważne trudności. Po pierwsze, Stany Zjednoczone nie potrafią powściągnąć swojego apetytu. Po drugie, kraje rozwijające się nie widzą żadnego powodu, dla którego kraje rozwinięte miałyby prawo ograniczać ich rozwój. Wiele mówi się na temat konieczności wspólnego działania, ale rezultaty jak do tej pory były znikome.

W jednym z wywiadów powiedział pan, że ekonomiści zupełnie nie rozumieją dzisiejszego świata, ponieważ wciąż myślą o energii w kategoriach pieniężnych.

Większość współczesnej ekonomii oparta jest na fałszywym założeniu, że natura odpowiada na sygnały cenowe. Ekonomistom wydaje się, że jeśli skończy się jedna rzecz, można ją będzie zastąpić inną zgodnie z teorią substytucji. Energia ma jednak właściwości, które wymykają się sygnałom cenowym. Mówi się o dużych złożach ropy w kanadyjskim regionie Athabaska, ale by uzyskać z niej energię odpowiedniej jakości, należałoby zużytkować mnóstwo energii. Podobnie, by móc pozyskiwać ropę ze złóż na Oceanie Arktycznym, należałoby zbudować odpowiednią infrastrukturę. Jeśli zastosowalibyśmy rachunek energetyczny, okazałoby się, że ilość energii uzyskana w ten sposób niewiele przewyższa energię zużytkowaną w procesie jej pozyskiwania. Jeśli przyjrzymy się historii pozyskiwania ropy, to okaże się, że odwierty mają miejsce wówczas, gdy cena tego surowca jest niska. Ciągły wzrost cen ropy sprawia, że wiercenie staje się nieopłacalne.

Z pana książki wyłania się obraz ekonomii przyszłości opartej na wymianie towaru za towar.

Pewne elementy takiego stanu rzeczy widać już dziś. Na przykład Chiny i Wenezuela zaczęły przeliczać eksportowaną ropę na wielkość produkcji rolnej i przemysłowej. Barter pojawia się zatem pomiędzy krajami...

Kilka miesięcy temu rozmawiałem z Jeffreyem Sachsem, ekonomistą dalekim od wolnorynkowego hurraoptymizmu. Przewidywał, że kryzys gospodarczy zmusi Stany Zjednoczone do zaciśnięcia pasa, ale jednocześnie słaby dolar sprawi, że amerykańskie produkty będą łatwiejsze do sprzedania za granicą...

Przede wszystkim jestem zdumiony, że Jeffrey Sachs w ogóle ma jeszcze jakąś posadę. Popełniał błąd za błędem, od kiedy po raz pierwszy usłyszałem jego nazwisko. Pamiętam katastrofę, jaką zakończyła się przygotowana przezeń próba wprowadzenia w Rosji gospodarki rynkowej. Jeśli przyjrzymy się deficytowi handlowemu USA spowodowanemu przez masowy import towarów z Chin, to okazuje się, że jest on znikomy w porównaniu z deficytem związanym z importem ropy. Sytuacja stanie się katastrofalna wraz z kolejnymi podwyżkami cen ropy, wszystkie pozostałe czynniki będą całkowicie nieistotne...

Nie szczędzi pan ostrych słów kadrze menedżerskiej i twierdzi, że tak naprawdę to zatrudnieni na średnich i niższych szczeblach inżynierowie są zdolni zmieniać rzeczywistość, to oni powinni zacząć odgrywać kluczową rolę w gospodarce przyszłości.

To, że koncentruję się na rzeczywistej pracy a nie wytwarzaniu abstrakcyjnego dochodu, jest pewnego rodzaju wyborem moralnym. Obecnie w Stanach Zjednoczonych istnieją na przykład ludzie, którzy zajmowali się sprzedażą domów zwykłym konsumentom, a dziś oferują inwestorom zadłużone nieruchomości po bardzo niskich cenach. Niektóre parcele były już sprzedawane wielokrotnie. Najpierw dzielono je na kawałki - po czym, gdy ludzie nie mogli utrzymać domów - były na powrót łączone i przechodziły w nowe ręce. To system, który żywi się ludźmi. W kurczącej się gospodarce króluje kreatywna destrukcja.

Protestantyzm jest zazwyczaj uznawany za czynnik sprzyjający racjonalnej kalkulacji, kapitalizmowi, długoterminowemu planowaniu. Pan twierdzi, że w czasach kryzysu religia protestancka pchnie Amerykanów w objęcia irracjonalnej przemocy.

Swoich przewidywań nie opierałem na teoriach, lecz na obserwacjach amerykańskiego życia religijnego, zwłaszcza na Południu. Nawet w spokojnych czasach niektórzy kaznodzieje wygłaszają z ambon pełne nienawiści tyrady. Winią na przykład paradę gejów za huragan "Katrina" - takie wypowiedzi są w Stanach na porządku dziennym. Nie trzeba zatem przesadnie wysilać wyobraźni, by dojść do wniosku, że wielu z tych duchownych dodatkowo zradykalizuje się, kiedy sytuacja ulegnie pogorszeniu. Nie trzeba będzie długo czekać na oskarżenia pod adresem Meksykanów czy Żydów. Nie piszę o racjonalizmie zawartym w protestanckiej tradycji. Nie zajmuję się Lutrem, tylko ludźmi o wyjątkowo ciemnych umysłach.

Oskarża pan o eskapizm tych, którzy nie chcą przyznać, że Amerykę czeka nieuchronny kryzys. Pana sposób na poradzenie sobie z nim to ograniczenie potrzeb i nauka życia w małych, samowystarczalnych wspólnotach. To również brzmi jak odwracanie się plecami do rzeczywistości...

Przeciwnie, to sposób na zmierzenie się z rzeczywistością. Można żyć jakby nigdy nic - a potem nie będzie już można dostać benzyny, a z kranu przestanie płynąć woda. Można dać się zaskoczyć. Tak zapewne stanie się w wypadku wielu osób. Ja nie namawiam do powitania negatywnych zmian z uśmiechem, lecz do znalezienia sposobu na to, by przetrwać. Zamiast oddawać się myśleniu życzeniowemu, trzeba przygotować się na egzystencję, która będzie skromniejsza, ale pod pewnymi względami być może nawet lepsza. Dziś całe społeczeństwo cierpi na chorobę nieuzasadnionych oczekiwań.

Można by rzec, że proponuje pan swoisty postapokaliptyczny marksizm, zgodnie z którym formy organizacji społecznej zależą od energii. Determinizm klasowy zastępuje pan determinizmem energetycznym.

Fizyka jest moim zdaniem o wiele ważniejsza niż te dziedziny wiedzy, które jedynie roszczą sobie pretensje do naukowości, jak choćby ekonomia. Przyglądanie się przepływom energii dostarcza o wiele bardziej wiarygodnych informacji niż śledzenie podaży i popytu. Jak mówiłem, ekonomiści wygadują potworne bzdury, twierdząc na przykład, że wysokie ceny ropy będą stymulowały jej podaż. Tak jakby prawa podaży i popytu mogły zapobiec wyczerpywaniu się złóż! Zanim zaczniemy rozmawiać o pieniądzach, musimy mieć energię, która pozwoli gospodarce funkcjonować.

Podkreśla pan, że Stany Zjednoczone ucierpią najsilniej w wyniku kryzysu, ponieważ są najbardziej uzależnionym od ropy krajem na świecie. Jakie perspektywy rysują się przed Europą?

Europejska gospodarka powinna - na ile to możliwe - uniezależnić się od amerykańskiej. Myślę, że straty spowodowane załamaniem na amerykańskim rynku nieruchomości nauczyły wiele firm na Starym Kontynencie większej ostrożności. Europa może również zawrzeć długoterminowe umowy z producentami energii, przede wszystkim z Rosją. Bliskość tego kraju jest ogromną zaletą, gdyż gaz dość trudno transportuje się drogą morską. Na dodatek jego zasoby w Rosji nie wyczerpią się w najbliższej przyszłości. Europa ma pewną przewagę w porównaniu z USA - jest stosunkowo mała. Duża część transportu odbywa się drogą wodną i koleją, co w połączeniu z mniejszymi dystansami stawia ją w dużo lepszej sytuacji, jeśli chodzi o oszczędzanie paliwa. Tymczasem infrastruktura kolejowa USA jest przestarzała. A kiedy korzystanie z samochodów i autostrad stanie się trudne, rozległy kraj zacznie się rozpadać. Europejska ekonomia ma dużą szansę przetrwać kryzys energetyczny w niemal nienaruszonym stanie, podczas gdy gospodarka amerykańska, a przynajmniej jej znaczna część, po prostu zniknie.

Wielu analityków przestrzega Rosję przed opieraniem swojej gospodarki wyłącznie na jednym sektorze, gdyż uzależnia ją to od panującej na rynkach światowych koniunktury na ropę i gaz. Pan jednak zdaje się twierdzić, że ekipa Putina dokonała właściwego posunięcia i zrozumiała, że przyszłość handlu międzynarodowego będzie zdeterminowana przede wszystkim przez zasoby naturalne.

To posunięcie było nawet nie tyle właściwe, co po prostu nieuchronne. Putin, w przeciwieństwie do swoich poprzedników, jest dość sprawnym menedżerem i nie popełnił zbyt wielu poważnych błędów. Rosja po raz pierwszy od pokoleń staje się normalnym krajem.

Wskazuje pan na konieczność zawarcia długoterminowych umów z Rosją przez Europę. Dziś eksport ropy coraz wyraźniej staje się narzędziem politycznej presji. Czy ceną za uratowanie europejskiej gospodarki przed kryzysem będzie zatem zależność polityczna?

Wydaje się to do pewnego stopnia nieuniknione. Historia pokazuje, że Rosja nieustannie rozrasta się i maleje, niekoniecznie zmieniając swoje granice - czasem ten proces ogranicza się do zmiany strefy wpływów. Po drugiej wojnie światowej Rosja była rozległa, pod koniec ery Gorbaczowa bardzo się skurczyła. O ile niegdyś jej rozrost był napędzany przez militaryzm, to dziś stoi za nim swoisty "nacjonalizm surowcowy". Mechanizmy się różnią, ale dynamika pozostaje niezmienna. Jednocześnie brak naturalnych granic czyni z Rosji kraj predysponowany do politycznej paranoi. Dlatego od dawna zaprogramowana jest na tworzenie jak największej liczby stref buforowych wokół swojego terytorium. To niekończący się proces stanowiący istotną część rosyjskiej mentalności.

Dmitry Orlov, amerykański inżynier i ekspert rynku paliw. Urodził się w Leningradzie, do USA wyemigrował w wieku 12 lat. Rozgłos przyniosła mu wydana niedawno książka "Reinventing Collapse" (2008), w której prorokuje upadek gospodarki Stanów Zjednoczonych z powodu kryzysu paliwowego.

http://www.dziennik.pl

Komentarze (0)
Rosyjsko-chińskie weto w Radzie Bezpieczeństwa
 Oceń wpis
   

Lipcowy grzmot

18.07.2008 Forum Zaprasza.net

Rosyjsko-chińskie weto w Radzie Bezpieczeństwa, nałożone na amerykański projekt rezolucji przeciwko Zimbabwe, spadło, jak grom z jasnego nieba. Zakończyło ono długi proces oczekiwania na możliwe zmiany, związane z przekazaniem władzy na Kremlu.

W ostatnim czasie kurs polityki zagranicznej Rosji nie było jasny. Zmiana władzy na Kremlu wytworzyła burzową chmurę, z której nie spadł deszcz, nawet po tym, jak Dmitrij Miedwiediew objął stanowisko prezydenta, a Władimir Putin został premierem. Jedni mieli nadzieję, a inni obawiali się, że Miedwiediew zajmie ugodowe stanowisko względem Zachodu, i wycofa się z pozycji, zajętych przez jego nieposkromionego poprzednika. Najmniejsze jego ruchy obserwowało mnóstwo ludzi (w tym i ja): przecież stanowisko Rosji to nie jest sprawa tylko teoretyczna; ono decyduje o życiu i śmierci. Tylko Rosja wstrzymuje Amerykę i Izrael przed atakiem na Iran

Lecz teraz wątpliwości już nie ma. Rosja Miedwiediewa-Putina jeszcze bardziej zdecydowanie opowiedziała się za umocnieniem swojej suwerenności, niż Rosja zeszłoroczna. Dotychczas Rosja nie chciała wykorzystywać swego prawa weta w Radzie Bezpieczeństwa, pozostawiając ten ważny przywilej Stanom Zjednoczonym, a te nadużywały go, gdy tylko dochodziło do osądzenia kolejnego izraelskiego bestialstwa. Rosyjsko-chińskie weto w Radzie Bezpieczeństwa, nałożone na amerykański projekt rezolucji przeciwko Zimbabwe, spadło, jak grom z jasnego nieba. Zakończyło ono długi proces oczekiwania na możliwe zmiany, związane z przekazaniem władzy na Kremlu.

Ten zdecydowany krok poprzedzony został groźnym ostrzeżeniem: Rosja zażądała likwidacji Międzynarodowego Trybunału ds. zbrodni wojennych w byłej Jugosławii, tego reliktu jugosłowiańskiej tragedii. Żądanie to miało duże znaczenie symboliczne. W Jugosławii miały miejsce okrutne przestępstwa przeciwko prawom człowieka i zbrodnie wojenne, lecz nie dokonywali ich Serbowie, Chorwaci ani Bośniacy. W ciągu wielu lat pracy Trybunału nie zdołano zgromadzić żadnych dowodów na potwierdzenia fantastycznych historii o milionach bratnich mogił i o holokauście Albańczyków. Przestępstwem była przeprowadzona przez Unię Europejską bałkanizacja, podział Jugosławii, zbrodnią była interwencja NATO, zbrodnicze były angielsko-amerykańskie bombardowania Belgradu. Zbrodni tych dokonano dlatego, że Rosja czasowo znikła ze światowej sceny.

Na początku lat dziewięćdziesiątych zubożałe, kolonizowane państwa powstałe na gruzach ZSRR były raczej obiektem, a nie subiektem polityki światowej. Zachód miał rozwiązane ręce – i pierwszym wydarzeniem w świecie bez Rosji było inwazja Amerykanów w Panamie. Bezpośrednio przed tym Eduard Limonow napisał żartobliwe opowiadanie, co by było gdyby Rosja znikła z powierzchni ziemi. Jednym z pierwszych skutków, pisał, byłby napad Amerykanów na Meksyk. Pomylił się w nazwie kraju z Ameryki Łacińskiej.

W roku 1990 pisałem: „Z niepokojem myślę o niedalekiej przyszłości, gdy zniknie ostatni cień radzieckiej przeciwwagi i Trzeci Świat wpadnie w „delikatne” łapska Światowego Szeryfa. Bez Rosji, kryzys kubański zakończyłby się inwazją na Kubę, wojna wietnamska – pokonaniem Północnego Wietnamu, Nikaraguę oczekiwałby los Panamy, a Namibia w dalszym ciągu byłaby kolonią Południowej Afryki. Nawet w najgorszych latach zastoju Związek Radziecki chociaż trochę, lecz wstrzymywał ręce Ameryki, ograniczając jej imperialne pretensje. Spójrzmy na sprawy z odpowiedniej perspektywy. Związkowi Radzieckiemu zabrakło siły, aby odeprzeć Amerykę i jej sojuszników. Rosja nie potrafiła przeszkodzić Anglii w prowadzeniu wyniszczającej wojny w powojennej Grecji, na Malajach, w Omanie, nie zdołała obronić Libii przed amerykańskim, a Syrię i Liban przed izraelskim bombardowaniem. Nawet w okresach aktywnej polityki zagranicznej Rosja nie mogła przeszkodzić Ameryce praktycznie zetrzeć z powierzchni ziemi Północną Koreę: pod koniec wojny koreańskiej lotnicy amerykańscy często wracali do swoich baz, nie znalazłszy ani jednego możliwego celu dla bomb. Rosja nie mogła obronić Północnego Wietnamu przed nalotami.”

Rosja miała mniej pieniędzy na przekupstwo, o wiele mniej wiary w prawo samej rządzić światem. Jakie są cele Ameryki w nieszczęsnym (pomimo zupełnego zwycięstwa rynku nad planem) Trzecim Świecie? Ojciec lingwistyki strukturalnej, profesor MIT Noam Chomsky, lewicowy radykał, protestujący przeciwko inwazji na Czechosłowację i Salwador, na Afganistan i Wietnam, tak scharakteryzował amerykańską politykę w Trzecim Świecie: „Gdy Franklin D, Roosvelt ogłaszał Cztery Wolności, za które USA i ich sojusznicy będą walczyć z faszyzmem (wolność słowa, wolność sumienia, wolność od biedy i wolność od strachu) zapomniał wspomnieć o Piątej Wolności, którą brutalnie, lecz wystarczająco dokładnie można określić, jako wolność (dla USA) do grabieży, eksploatacji i panowania. Gdy Cztery Wolności nie zgadzają się z Piątą, łatwo ofiarowane są na ołtarzu piątej”.

Wojna jugosłowiańska, tak samo jak pierwsza iracka wojna prezydenta Busha-ojca, była możliwa tylko w świecie bez Rosji. Wydawało się, że świat powrócił do końca wieku XIX, gdy kolonizatorzy mogli robić wszystko, co im się przywidziało. Lecz naród rosyjski znowu, jak w roku 1941, pokazał swój talent Wańki-Wstańki. Pozbywszy się złudzeń i zauroczenia proamerykańskimi sentymentami, Rosja wróciła na swoje honorowe miejsce w świecie. Nie poparła angielsko-amerykańskiej agresji przeciwko Irakowi, Afganistanowi a teraz Iranowi. Dostarcza broń wolnej Wenezueli i niepodległej Malezji. Rosyjscy przywódcy regularnie spotykają się z Hamasem, demokratycznie wybranym rządem Palestyny. Przyjaźniąc się z Chinami, Rosja jeszcze może uratować pokój – w szczególności, przeciwstawiając się planom Izraela i Ameryki pokonania Iranu.

Na jednym lądzie lata dziewięćdziesiąte zatrzymały się: w Afryce. Czarny kontynent znajduje się w strasznym położeniu, i zaproponowana przez USA rezolucja w sprawie Zimbabwe mogła jedynie pogorszyć sytuację. Był już precedens: w roku 2007 USA przepchnęły w Radzie Bezpieczeństwa rezolucję w sprawie Somalii, w której sytuację w tym kraju określano jako „zagrożenie dla pokoju i bezpieczeństwa na całym świecie.” Tymczasem naprawdę, sytuacja w tym kraju, zniszczonym przez poprzednią inwazję amerykańską pod egidą ONZ, zaczęła się stabilizować, system rad (lub sądów) islamskich zaczął skutecznie rządzić. I w tym momencie, wspierana przez amerykańską rezolucję w Radzie Bezpieczeństwa, nastąpiła etiopska inwazja, która całkowicie zniszczyła kraj. Teraz w Somalii panuje głód a setki tysięcy uchodźców tułają się po świecie od Szwecji do Południowej Afryki. Nie byłoby tego, gdyby nie amerykańska rezolucja.

Salim Lone, były rzecznik prasowy ONZ w Iraku i felietonista kenijskiej gazety Daily Nation, pisał: „USA przepchnęło rezolucję w sprawie Somalii w grudniu 2007 roku i zapaliło zielone światło dla etiopskiej inwazji. Język, styl i treść tej rezolucji prawie nie różniły się od rezolucji w sprawie Zimbabwe, którą w tych dniach administracja Busha chciała narzucić Radzie Bezpieczeństwa. Na nieszczęście dla Somalii, Rosja i Chiny nie wtrąciły się wtedy i nie mogły obronić tego kraju, w rezultacie miliony Somalijczyków straciły dach nad głową.”

Tym razem, Rosja i Chiny wspólnie zawetowały projekt rezolucji, popierając zdanie wszystkich krajów Azji i Afryki, łącznie z Afryką Południową, głównym sąsiadem Zimbabwe.

Nie trzeba być specjalistą w dziedzinie Afryki, żeby chwalić to weto. Dość już neokolonialnych interwencji, dość Jugosławii, Iraku, Panamy, Somalii, Erytrei, Kongo... Dobrze, że postawiono zaporę przeciwko neokolonializmowi, dobrze, że poparto zasadę suwerenności i nieinterwencji. W przeciwnym wypadku, dzisiaj chcą wkroczyć do Zimbabwe, jutro do Iranu, a pojutrze do Moskwy i Pekinu. Dobrze, że Rosja przypomniała sobie o swoim prawie weta. Powinna korzystać z niego częściej i blokować wszelkie próby kolonialistów zniszczenia Iranu i Birmy. Prawo weta regularnie wykorzystuje USA, aby popierać Izrael i bronić syjonistów przed usprawiedliwioną krytyką. Teraz gniewają się na Rosję i Chiny, które skorzystały z tego prawa. Niech się gniewają i niech zrozumieją, że świat znowu się zmienił, że wolność do bezkarnych działań, którą cieszyli się od początku lat dziewięćdziesiątych, minęła i już nie wróci.

Co się dzieje w Zimbabwe? Przeciwstawiono się tam kolejnej pomarańczowej rewolucji, w stylu tych, które ISA i Anglia przeprowadziły na Ukrainie i w Gruzji i chciały przeprowadzić w Birmie i Mongolii. Siły prozachodnie chciały obalić prezydenta Mugabe. Gdy nie udało im się zwyciężyć w wyborach, kandydat prozachodniej opozycji wycofał swoją kandydaturę w drugiej turze, aby zakwestionować reprezentatywność władzy. USA i Anglia ogłosiły, że wybory były nieprawomocne, bo tak postępują zawsze, jeśli zwycięży niewygodny dla nich kandydat. Tak było w przypadku Miloszewicza w Jugosłąwii, Łukaszenko na Białorusi, i Hanie w Palestynie. W żadnym wypadku, prawomocność lub nieprawomocność wyborów nie powinna służyć za pretekst do amerykańskiej interwencji.

Stephen Gowans pisał: „Istotą konfliktu jest sprzeczność między prawem białych osadników do wykorzystywania nieuczciwie zdobytej ziemi, i prawem miejscowych pierwotnych właścicieli do zwrócenia sobie ukradzionej ziemi.” Jednak nie ma on racji. W Zimbabwe, jak wszędzie, imperialiści wykorzystują miejscowe mniejszości do poderwania autorytetu niewygodnego dla nich reżymu. Nie jest to wojna białych przeciwko czarnym. Biali farmerzy mogą być ważnym i pożytecznym czynnikiem miejscowej ekonomiki, lecz niektórzy z nich dokonali niewłaściwego wyboru. Nie powinni zawierać sojuszu z siłami imperialistycznymi. Ich problemy, i wszystkie inne problemy miejscowe mogą zostać rozwiązane tylko na miejscu, przy pomocy Południowej Afryki i międzyrządowych organizacji afrykańskich.

Nasz południowoafrykański przyjaciel Joh Domingo wyjaśnił sytuację w ten sposób: „biali farmerzy mogą wykorzystać swoje doświadczenie i stać się nieodłączną częścią afrykańskiego społeczeństwa, lecz wielu z nich wolało związać swój los z wielkim przemysłem spożywczym”.

Analogicznie jak w przypadku kampanii wyborczych na Białorusi, Ukrainie, w Kirgizji i Wenezueli, prasa międzynarodowa donosi o naruszaniu prawa w trakcie kampanii wyborczej: „Na opozycję są napady, ich mitingi są rozganiane, wybory są nieprawomocne”. Jednocześnie elementy postępowe opłakują swój los, dlaczego zawsze zmuszeni są do popierania jakichś monstrów, a nie świętych? Lecz wpierw powinni zadać sobie pytanie, dlaczego przeciwnicy jedynego supermocarstwa przedstawiani są jako monstra – Mugabe, Sadam, Miloszewicz, Castro, Aristide, Putin...

Tak głosując w Radzie Bezpieczeństwa, Rosja dokonała historycznego wyboru – stanęła po stronie narodów przeciwko światowemu imperializmowi.

Tłumaczył: Roman Łukasiak

http://www.israelshamir.net/Polish/Polish15.htm

http://zaprasza.net

Komentarze (0)
Świat wkracza w epokę państwa rynkowego
 Oceń wpis
   

 Świat wkracza w epokę państwa rynkowego

sobota 28 czerwca 2008 Dziennik.pl

Globalne starcie

W wielkim sporze na temat przyszłości światowego ładu politycznego głos Philippa Bobbitta należy do najbardziej znaczących. Jego podejście łączące w sobie elementy kilku dyscyplin - prawa, filozofii, studiów strategicznych - daje niezwykle interesujące efekty. Inspirują one dziś najbardziej wpływowych światowych polityków. W naszej rozmowie z Bobbittem zajmujemy się najważniejszym chyba z jego konceptów - "państwem rynkowym". Jego nadejście oznacza zasadniczy przewrót w dziedzinie organizacji instytucji władzy i kontroli. Dokonuje się on już dziś, na naszych oczach, w najbardziej rozwiniętych krajach Zachodu. "Państwo rynkowe" nie narzuca obywatelom żadnej jednoczącej ideologii ani jednolitego mechanizmu zabezpieczania dobrobytu. Otwiera raczej przed nimi przestrzeń możliwości, w której muszą radzić sobie sami. Ta przestrzeń musi być chroniona przed zewnętrznymi zagrożeniami. I właśnie ochrona jest wedle Bobbitta najważniejszą funkcją "państwa rynkowego". A także racją jego istnienia - większość zagrożeń ma dziś charakter globalny i dlatego nie może nas już przed nimi ochronić tradycyjnie rozumiane państwo narodowe. Najważniejszym zagrożeniem jest terroryzm. Państwo rynkowe musi stworzyć skomplikowany system obrony przed nim wykorzystujący najnowsze technologie. Bobbitt nie ma wątpliwości, że będzie to czasem wymagało okazjonalnego naruszania pewnych zasad demokracji, takich jak choćby tajemnica korespondencji. Musimy się jednak na nie zgodzić, jeśli chcemy przetrwać starcie z terrorystami, którzy także korzystają przecież z najnowocześniejszych technologii.

rozmowę prowadzi

Karolina Wigura

W "Terror and Consent", jednej z najważniejszych książek ostatnich lat, entuzjastycznie powitanej przez Tony'ego Blaira, Nialla Fergusona czy Roberta Kagana, pisze pan, że w świecie zanikających granic, który kojarzymy z globalizacją, pojawił się zupełnie nowy twór: "państwo rynkowe". Co to w praktyce oznacza?

Mamy tu do czynienia z kolejną zasadniczą zmianą natury państwa w ciągu relatywnie krótkiego czasu. Począwszy od końca XIX wieku państwa europejskie - Francja, Wielka Brytania czy Niemcy - zaczęły wycofywać się z imperialnego modelu stworzonego przez Napoleona, który zdominował tamto stulecie. Rozpoczął się proces przekształcania w przemysłowe państwo opiekuńcze dysponujące mandatem narodu. Nowy typ państwa - w przeciwieństwie do poprzedniego - stawiał na kontakt ze społeczeństwem. Niezależnie od tego, czy nowe państwa były komunistyczne, faszystowskie czy też przyjęły postać demokracji parlamentarnej, wszędzie powtarzało się to samo wezwanie: dajcie nam władzę, a my poprawimy wasz materialny dobrobyt, damy wam drogi, samoloty, radio, telewizję, energię elektryczną, edukację. Stworzymy odpowiednią politykę wobec osób bezrobotnych, zmniejszymy napięcia społeczne. Jednym słowem: polepszymy wasze życie. I to jest model charakterystyczny dla XX wieku. W XXI stuleciu państwa zaczęły mówić innym głosem. Główne hasło brzmi: dajcie nam władzę, a my zwiększymy wasze możliwości. XX wiek nauczył nas bowiem, że dobrobyt ogólny jest tym większy, im ludzie mają więcej możliwości. Czy wyniknie z tego jednak polepszenie warunków życia jednostki, czy nie, będzie zależeć wyłącznie od niej samej. Państwo nie wyznacza już z góry decyzji życiowych jednostek, bo rynek jest bardziej efektywnym katalizatorem wyborów. Państwo stara się jednak wykorzystywać rynek, by osiągnąć cele polityczne.

Na przykład jak?

Przez deregulację gospodarki, elastyczność stosowania przepisów. Ale też na przykład przez rezygnację z obowiązkowej służby wojskowej na rzecz armii ochotniczej. Systemy szkolenia bezrobotnych zastępują dawne świadczenia finansowe na ich rzecz. Czeka nas również uchylenie przepisów antyaborcyjnych, zwiększy się dostęp do środków antykoncepcyjnych, do zapłodnienia in vitro oraz zabiegów powiększających płodność.

Jaki wpływ będą miały zmiany modelu państwa na sposób prowadzenia polityki?

Na pewno sprawią one, że rządzenie państwem będzie znacznie trudniejsze. Państwo rynkowe oznacza znacznie większą liczbę podmiotów polityki, z którymi trzeba się liczyć. Jednak najwięcej trudności wywołają efekty uboczne towarzyszące przemianie państwa narodowego w rynkowe. Ludzie żyjący w państwach narodowych są zwykle przekonani, że politycy, którzy dążą do przekształcenia państwa na modłę rynkową, po prostu ich zdradzają, nie mają zasad moralnych ani żadnych stałych przekonań politycznych. Proszę sobie przypomnieć niektóre reakcje na Blaira czy Clintona. Opluwano ich tylko dlatego, że nie chcieli reprodukować w nieskończoność moralistycznych, przestarzałych, lewicowo-prawicowych rozwiązań. Także reformatorzy mogą się czuć dość zagubieni, nie rozumiejąc, dlaczego ludzie obstają przy przestarzałych opisach rzeczywistości, takich jak choćby dawne podziały na prawicę i lewicę. Podam inny przykład: myślący po staremu prawicowcy usiłują za wszelką cenę kryminalizować narkotyki lub pornografię, a lewicowcy usiłują zrobić to samo z nierównym traktowaniem w miejscu pracy. Albo proponują multikulturalną akcję afirmatywną. We wszystkich tych działaniach - niezależnie, czy proponowanych przez lewą, czy prawą stronę - ludzie usiłują użyć państwa, by wszcząć jakiś rodzaj wojny. Państwa rynkowe są znacznie bardziej liberalne w swoim podejściu. Skoro rynek jest nastawiony na konkurencję, mogą na nim konkurować również narkotyki i pornografia.

Stosunki między tym nowym tworem politycznym a obywatelami przypominają stosunki między przedsiębiorstwem a konsumentami, a zatem państwo jest obojętne wobec wartości. Na kogo spadnie odpowiedzialność za nie?

Kiedyś państwa wspierały konkretne religie - rozmawiamy w Anglii, gdzie istnieje silnie wyodrębniony Kościół państwowy. Religie z zasady angażują się w sprawy rodziny, wychowania dzieci, aborcji itd., starając się chronić to, co nazywamy tradycyjnymi wartościami. Państwo rynkowe mówi: zostawcie to ludziom, niech sami wybiorą sobie wartości, zgodnie z którymi chcą żyć. Takie państwo zrzeka się odpowiedzialności za moralność obywateli na rzecz ciał pośredniczących - grup istniejących w ramach społeczeństwa obywatelskiego, które dbają o to, by wartości nie zostały zniszczone przez agresywny rynek.

Ciemną stroną naszych czasów, jak podkreśla pan w swojej książce, jest istnienie nowego rodzaju zagrożeń transnarodowych, do walki z którymi państwa narodowe rodem z XX wieku nie są wystarczająco dobrze wyposażone. Jak wygląda lista tych zagrożeń?

To choćby AIDS, SARS, zmiany klimatyczne, rozprzestrzenianie się broni masowego rażenia i rozwój niektórych nowych technologii. A przede wszystkim międzynarodowy terroryzm - żeby z nim skutecznie walczyć, musimy zdać sobie sprawę z jego radykalnie nowego charakteru. W przeszłości różne porządki konstytucyjne generowały różne formy terroryzmu. W XVI wieku te państwa europejskie, które umieszczały za granicą swoje misje, stosując w tym celu przemoc, wywołały misjonarsko-sektariański typ terroryzmu. W XX-wiecznym państwie narodowym powstawały z kolei organizacje takie jak IRA czy ETA reprezentujące terroryzm zorientowany narodowo. Terroryzm w XXI wieku jest transnarodowy - jak Al-Kaida ze swoją siecią powiązań i operacjami dokonywanymi w różnych częściach globu.

Państwo narodowe nie było wystarczająco dobrze wyposażone, by walczyć z tymi nowymi zagrożeniami. Co musi zrobić państwo rynkowe?

Najważniejsze jest zintegrowanie prawa i strategii. Państwo narodowe starało się je zwykle rozdzielić. Jednak dzisiejsze państwo rynkowe tak czynić nie może, ponieważ ma zupełnie inny cel istnienia: nie jest nim ani zagarnięcie cudzego terytorium, ani indoktrynacja ludzi za pomocą jakiejś ideologii - jak w wypadku państwa narodowego - ale ochrona swoich obywateli. Potrzebny jest więc system ostrzegania, który będzie bardziej czuły na strategiczne zagrożenia pochodzące tak z zewnątrz, jak i z wewnątrz społeczeństwa. Musimy mieć również doktrynę strategiczną, która będzie nakierowana na prowadzenie wojny. Innymi słowy, potrzebne jest potężne państwo.

Zaleca pan między innymi stworzenie wyrafinowanego systemu inwigilacji, dzięki któremu będziemy potrafili wykrywać na przykład planowane zamachy terrorystyczne. Czy istnieją jednak jakiekolwiek granice naszych działań? Skąd mamy wiedzieć, gdzie się zatrzymać? Czy są takie działania - na przykład stosowanie tortur - których nie wolno nam podejmować?

W pewnych wyjątkowych sytuacjach, które mogą się zdarzać jedynie bardzo, bardzo rzadko - ale jednak się zdarzają - trzeba będzie zagrozić torturami albo je zastosować. Na przykład gdy dzięki temu będziemy mogli ocalić życie tysięcy ludzi albo gdy pojawi się inna bardzo ważna, wyjątkowa przyczyna. To nie oznacza jeszcze, że uznamy tortury za legalne. Konieczne będzie złamanie prawa, żeby je zastosować. Zupełnie jak wtedy, gdy ktoś łamie prawo, przejeżdżając na czerwonym świetle i przekraczając dozwoloną prędkość, bo wiezie do szpitala żonę, która właśnie zaczęła rodzić. Ktoś, kto złamie prawo, znajdując się w stanie wyższej konieczności, staje potem przed sądem i mówi: Nie zrobiłem tego dla siebie, tylko dla kogoś innego. I miałem rację! A skoro tak - nie powinienem być ukarany. Albo: Nie powinienem być ukarany surowo. To samo powie osoba, która zastosowała tortury, by ratować innych ludzi.

Musi pan jednak przyznać, że ocena wypadków może być bardzo subiektywna. Jedna osoba powie, że tortury były absolutnie konieczne, ktoś inny - że zupełnie zbędne. Co gorsza, może się okazać, że torturowaliśmy niewinną osobę. Odpowiedzialność spoczywająca na kimś, kto przekroczył prędkość, i na kimś, kto z premedytacją okaleczył drugą osobę, jest po prostu nieporównywalna...

Kryterium decyzji, czy ktoś powinien być ukarany, stanowi to, czy został stwierdzony zamiar popełnienia zbrodni. Jeśli ktoś kradnie ze sklepu parasol, powinien być aresztowany. Jednak jeśli zabrał parasol, bo pomylił go z własnym, nie ma mowy o kradzieży. Poza tym tak naprawdę w trakcie każdej rozprawy prosimy sędziów, by zdecydowali, czy ktoś popełnił przestępstwo, czy nie. A więc tego rodzaju subiektywne decyzje, jak pani to nazwała, podejmuje się codziennie w sądzie.

Dla mnie to, co pan mówi, oznacza, że do pewnego stopnia musimy zrezygnować z demokracji i wolności, których bronimy - właśnie po to, by je ochraniać. I że być może zmieni nas to nie do poznania - w ludzi, którzy dawniej budziliby w nas odrazę. Czy nie jest to największy paradoks państwa rynkowego? Czy nie doprowadzi to do jego zniszczenia?

W amerykańskich filmach często obserwujemy taki schemat: jest detektyw, który bardzo pragnie dojść prawdy. Żeby to osiągnąć, bije i zastrasza podejrzanych. Jednak na końcu udaje mu się złapać przestępcę i zostaje bohaterem. Ten schemat przemawia do czegoś tkwiącego bardzo głęboko w amerykańskiej naturze: potrzeby wygranej za wszelką cenę. Jednak to są tylko bajki. Nie można zbudować systemu, ustawicznie łamiąc jego zasady. Podstawową rzeczą, o której musimy pamiętać, jest to, o co walczymy. Naszym podstawowym celem jest ochrona ładu i zgody w naszych demokracjach. Nie można wygrać wojny z terrorem, jeśli poświęci się ten cel i zlekceważy konieczność zapewnienia wolności i różnorodności wyboru obywatelom. Niestety jednak kompromisy są konieczne. Czasem musimy rezygnować z demokracji, by wygrać.

To prowadzi do kolejnego pytania. Niall Ferguson zwrócił uwagę na problem, o którym nie wspomina pan w książce: wyborcze owoce ewentualnego sukcesu takich działań są znikome, ponieważ wyborcy nie boją się zagrożenia, którego dało się uniknąć. W istocie chciałby pan, by USA były mocarstwem na miarę XIX wieku, gdzie wyborcy nie mogą zadecydować o zmianie władzy, tymczasem są one dziś mocarstwem XXI wieku, w którym rządzący pozostają ściśle uzależnieni od głosów wyborców.

Myślę, że Ferguson dotknął w ten sposób bardzo istotnego problemu, który ma jednak również drugą stronę. Proszę sobie przypomnieć wybory w Hiszpanii po zamachach terrorystycznych w Madrycie. Przed zamachami partia socjalistyczna wypadała w sondażach dość blado. Po zamachach nic nie zmieniło się w jej programie... Jedyną zmianą, jaka nastąpiła, były zamachy. Socjaliści wygrali, bo byli jedyną partią, która obiecywała wyjście Hiszpanów z Iraku, a ludzie byli przekonani, że unikną ataków terrorystycznych, jeśli wojska hiszpańskie wyjdą z Iraku. To realne zagrożenie, które będzie wymagać bardzo spokojnego, zrównoważonego publicznego przywództwa.

Jest pan zwolennikiem dominacji Ameryki, gdy idzie o politykę międzynarodową. Jednak na przykład Parag Khanna przewiduje, że tak zwany drugi świat, nowe mocarstwa regionalne, zakwestionują amerykańską hegemonię. Jeszcze inni, jak Robert Kagan, podkreślają z całą mocą, że świat jednobiegunowy, z dominacją Stanów Zjednoczonych, skończył się i mamy dziś do czynienia z wielością centrów.

Stany Zjednoczone i Unia Europejska, czyli to, co nazywam grupą G2, z całą pewnością jeszcze przez dziesięciolecia będą miały najsilniejsze gospodarki i największą siłę technologiczną. Oczywiście istnieją liczne dynamiczne centra - w Chinach, Indiach, Brazylii, Indonezji, RPA - które rosną w siłę, ponieważ dzisiejszy świat jest światem rozprzestrzeniania wiedzy i budowania dobrobytu. Jednak doprawdy nie widzę, w jaki sposób Chiny, Indie czy Rosja miałyby stać się światowymi liderami. Z drugiej strony, Stany Zjednoczone, choć mają żywotny interes w tym, by zajmować dominującą pozycję, nie mogą samotnie prowadzić wojny przeciwko terrorowi. Muszą mieć globalną sieć sprzymierzeńców. W tej sieci USA widziałbym raczej jako lidera niż kogoś, kto bezwzględnie dominuje. Nie wolno nam rozkazywać naszym sprzymierzeńcom. Musimy zdobyć ich szacunek i akceptację.

Zadam panu w takim razie pytanie z perspektywy polskiej: czy według pana Polska jest dla Stanów Zjednoczonych ważnym sprzymierzeńcem? Duża część Polaków z pewnością chciałaby tak myśleć, ale zachowanie Stanów Zjednoczonych raczej na to nie wskazuje. Prezydent George W. Bush uznał, że odwiedzenie Polski podczas jego pożegnalnej podróży po Europie jest zbędne.

Przyznam, że nie wiedziałem o tym. Jestem zaskoczony. Nie umiem znaleźć dobrego powodu, dla którego Bush miałby nie przyjechać do Polski. Polscy przywódcy są absolutnie kluczowi, gdy chodzi o NATO i relacje z Bałkanami. Z całą pewnością wiem, że jego ojciec - w administracji którego pracowałem - uważał Polskę za kraj absolutnie kluczowy, gdy chodzi o nasz sukces. I jestem przekonany, że dziś mamy do czynienia z bardzo podobną sytuacją. Nie chce mi się wierzyć, by był to wyraz braku szacunku dla waszego państwa.

Dla Niemiec, Włoch i Słowenii Bush znalazł jednak czas... Kończy on już swoją kadencję, stąd na koniec pytanie o przyszłość. Jakie przywództwo potrzebne jest obecnie Stanom Zjednoczonym? Kto według pana potrafi lepiej rozpoznać zagrożenia i stworzyć strategię na najbliższe lata - Obama czy McCain?

Nie wiem, czy potrafię znaleźć dobrą odpowiedź na to pytanie. Obaj kandydaci mają w swoich programach elementy strategii charakterystycznej dla państwa rynkowego. Obama kładzie nacisk na zasady wolnego rynku i nie wymaga, by państwo miało przede wszystkim mandat narodowy. McCain z kolei prezentuje klasyczne podejście państwa rynkowego, w wypadku wojny w Iraku: deklaruje zamiar budowania koalicji w celu ochrony obywateli. Jedyne, co ich różni, to fakt, że Obama jest bardziej rynkowy w dziedzinie polityki wewnętrznej, a McCain - w podejściu do polityki międzynarodowej.

Żaden z kandydatów nie wydaje się panu lepszy? Nie zdecydował pan jeszcze, na kogo będzie głosować?

Naprawdę nie wiem. Obaj kandydaci wydają mi się równie mocni. Ktokolwiek wygra, z pewnością będzie miał moje poparcie.

Czy państwo rynkowe, broniąc obywateli, może stosować tortury?

Dyskusja dotycząca stosowania tortur wobec podejrzanych o terroryzm podzieliła w ostatnich latach Amerykę, a zwłaszcza jej elity. Czy "państwo rynkowe" w swojej globalnej strategii walki z terroryzmem bierze pod uwagę także ten ostateczny środek nacisku? Bobbitt, co zrozumiałe, jest w tej kwestii dość ostrożny. "W pewnych wyjątkowych sytuacjach trzeba będzie zagrozić torturami albo je zastosować. Na przykład gdy dzięki temu będziemy mogli ocalić życie tysięcy ludzi albo gdy zaistnieje inna bardzo ważna, wyjątkowa przyczyna. To nie oznacza jeszcze, że uznamy tortury za legalne. Konieczne będzie złamanie prawa, żeby je zastosować. Ktoś, kto złamie prawo, znajdując się w stanie wyższej konieczności, staje potem przed sądem i mówi: Nie zrobiłem tego dla siebie tylko dla kogoś innego. I miałem rację! A skoro tak - nie powinienem być ukarany. Albo: Nie powinienem być ukarany surowo. To samo powie osoba, która zastosowała tortury, by ratować innych ludzi".

Philip Bobbitt, ur. 1948, amerykański prawnik, filozof i pisarz. Profesor na uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku. Był członkiem zespołu doradców prezydenta Jimmy'ego Cartera, doradzał senackiej komisji ds. afery Iran - Contras, pracował też w administracji prezydentów George'a Busha seniora oraz Billa Clintona. Do jego najważniejszych książek należy monumentalne dzieło "The Shield of Achilles: War, Peace and the Course of History" (2002) traktujące o przemianach prawa konstytucyjnego i międzynarodowego we współczesnym świecie. W tym roku Bobbitt wydał "Terror and Consent: the Wars for the Twenty-first Century" - fragment tej książki opublikowaliśmy w "Europie" nr 215 z 17 maja br. pod tytułem "Hegemonia i rynek".

http://www.dziennik.pl/

Komentarze (0)
Czy Indie będą superpotęgą?
 Oceń wpis
   

Czy Indie będą superpotęgą?

sobota 21 czerwca 2008 Dziennik.pl

pytamy Pankaja Mishrę, pisarza, eseistę

Mity, fantazje, złudzenia

Ludzie Zachodu zawsze osobliwie traktowali podbijane przez siebie kraje i kontynenty. Nie rozumiejąc inności, z którą się zetknęli, projektowali na nią swoje własne fantazje - marzenia o ziemi obiecanej albo lęki przed dzikością, którą należy zniszczyć. Rozmowa z Pankajem Mishrą udowadnia, że sytuacja w tym zakresie niespecjalnie się zmieniła. Zmieniła się jedynie treść fantazji, z pomocą których tworzymy nasz własny obraz Indii czy Chin. Dziś chcielibyśmy w nich dostrzec spełnienie marzenia o globalnym kapitalizmie modernizującym całe kontynenty, wyrywającym z nędzy miliony ludzi. I rzecz jasna upowszechniającym wszędzie demokrację... Dlatego takie wrażenie robią na nas chińskie drapacze chmur albo indyjskie firmy informatyczne. Mishra pokazuje jednak, jak bardzo naiwne są te złudzenia i zachwyty. Indie to kraj rozpaczliwie zacofany, gdzie zadanie modernizacji jeszcze długo będzie musiało spoczywać na barkach państwa. Indyjska klasa średnia związana z nowoczesnymi gałęziami gospodarki nie znosi demokracji i najchętniej przyjęłaby autorytarny model chiński. Ten ostatni rzeczywiście prowadzi do skutecznej modernizacji. Tyle że dokonuje się to kosztem zniszczeń, przy których bledną najbardziej barbarzyńskie wyczyny dzikiego kapitalizmu w XIX-wiecznej Europie...

rozmowę prowadzi Maciej Nowicki

Najważniejsza zmiana ostatnich lat to bardzo szybki rozwój Chin i Indii. Nieustannie czytamy, że tworzy się nowy ład światowy, w którym najistotniejsze decyzje będą zapadały nie tylko w Waszyngtonie, ale również w Pekinie i New Delhi. Pan tymczasem twierdzi, że Indie nie mają najmniejszych szans, by stać się superpotęgą...

Wielu Hindusów, zwłaszcza wyłaniająca się klasa średnia, chce być za wszelką cenę przekonanych, że XXI wiek będzie wiekiem Indii, podobnie jak XX wiek był wiekiem amerykańskim. Żyje snem o narodowym bogactwie i narodowej potędze. Te fantazje hinduskiej klasy średniej są natychmiast podchwytywane przez zachodnią prasę. Z prostego powodu: ponieważ odzwierciedlają dominujący mit, zgodnie z którym zachodni neoliberalny kapitalizm dokonał cudów we wszystkich częściach świata, do których zawitał i sprawił, że tamtejsza ludność jest dziś znacznie bliżej amerykańskiego czy europejskiego stylu życia.

Nie ulega jednak wątpliwości, że wzrost gospodarczy jest dziś w Indiach znacznie szybszy niż wcześniej. Nigdy przedtem nie wynosił osiem czy dziewięć procent... Czy się to panu podoba, czy nie, widać wyraźną różnicę między tym, co nastąpiło po roku 1991 - gdy dokonano liberalizacji gospodarki - a tym, co było wcześniej...

Nie kwestionuję tego, że rozwój jest dziś znacznie szybszy niż w latach 70. czy 80.. Chodzi mi o coś innego. Po pierwsze, mit indyjskiej superpotęgi opiera się na założeniu, że wolny rynek stanowi rozwiązanie wszystkich problemów, że nic innego się nie liczy, a liberalizacja rynku stanowi początek historii. Zachodni ekonomiści uwielbiają natrząsać się z naszego pierwszego premiera Nehru, ponieważ wybrał socjalistyczną, protekcjonistyczną gospodarkę i nie chciał wolnego rynku. Ale te wszystkie decyzje muszą być postrzegane także w kontekście kraju, który dopiero co wyzwolił się spod kolonialnego panowania. Czy byłoby naprawdę lepiej, gdyby Nehru prowadził politykę nieregulowania rynku? Za czasów kolonialnych dawała ona roczny wzrost na poziomie procentu. Tymczasem w pierwszych latach po roku 1947 tempo wzrostu wynosiło średnio 3,5 procent rocznie. Po drugie, należy spojrzeć na podstawowe fakty. Indie są krajem, gdzie setki milionów ludzi nadal żyją w gigantycznej biedzie, jednej z najgorszych na świecie. Założenie, że w ciągu następnych dwóch czy trzech dekad dojdą oni do poziomu zamożności porównywalnego z zachodnią klasą średnią, zakrawa po prostu na absurd. W Indiach PKB w przeliczeniu na mieszkańca - około 750 dolarów rocznie - jest porównywalne z Afryką subsaharyjską. Mimo wzrostu ekonomicznego co roku umiera z głodu

2,5 miliona dzieci. Poziom szkolnictwa podstawowego obniżył się w wielu częściach kraju - oficjalne statystyki mówiące o tym, że 61 procent populacji potrafi czytać i pisać, opierają się na założeniu, że każdy, kto potrafi napisać swoje imię i nazwisko, nie jest analfabetą...

Mówi pan, że Indie są przeraźliwie biedne. Ale Chiny także są przeraźliwie biedne - Guy Sorman powiedział mi, że bieda chińska jest jeszcze gorsza niż indyjska, ponieważ chiński biedny nie może liczyć na niczyją pomoc. Więzi wspólnotowe czy religijne zostały zniszczone przez komunizm, a państwo nie zapewnia nic w zamian, żadnej opieki... I mimo to Chiny nadal idą do przodu.

Chiny są dziś manufakturą świata. Symbolem sukcesu Indii jest branża informatyczna, ale w branży tej zatrudnione jest tylko niecałe półtora miliona ludzi - na 400 milionów pracujących. W Indiach nie ma żadnego boomu produkcyjnego - mój kraj nadal więcej importuje, niż eksportuje. A żaden kraj nie stał się superpotęgą, nie przechodząc wcześniej przez etap intensywnej industrializacji. Indie nie doznały zmian na skalę chińskich rewolucji. To dawało pewną ciągłość, gwarantowało większą stabilność niż w Chinach. Demokracja - choć niedoskonała - uratowała nas przed takimi szaleństwami jak wielki skok czy rewolucja kulturalna. Ale oznaczało to jednocześnie, że reforma rolna nigdy nie została przeprowadzona do końca, że dawne struktury społeczne, kastowe czy ekonomiczne pozostały nienaruszone w ogromnej części kraju. I jeszcze coś: być może Indie mogłyby stać się superpotęgą, gdybyśmy mogli tak jak Zachód podbijać inne terytoria - bo przecież sukces Zachodu był w ogromnej części oparty na kolonializmie. Podobnie zresztą jak sukces Chin - myślę o wewnętrznej kolonizacji Tybetu i Xinjiangu. Ale my nie mamy kogo podbijać, a już dziś rozpaczliwie brakuje nam przestrzeni... Nie mamy tej przewagi, która ukształtowała potęgę Zachodu w XIX wieku.

W poświęconym Szanghajowi artykule "Getting Rich" napisał pan, że indyjska klasa średnia bardzo zazdrości Chinom szybszego rozwoju gospodarczego i doszła do wniosku, że wszystkiemu winna jest demokracja, która jedynie spowalnia zmiany...

Widać wyraźnie, że Hindusi mają dziś coraz mniej cierpliwości w stosunku do demokracji. Gardzą stworzoną przez Nehru wizją równości gospodarczej i sprawiedliwości społecznej, wskazując reformy Deng Xiaopinga jako dowód, że należy zacząć od tworzenia bogactwa narodu, a dopiero potem można zająć się walką z biedą, epidemiami czy analfabetyzmem. Klasa średnia jest absolutnie przekonana, że gdyby w Indiach nie istniała demokracja, można byłoby wszystko przyspieszyć - narzucając reformy ekonomiczne, ograniczając władzę związków zawodowych, tworząc specjalne strefy ekonomiczne, odbierając ziemię prawowitym właścicielom pod budowę lotnisk. Bo w Chinach to jest szalenie łatwe - KPCh może nakazać dosłownie wszystko. Wyobrażenia Zachodu, że pojawi się klasa średnia i wszystko się zmieni, ponieważ zacznie ona walczyć o prawa obywatelskie, są po prostu śmieszne. Twierdzenie, że klasa średnia będzie się troszczyć o resztę społeczeństwa, było romantyczną fantazją nawet na Zachodzie - tyle że w wypadku Zachodu ta fantazja nie została unicestwiona dzięki kilku dekadom bogactwa i stabilności. Ale dziś tamten świat znika na naszych oczach - z powodu wzrostu cen ropy, z powodu tego, że zachodnia supremacja coraz wyraźniej należy do przeszłości. A Zachód za wszelką cenę chce ocalić swoje złudzenia, twierdząc, że Indie poradzą sobie, bo kochają demokrację, a Chiny upadną, bo są komunistyczne. Ale to nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, to jest jedynie wyraz zagubienia Zachodu. W oczach Hindusa czy Chińczyka wygląda to na jakiś kiepski żart.

Jak wygląda Zachód w oczach Hindusów? Jakie ma dla nich znaczenie?

Dla indyjskiej klasy średniej Ameryka czy Europa nie są dziś żadnym wzorem. Ci ludzie zainteresowani są jedynie wzorcami autorytarnymi, takimi jak Singapur, który stanowił zresztą także pewnego rodzaju laboratorium dla zmian w Chinach. To im się najbardziej podoba - reżim autorytarny, który całkowicie wyzbywa się przeszłości, równa wszystko z ziemią, odnosząc jednocześnie sukces ekonomiczny. I to jest także przyczyną sukcesu BJP (Bharatiya Janata Party, Indyjska Partia Ludowa - przyp. red.) - partii do niedawna sprawującej władzę w Indiach. BJP nie miała w latach 80. większego znaczenia. Dopiero późniejsza liberalizacja gospodarki stworzyła dla tej tradycyjnie probiznesowej partii nową bazę wyborczą, czyli rodzącą się klasę średnią. BJP miała pod ręką gotową ideologię - ogłosiła, że dotychczasowy wzorzec świeckiego państwa okazał się klęską i należy go zastąpić nacjonalizmem opartym na hinduizmie.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że mimo swych archaicznych elementów hinduski nacjonalizm jest przede wszystkim ideologią modernizacji. W Europie XIX czy XX wieku to właśnie nacjonalizm był takim samym czynnikiem kształtowania się nowoczesnego państwa...

Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Nic dziwnego, że hinduski nacjonalizm nasilił się w ciągu ostatnich 20 lat, gdy modernizacja nabrała tempa. Wszystko się tutaj łączy - narodziny klasy średniej, nacjonalizm i zmiany gospodarcze. W Indiach jest bardzo silne poczucie, że hinduski nacjonalizm będzie użytecznym narzędziem tworzenia nowoczesnego, skutecznego państwa narodowego. Że stanowi spoiwo, którego przez bardzo długi czas brakowało. Politycy BJP mówią rzeczy, które na pierwszy rzut oka wydają się zupełnie śmieszne. Sprawiają wrażenie oszalałych bigotów. Twierdzą na przykład, że Indie nie istniałyby bez krów i że krowie mleko oraz łajno stanowią fundamenty naszej tożsamości narodowej. Jednak tak naprawdę wielu ludzi powiązanych z BJP wcale nie jest religijnych, oni w ogóle nie są zainteresowani hinduizmem. Hinduizm jest dla nich jedynie narzędziem sprawowania władzy. Wiedzą, że większość państw stała się nowoczesna, zrywając z dawną etniczną i kulturową różnorodnością, narzucając swym obywatelom - często w sposób całkowicie niedemokratyczny - jednolite wartości i sposoby zachowania.

Ashis Nandy, jeden z największych współczesnych indyjskich myślicieli i wielki przeciwnik modernizacji, mówi, że Indie są krajem, gdzie nowoczesność to tylko niewielkie wysepki otoczone przez świat przednowoczesny i dlatego jej krzewienie wymaga nadzwyczajnych środków...

Jak mówiłem, Indie są pod tym względem całkowicie różne od Chin, gdzie potężni modernizatorzy systematycznie niszczyli stare tradycje w ciągu ostatnich stu lat i doprowadzili do tego, że ich kraj stał się - w znacznie większym stopniu niż Indie - naśladowcą zachodnich wzorców opartych na pracy i konsumpcji. Indie do dziś nie doświadczyły westernizacji. Zachodnie towary nie mają tu większego znaczenia. A na jeden hollywoodzki film przypada 20 indyjskich. Ideologia modernizacji musi tu nieustannie rywalizować ze starymi - i z jej punktu widzenia szkodliwymi - tradycjami ascetyzmu czy bezgranicznej religijności. A promująca ją klasa średnia jest malutka - jest niczym w porównaniu z rolnikami, robotnikami czy (ogromną w Indiach) klasą wiecznych biedaków pozbawionych zarówno pracy, jak i wszelkiej własności. I ta dysproporcja sprawia, że klasa średnia staje się całkowicie bezlitosna - aby osiągnąć swoje, musi nieustannie sięgać po przemoc...

Podkreśla pan związek między modernizacją a przemocą. Można bardzo nie lubić nowoczesności, ale trudno uznać, że przemoc została wymyślona dopiero przez nią. Zresztą w Indiach przemoc ta wybuchała zazwyczaj na tle podziałów religijnych...

Czy przemoc ma w Indiach przede wszystkim źródła religijne? To prawda, ale tylko z pozoru. Rzeczywiście dochodzi do zamieszek między wyznawcami hinduizmu i muzułmanami. Ale gdy przyglądamy się historii koegzystencji wyznawców hinduizmu i muzułmanów w Indiach, nie znajdujemy prawie żadnych świadectw krwawych zamieszek czy walk. Także w czasach gdy muzułmanie rządzili znaczną częścią Indii. Przemoc religijna pojawiła się wraz modernizacją i występuje wyłącznie w strefach miejskich. Weźmy choćby najbardziej krwawe zamieszki w roku 2002, gdy zginęło ponad dwa tysiące muzułmanów. Miały one miejsce w zamożnym stanie Gudżarat, słynnym z szybko rozwijającego się biznesu. Atakujący tłum składał się ze zmodernizowanych hinduistów ubranych w koszulki Benettona i nierzadko poruszających się japońskimi samochodami. Celem modernizacji było zniszczenie synkretycznej przeszłości, zburzenie meczetów, zduszenie wszelkich mniejszości. Liderzy BJP usprawiedliwiali te morderstwa, przedstawiając je jako element wojny z terrorem islamistów prowadzonej przez amerykański rząd. Tymczasem muzułmańskie kobiety były gwałcone, zanim je zabito i spalono, z brzuchów ciężarnych kobiet wyrywano płody, a potem ciskano je w ogień. Wszystko skończyło się wygraną BJP w lokalnych wyborach - nieufność hinduistycznej klasy średniej do muzułmanów sprawiła, że lincze pomogły tej partii je wygrać... Zachód ma obsesję na punkcie przemocy zawartej w islamie, ale nikogo nie interesują tam dwa tysiące osób zabitych przez hindusów w Gudżaracie.

Jak wszyscy wiemy, napięcia między muzułmanami a hindusami doprowadziły w 1948 roku do ludobójstwa na wielką skalę i oddzielenia się Pakistanu od Indii. Jednak do dziś w Indiach żyje trzecia co do wielkości muzułmańska wspólnota na świecie. Myśli pan, że relacje między nimi a hindusami będą się pogarszać?

Na razie będą się pogarszać. Muzułmanie w Indiach to nie tylko religia. Stanowią oni także najmniej uprzywilejowaną, najbiedniejszą część społeczeństwa. Arjun Appadurai twierdzi, że globalizacja wytwarza swego rodzaju impulsy ludobójcze w stosunku do najbiedniejszych wspólnot - uważam, że to jest bardzo słuszna teoria. Doskonale było to widać choćby w Gudżaracie, gdzie zabito dwa tysiące ludzi, uzasadniając ten mord mniej więcej tak: "Oto ludzie niepotrzebni w nowej fazie rozwoju. Wyeliminujmy ich". To jest związane z procesem kreowania nowych elit, który w ogromnym stopniu sprowadza się do tego, że elity walczą z tymi, którzy nie mają żadnych przywilejów. A nacjonalizm BJP na pewno nie polepsza sytuacji.

V.S. Naipaul, największy chyba żyjący pisarz hinduskiego pochodzenia, twierdzi, że obecność muzułmanów w Indiach stanowi coś w rodzaju kulturowej katastrofy. Z tym że on przedstawia muzułmanów, tak jak pan przedstawia hinduskich nacjonalistów: jako śmiertelnych wrogów odwiecznego indyjskiego pluralizmu. Różnica polega jedynie na tym, że pana zdaniem BJP chce ten pluralizm zniszczyć w imię modernizacji, a muzułmanie - zdaniem Naipaula - w imię obskurantyzmu...

Myślę, że wielki błąd Naipaula polega na poszukiwaniu jakiegoś wydumanego stanu czystości. Jego zdaniem muzułmanie pogwałcili tę mityczną czystość. Tymczasem Indie nigdy nie były czyste. Czy islam zagroził różnorodności Indii? Urodziłem się w rodzinie należącej do hinduskiej klasy braminów, moje wychowanie było bramińskie. I dopiero z wiekiem zrozumiałem, jak wiele zawdzięczam islamowi: jedzenie, muzykę itd. W naszym rodzinnym domu obok portretu Ramy, do którego modlił się ojciec, wisiało zdjęcie sufickiego świętego. I to dotyczy setek milionów Hindusów, którzy czczą jednocześnie hinduistyczne i muzułmańskie świętości. Naipaul zbyt krótko mieszkał w Indiach, by zauważyć absolutnie podstawową rzecz: wszyscy Hindusi z północy, czy tego chcą, czy nie, są - kulturowo rzecz biorąc - muzułmanami. Nieustannie przemieszczają się między religiami, prowadząc niezwykle pluralistyczne życie. Naipaul nie chce zrozumieć - podobnie jak Brytyjczycy, gdy pojawili się w Indiach - tego pluralizmu ludzkich tożsamości. Kolonizatorzy popełnili gigantyczną pomyłkę, twierdząc, że ktoś może być tylko muzułmaninem lub hindusem. Dla mieszkańców Indii sytuacja, gdzie jedna osoba może mieć tylko jedną tożsamość, była czymś absolutnie nie do pomyślenia. Religia nie stanowiła w żaden sposób o naszej tożsamości. To jest ten sam błąd, który popełnia dziś Zachód, gdy w wyniku szoku wywołanego

11 września zaczyna zaprzeczać wszelkim wpływom islamu na historię Europy.

Pan mówi o Brytyjczykach tak, jakby ich jedynym celem było przeciwstawienie sobie wspólnot religijnych czy etnicznych. Ale przecież Europejczycy określali siebie w taki sam sposób - przez religię czy przynależność etniczną...

Ale to nigdy wcześniej nie było istotne w historii Indii. Mało tego - nawet gdyby pan powiedział: "Ten należy do większości, a ten do mniejszości", nikt by tego nie zrozumiał. Takie pojęcia po prostu nie były stosowane. To jest zresztą jeden z problemów związanych z wprowadzaniem demokracji do Indii. Bo przecież nie sposób mówić o demokracji, o parlamencie, o systemie przedstawicielskim, nie operując pojęciami takimi jak większość czy mniejszość. I to stanowi ciemną stronę demokracji w Indiach: grupy, które przez setki lat żyły spokojnie obok siebie, dziś zaczynają sięgać po przemoc, ponieważ wybory w Indiach opierają się na bankach wyborczych apelujących do poszczególnych wspólnot, do ich rozbieżnych interesów. Na jeszcze większą skalę widać to w Iraku, gdzie próbuje się wprowadzać demokrację. Zawsze były problemy w relacjach między sunnitami i szyitami - ale nigdy na taką skalę jak teraz. Tak więc demokracja doprowadza do różnych efektów. Także w Europie. Wszyscy wiemy, co się stało z Żydami w Europie wkrótce po tym, jak wprowadzono powszechne głosowanie... Stali się przedmiotem antysemickiej wyborczej mobilizacji, a potem był Holocaust.

Dziś w Indiach - i to od czterch lat - rządzi Partia Kongresowa. A pan się zachowuje tak, jakby ona właściwie nie istniała. Przywołuje pan wyłącznie BJP...

Ponieważ BJP jest dziś najważniejszą partią w Indiach. To oni ucieleśniają modernizację, kulturę konsumpcyjną - wszystko, co nowe i istotne w dzisiejszych Indiach. Indyjski Kongres Narodowy jest teraz u władzy, ponieważ BJP popełniła gigantyczne błędy propagandowe - prowadząc na przykład swą kampanię wyborczą pod hasłem "Indie są pełne blasku", co było idiotyzmem, wyglądało po prostu na kpinę w kraju, gdzie z głodu umierają miliony ludzi. W rezultacie biedni wyborcy doszli do wniosku, że zostaną wykluczeni z tej całej historii wzrostu ekonomicznego. I zagłosowali na Kongres, który został zwycięzcą ku własnemu zaskoczeniu. Jeśli ktoś się nie spodziewał zwycięstwa Kongresu, to przede wszystkim oni sami. Ale na dłuższą metę jest to partia skazana na klęskę - zewsząd widać sygnały jej zmierzchu. Z potężnej niegdyś partii pozostała jedynie nazwa. Kongres jest niezwykle sfragmentaryzowany: lokalni bossowie nieustannie buntują się przeciwko centrum, a sami są z kolei atakowani przez aktywistów bazy. Kongres nie ma dziś żadnej spójnej chwytliwej ideologii do zaproponowania. Ich program ekonomiczny jest z grubsza taki sam jak program BJP - zresztą premier Singh należał do grupy technokratów, którzy inicjowali reformy ekonomiczne w roku 1991. Jeśli widać dziś jakieś różnice w stosunku do okresu, gdy władzę sprawowała BJP, to przede wszystkim dlatego, że w wyborach w roku 2004 komuniści poradzili sobie znacznie lepiej niż kiedykolwiek wcześniej i Singh musi robić pewne rzeczy, aby uniknąć ich weta - a BJP nie miała tego rodzaju ograniczeń. Jednak nie należy z tego wyciągać wniosku, że Singh jest bardziej na lewo. Tutaj chodzi jedynie o ocalenie władzy, którą Kongres i tak zresztą niebawem straci - wszyscy są przekonani, że w następnych wyborach wygra BJP i będzie prowadzić tę samą politykę, co dawniej.

Wspomniał pan o wyborczych sukcesach komunistów. To bardzo dziwna partia. Jej głównym tytułem do chwały są dziś niezwykle radykalne reformy rynkowe w Kalkucie i okolicach - reformy, które trudno kojarzyć z komunizmem...

Komuniści są partią o podwójnej twarzy. Na poziomie kraju nieustannie sprzeciwiają się liberalizacji gospodarki. Jednak na poziomie lokalnym postępują często zupełnie odwrotnie. Zwłaszcza w Bengalu Zachodnim, gdzie znajduje się Kalkuta. Bengal Zachodni wlecze się za wieloma innymi stanami i dlatego komuniści postanowili tam grać w tę samą grę, co chińska partia komunistyczna - przyciąganie zagranicznych inwestycji zagranicznych, tworzenie specjalnych stref ekonomicznych itd. Robią to w ten sam sposób, co KPCh - nie przebierając w środkach. Zaczęli robić rzeczy naprawdę straszne - jak choćby strzelanie do rolników, którzy protestowali przeciwko projektom industrializacji. Dlatego wielu ludzi, którzy byli związani z lewicą przez dekady, zerwało z partią komunistyczną.

Są także naxalici - maoistowskie bojówki - w wiejskich regionach Indii...

To bardzo ważna siła. I jedno z największych zagrożeń dla przyszłości Indii. Naxalici nie uczestniczą w wyborach i dlatego ich obecność w świadomości narodowej (a tym bardziej w świadomości Zachodu) nie jest tak wyraźna.

Wrócę jeszcze raz do Naipaula, który opisał ich w bardzo sarkastyczny sposób w "Magic Seeds". Przypominają tam południowoamerykańskich guerillos tuż przed ostateczną klęską. Ich działalność sprowadza się do aktów bandyckich pod pretekstem rewolucji, która dawno spaliła na panewce...

Im się udało znacznie więcej niż guerillos w Ameryce Południowej. Choćby dlatego że z zasady unikają potyczek zbrojnych z indyjską armią. Są aktywni na terenach, gdzie państwo indyjskie zawsze było słabe, a administracja lokalna niemal nie istnieje. W rezultacie przejęli niemal wyłączną kontrolę nad ogromnymi połaciami w północnych

i północno-wschodnich Indiach. I nic nie wskazuje, by się to miało wkrótce zmienić - bo państwo nawet nie usiłuje z nimi konkurować.

Ostatnie pytanie: Indie nigdy nie były państwem narodowym w zachodnim sensie tego słowa. Nie mają wspólnego języka, kultury ani niczego, co można nazwać wspólną tożsamością narodową. Są zdecydowanie bardziej zróżnicowane społecznie, religijnie czy kulturowo niż narody, które składają się na Europę...

Co właściwie trzyma tych wszystkich ludzi razem?

Czy istnieje jakiś wspólny mit założycielski sprawiający, że Indie jako takie w ogóle istnieją?

W Indiach żyje nieskończenie wiele wspólnot bez niemal żadnej interakcji, bez aspirowania do jakiejś wspólnej narodowej idei. Mit jedności nie istnieje i wydaje się, że nigdy nie był potrzebny. Zresztą nawet gdy Indie stanowiły część imperium brytyjskiego, znaczna część terytoriów i wspólnot nie była do tego imperium włączona. Prowadziły one zupełnie oddzielne życie. Ta sytuacja wywołuje wiele problemów - choćby te, o których mówiliśmy. To dlatego nacjonalizm jest tak ściśle powiązany z przemocą, bo jest tu czymś obcym. I dlatego demokracja jest generatorem przemocy - chcąc wygrać wybory, używa się resentymentu hindusów przeciwko muzułmanom. Jednak to właśnie dało Indiom relatywną stabilność - są one przecież bardzo stabilnym krajem w porównaniu z większością krajów postkolonialnych. I to nas najbardziej różni od Zachodu. Zawsze jestem zaskoczony tym, że ludzie na Zachodzie uciekają przed innością, chcą unifikować za wszelką cenę. Pluralizm wywołuje w nich strach, podczas gdy dla mieszkańca Indii jest czymś zupełnie naturalnym.

W Indiach modernizacja prowadzi do wybuchu religijnej przemocy

Jednym z najczęściej powtarzanych na Zachodzie błędnych twierdzeń dotyczących Indii - zauważa Pankaj Mishra - jest to, że obserwowane tam wybuchy przemocy mają przyczynę religijną. "Rzeczywiście dochodzi do zamieszek między wyznawcami hinduizmu i muzułmanami. Ale gdy przyglądamy się historii koegzystencji wyznawców hinduizmu i muzułmanów w Indiach, nie znajdujemy prawie żadnych świadectw krwawych zamieszek czy walk. Także w czasach gdy muzułmanie rządzili znaczną częścią Indii. Przemoc religijna pojawiła się wraz z modernizacją i występuje wyłącznie

w strefach miejskich. Weźmy choćby najbardziej krwawe zamieszki w roku 2002, gdy zginęło ponad dwa tysiące muzułmanów. Miały one miejsce w zamożnym stanie Gudżarat. Atakujący tłum składał się ze zmodernizowanych hinduistów ubranych w koszulki Benettona i nierzadko poruszających się japońskimi samochodami. Celem modernizacji było zniszczenie synkretycznej przeszłości, zburzenie meczetów, zduszenie wszelkich mniejszości".

Pankaj Mishra, ur. 1969, indyjski pisarz, eseista, krytyk literacki. Jego pierwsza powieść "The Romantics" (2000) odniosła ogromny sukces i została przełożona na kilkanaście języków. Mishra współpracuje z najważniejszymi i najbardziej prestiżowymi zachodnimi pismami, m.in.: z "New York Times", "The Guardian" i "The New York Review of Books". Interesują go przede wszystkim problemy tożsamości ludzi rozpiętych między kulturą Zachodu i rodzimą tradycją. W 2006 roku wydał głośną książkę "Temptations of the West", w której opisywał kulturowe dylematy związane z modernizacją i globalizacją w Indiach, Pakistanie i krajach Azji Południowo Wschodniej.

W "Europie" nr 173 z 28 lipca ub.r. opublikowaliśmy jego tekst "Demokracja i konflikty religijne".

http://www.dziennik.pl

Komentarze (0)
Nowa rewolucja. Czy Chińczycy obalą tyranię partii?
 Oceń wpis
   

Nowa rewolucja

Czy Chińczycy obalą tyranię partii?

sobota 19 lipca 2008 Dziennik.pl

Tocqueville w Pekinie

Nie da się ukryć, że dzisiejszy rozwój Chin - przynajmniej na razie - zadaje kłam wielu tradycyjnym poglądom na temat demokracji, liberalizmu czy sfery publicznej. Okazuje się, że kapitalistyczna gospodarka może funkcjonować bez demokratycznych reguł, a społeczeństwo może się bogacić nie żądając politycznych swobód. Czy zatem mamy do czynienia z unikalną "chińską drogą"? Niezupełnie - twierdzi znany publicysta Guy Sorman. "Chińska droga" to poręczny mit wymyślony przez propagandę reżimu, który za wszelką cenę próbuje odwrócić uwagę świata od konfliktów rozdzierających Państwo Środka. Całkiem możliwe, że sytuacja w Chinach przypomina dziś sytuację Francji tuż przed rewolucją 1789 roku. Wtedy też wszystko wydawało się stabilne, a kraj zaczynał wychodzić na prostą. Jak pokazał to po mistrzowsku wielki teoretyk demokracji Alexis de Tocqueville, rosnąca zamożność wcale nie eliminuje społecznej frustracji, może ją nawet zwiększać, przybliżając rewolucyjny wstrząs. Niewykluczone więc, że już wkrótce Chińczycy będą mieli dość rządów partii komunistycznej partii i pozbędą się jej, lekceważąc dobrodziejstwa "kapitalizmu państwowego". Chiny - twierdzi Sorman - nie są wyjątkiem, państwem, w którym nie funkcjonują znane na Zachodzie mechanizmy społecznego niezadowolenia. Śledząc to, co się tam dzieje, warto pamiętać o lekcji, której kiedyś udzielił nam Tocqueville.

Chińskie władze komunistyczne przekonują resztę świata, że Państwo Środka jest jedynym w swoim rodzaju przypadkiem historycznym i ekonomicznym. Czy powinniśmy patrzeć na Chiny przez pryzmat uniwersalnych zasad rozwoju ludzkości, czy też przyjąć sinocentryczną interpretację wszystkiego, co się dzieje w tej rzekomo odmiennej cywilizacji? Moim zdaniem Chiny są oczywiście inne, tak jak każde państwo, ale ewoluują zgodnie ze znanym mechanizmem, który zadziałał już na Zachodzie. Alexis de Tocqueville pozwala dzisiaj lepiej zrozumieć Chiny niż Konfucjusz. W "Dawnym ustroju i rewolucji", książce napisanej po "O demokracji w Ameryce", Tocqueville tłumaczył, że wraz ze wzrostem zamożności i wolności Francuzów nasilała się ich wrogość wobec monarchii. Trafnie określił ten paradoks jako cykl wzrastających oczekiwań. Póki Francuzi byli biedni, represjonowani i pozbawieni nadziei, siedzieli cicho - nie licząc sporadycznych lokalnych buntów - i popierali króla. Pod koniec XVIII wieku przybyło bogactwa, a reżim złagodniał, co sprawiło, że Francuzi przestali być tacy potulni. Kiedy ludzie zakosztują wolności, nie tolerują już ograniczeń. Całkiem możliwe, że tak jest w wypadku dzisiejszych Chin.

Jak wiemy, według Komunistycznej Partii Chin źródłem wzrostu zamożności kraju jest polityczny monopol partii i jej oświecony despotyzm. Ponadto nie da się zaprzeczyć, że Chińczycy są obecnie bardziej wolni niż za czasów Mao. Tysiące dysydentów siedzą w więzieniach, ale to i tak nic w porównaniu z dawnymi obozami reedukacyjnymi. Wolno dzisiaj wyrażać indywidualne poglądy, a nawet krytykować partię, byle nie tworzyć antykomunistycznych organizacji. Wielu obserwatorów z zewnątrz, którzy znają Chiny od dawna, twierdzi, że Chińczykom nigdy nie powodziło się lepiej, w związku z czym stabilizacja i komunistyczny monopol powinny się utrzymać. Skoro tak, to jak wytłumaczymy masowe bunty w Tybecie, w Syczuanie po trzęsieniu ziemi, w Guizhou po zamordowaniu młodej dziewczyny?

Tocqueville pozwala lepiej zrozumieć związek między tymi z pozoru odrębnymi zdarzeniami: ponieważ Chińczykom nigdy nie powodziło się lepiej, są coraz bardziej sfrustrowani. Nie będą okazywali partii wdzięczności, tylko się jej pozbędą. Ale nikt na razie nie wie, jak to zrobić. To również przypomina sytuację francuską w przededniu rewolucji. Początkowo francuscy filozofowie i nowi przywódcy polityczni wierzyli, że monarchię można poprawić: przyjęto konstytucję, proklamowano rządy prawa. Mimo to monarchia upadła, ponieważ despotyzmu nie da się łatwo zreformować. To samo dotyczy KPCh: najprawdopodobniej nie zdoła się zmienić na tyle szybko, by sprostać rosnącym oczekiwaniom. Reżimy autorytarne nie łagodnieją: wytrzymują napór albo upadają.

Rewolucji francuskiej, która wybuchła po nieuchronnym upadku dawnego ustroju, Tocqueville nie traktował jako konieczności historycznej, lecz jako niepomyślny (i krwawy) wypadek. Uważał, że prawdziwym przeznaczeniem narodów jest demokracja, którą rozumiał nie tylko jako ustrój polityczny, ale również jako egalitarną cywilizację. Teoria ta brzmi dzisiaj zbyt deterministycznie i po fukuyamowsku, ale historia przyznała Tocqueville'owi rację. Demokracja, która za jego czasów istniała tylko w Stanach Zjednoczonych, dzisiaj jest wszędzie - przy czym Chiny należą do najważniejszych wyjątków. Czy umkną przed działaniem prawa wzrastających oczekiwań i przed demokratycznym przeznaczeniem?

Zasadnicza różnica między Chinami a innymi państwami, od Francji ancien régime'u po współczesną Koreę Południową, nie jest zakorzeniona w chińskiej kulturze, lecz w systemie komunistycznym: w Chinach nie ma burżuazji. Prawdziwa burżuazja jest ekonomicznie niezależna od władzy. W Chinach klasa średnia w większości należy do partii albo jest od niej uzależniona. Własność prywatna prawie nie istnieje, a tak zwane prywatne przedsiębiorstwa funkcjonują dzięki partyjnym koneksjom. Ta pseudoburżuazja ma interes w utrzymaniu monopolu partii na władzę i nie tęskni za demokracją. Jest to nowy typ społeczeństwa, jakiego Tocqueville nie mógł sobie wyobrazić. Czy należy zatem odwołać się do Marksa? Tocqueville wierzył w prymat idei, a Marks w determinującą moc własności i gospodarki. Marks lepiej niż Tocqueville opisałby walkę klasową między zwolennikami partii, czyli w większości miejską, względnie zamożną chińską klasą średnią a wiejską biedotą. Niezależnie od tego, czy posłużymy się teorią wzrastających oczekiwań Tocqueville'a, czy koncepcją walki klasowej Marksa, rezultat jest nie do przewidzenia, ale stabilizacja lub pokojowa ewolucja wydaje się mało prawdopodobna.

© Guy Sorman

przeł. Tomasz Bieroń

Guy Sorman, ur. 1944, francuski pisarz, publicysta polityczny i filozof. Jeden z nielicznych wśród francuskiej inteligencji zwolenników wolnorynkowego liberalizmu. Wydał m.in.: "Amerykańską rewolucję konserwatywną" (wyd. pol. 1983), "Rozwiązanie liberalne" (wyd. pol. 1985), "Rok koguta" (wyd. pol. 2006), "Dzieci Rifa'y. Muzułmanie i nowoczesność" (wyd. pol. 2007) oraz "L'économie ne ment pas" (2008). Jest stałym współpracownikiem "Europy" - ostatnio w nr 221 z 28 czerwca br. opublikowaliśmy jego tekst "Dwie Europy".

http://www.dziennik.pl/

Komentarze (0)
Zachód w rękach Wschodu
 Oceń wpis
   

Wyprzedaż imperium - Dziennik.pl

sobota 19 lipca 2008

 

Zachód w rękach Wschodu

Jak opisać zachodzące obecnie zmiany w globalnym układzie sił? Niall Ferguson lubi nas zaskakiwać śmiałymi analogiami historycznymi. Tak jest i w wypadku tekstu, który dziś publikujemy. Zdaniem brytyjskiego historyka świat powraca do sytuacji z lat 70. - tyle że nie XX, ale XIX wieku. W tamtym czasie dogorywało państwo osmańskie, jedno z największych imperiów nowożytnego świata niegdyś zagrażające Europie. Zadłużone i nieefektywnie rządzone musiało stopniowo wyprzedawać swoje posiadłości. Dziś podobna sytuacja może mieć miejsce w wypadku Stanów Zjednoczonych. Największe mocarstwo zmaga się z ogromnym zadłużeniem, deficytem handlowym i skutkami kryzysu na rynku nieruchomości. Wisi nad nim nieuchronna groźba recesji. Jedna różnica w stosunku do sytuacji imperium osmańskiego jest wszakże uderzająca. To ostatnie zostało w znacznej mierze wykupione i "rozparcelowane" przez mocarstwa europejskie. Amerykę zaś powoli przejmują potęgi Wschodu - przede wszystkim Chiny. To one finansują gigantyczny amerykański dług i kupują masowo akcje amerykańskich przedsiębiorstw. Wedle Fergusona mamy tu do czynienia z szerszym historycznym trendem: Wschód zaczyna zyskiwać przewagę nad Zachodem. Historyczna dominacja świata zachodniego dobiega końca. Być może już wkrótce - prorokuje Ferguson - nabywanie akcji firm przestanie zaspokajać apetyty wierzycieli. Wtedy zacznie się "parcelacja" amerykańskich baz wojskowych, zagranicznych placówek, a potem być może nawet samego terytorium Ameryki...

Przyszli historycy będą patrzeć na obecną dekadę jako punkt zwrotny porównywalny do lat 70. Nie, nie chodzi mi o ubiegłe stulecie i takie podobieństwa jak nielubiany prezydent Ameryki, zawrotne ceny ropy naftowej, słaby dolar i niepopularna wojna w dalekim kraju. Mówię o latach 70. XIX wieku.

Podobieństwa naszych czasów i okresu sprzed 130 lat nie od razu rzucają się w oczy. W tej odległej dekadzie wysoko stały akcje brytyjskich konserwatystów, po finansowym krachu z 1873 roku i przeznaczeniu amerykańskich prerii pod uprawę roli spadała wartość ziemi w Zjednoczonym Królestwie, waluty były stabilne, ponieważ kolejne kraje w ślad za Brytyjczykami wprowadzały parytet złota, zaś Amerykanie najważniejsze wojny toczyli u siebie w kraju - z Siuksami i innymi plemionami indiańskimi.

Dokładniejsza analiza pokaże jednak, że obecne zmiany w globalnym układzie sił bardzo przypominają to, co działo się we wspomnianym dziesięcioleciu. Przerośnięte imperium (osmańskie) zmagało się z wewnętrznym długiem, sprzedając źródła dochodów budżetowych zagranicznym inwestorom. Dzisiaj z podobnymi procesami mamy być może do czynienia w wypadku Stanów Zjednoczonych. Po wojnie krymskiej sułtan Konstantynopola i jego egipski wasal kedyw zaczęli gwałtownie zwiększać deficyt finansów publicznych i zadłużenie zagraniczne. W latach 1855 - 1875 osmański dług wzrósł aż 28 razy. Na jego spłatę wraz z odsetkami szło 15 procent dochodów w 1860 roku i 50 procent w 1875 roku. Podobnie było w Egipcie: w okresie 1862 - 1876 całkowite zadłużenie państwa wzrosło z 3,3 miliona do 76 milionów funtów egipskich. W 1876 roku jego obsługa pochłaniała ponad połowę wydatków budżetowych.

Pożyczki zaciągano na cele wojskowe i gospodarcze: na utrzymanie pozycji tureckiej armii podczas wojny krymskiej i po niej, jak również na sfinansowanie budowy kolei i kanałów, w tym Kanału Sueskiego otwartego w 1869 roku. Niebezpiecznie wysoki odsetek pozyskiwanych środków przeznaczano jednak na wydatki o charakterze prestiżowym symbolizowane przez wystawny pałac Dolmabahce sułtana Abdula Medżida i spektakularną premierę "Aidy" w operze kairskiej w 1871 roku. Po kryzysie finansowym, który dwa lata później zatrząsł europejskimi i amerykańskimi giełdami, krach był tylko kwestią czasu. W 1875 roku rząd osmański ogłosił niewypłacalność.

Kryzys miał dwa konkretne i istotne skutki finansowe: kedyw sprzedał udziały w Kanale Sueskim (za cztery miliony funtów, które pożyczyli brytyjskiemu premierowi Disraelemu Rothschildowie) i zastawił niektóre osmańskie aktywa w zamian za obsługę długu. Powołano do tego celu specjalną instytucję międzynarodową, w której reprezentowani byli europejscy wierzyciele. Ważne jest to, że kryzys finansowy wymusił sprzedaż bliskowschodnich źródeł dochodów budżetowych Europejczykom.

Rzecz jasna porównywalny kryzys zadłużenia, z którym borykają się obecnie Stany Zjednoczone, przybrał nieco inną formę. Na kredyt żyje nie tylko amerykańskie państwo, ale również gospodarstwa domowe, a bankructwo ogłasza nie sektor publiczny, lecz stosunkowo niewielka grupa konsumentów, którzy przeliczyli się ze swoimi możliwościami finansowymi, kiedy brali pożyczkę na zakup domu. Powiązane ze skomplikowanymi instrumentami pochodnymi te złe kredyty zamieniły się w gigantyczne straty największych banków amerykańskich.

Na razie wielkie banki odpisały do rezerw 50 miliardów dolarów, ale to z pewnością nie koniec. Strach przed kolejnymi złymi wiadomościami wywołał kłopoty z płynnością, co odbiło się na wartości znacznie szerszej gamy instrumentów finansowych i firm. Szacuje się, że całkowite straty sektora finansowego mogą wynieść 700 miliardów dolarów, z czego ponad 200 miliardów przypadnie na amerykańskie banki komercyjne.

Podobnie jak w trzeciej od końca dekadzie XIX wieku kryzys zadłużenia skutkuje sprzedażą aktywów zagranicznym wierzycielom. Tym razem jednak kupują oni udziały nie w kanałach, lecz w bankach. A wektor zmiany układu sił przebiega w odwrotnym kierunku: nie ze wschodu na zachód, lecz z zachodu na wschód.

Bliskowschodnie i wschodnioazjatyckie fundusze inwestycyjne od września nabyły akcje czterech dużych banków amerykańskich: Bear Stearns, Citigroup, Morgan Stanley i Merrill Lynch. W tym roku z pewnością dojdzie do kolejnych tego typu transakcji. Większość komentatorów ucieszyła się z tej "globalnej operacji ratunkowej" - lepiej sprowadzić zagraniczny kapitał niż zredukować akcję kredytową. Należy jednak pamiętać, że te "zastrzyki kapitałowe" oznaczają przejęcie dochodów budżetowych pochodzących z amerykańskiego sektora finansowego przez zagraniczne rządy. A dzieje się to w okresie, gdy kraje wschodnie w bezprecedensowym tempie doganiają zachodnie pod względem poziomu zamożności.

Innymi słowy, podobnie jak w latach 70. XIX wieku zmienia się finansowy układ sił. Wtedy stare imperia orientalne (nie tylko osmańskie, ale również perskie i chińskie) utraciły przodującą pozycję na rzecz zachodniej Europy. Dzisiaj tę pozycję tracą Stany Zjednoczone - i wszystkie zachodnie centra finansowe - na rzecz bliskowschodnich i wschodnioazjatyckich autokracji.

W czasach Disraelego kryzys zadłużenia miał konsekwencje nie tylko finansowe, ale również polityczne, zapoczątkowując zasadnicze osłabienie roli zadłużonego imperium. Spadkowi dochodów towarzyszyła częściowa utrata suwerenności. Grupa międzynarodowych ekspertów przejęła kontrolę nad finansami Egiptu, potem zainstalowano "międzynarodowy" rząd, a w 1882 roku doszło do brytyjskiej interwencji wojskowej, w wyniku której kraj nad Nilem stał się w gruncie rzeczy kolonią. W samej Turcji abdykował sułtan i również nastąpiła obca interwencja wojskowa, w tym przypadku rosyjska, zadając śmiertelny cios bałkańskim interesom Osmanów. Na kongresie berlińskim (1878) Turcja utraciła kontrolę nad większością Bułgarii i zmuszona była zaakceptować austriacką okupację Bośni-Hercegowiny, a Czarnogóra, Rumunia i Serbia uzyskały niepodległość.

Jeszcze nie wiemy, czy za dzisiejszymi przetasowaniami finansowymi pójdą porównywalne zmiany geopolityczne na korzyść orientalnych imperiów eksportowych i energetycznych. Na razie ograniczmy się do stwierdzenia, że nasza historyczna analogia źle wróży quasi-imperialnej sieci amerykańskich baz i sojuszy na Bliskim Wschodzie i w Azji. Wierzyciele zadłużonych imperiów prędzej czy później przestają się zadowalać przejmowaniem aktywów dłużnika.

© Niall Ferguson, 2007

przeł. Tomasz Bieroń

Niall Ferguson, ur. 1964, jeden z najwybitniejszych historyków średniego pokolenia. Wykłada historię polityczną i gospodarczą w Oksfordzie i Harvardzie. Jest autorem cenionych i popularnych prac historycznych, m. in.: "Colossus: The Rise and Fall of the American Empire" (2004), w której lansował tezę, że USA są współczesną wersją dawnych światowych imperiów. Ostatnio wydał "The War of the World" (2007), własną historię XX wieku. Zajmuje się także publicystyką polityczną - regularnie publikuje komentarze m.in. w dzienniku "The Sunday Telegraph". W "Europie" nr 219

z 14 czerwca br. opublikowaliśmy jego tekst ""Rewolucja realisty".

http://www.dziennik.pl/

Komentarze (3)
Polska katastrofa w Chinach
 Oceń wpis
   

Rynki Zagraniczne / Biznes.Onet.pl 07.04.2007

Wóz postawiony przed koniem

Cały cywilizowany świat zwraca się w stronę Azji. Kontynent ten bowiem to już nie tylko tacy giganci światowej gospodarki, jak Chiny i Indie, czy Japonia, Tajwan, lub Korea Południowa, ale też Indonezja, Malezja, Tajlandia, Wietnam… Rozwinięte kraje świata, np. USA, Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Włochy, Rosja i wiele innych, szukają więc tam swoich przyczółków, biznes robi interesy, a międzynarodowe koncerny masowo przenoszą swoją produkcję. A co my...? A my odwrotnie. Właśnie dowiadujemy się, że kolejne polskie placówki dyplomacji gospodarczej przeznaczamy do likwidacji. Gdzie? Właśnie w Azji.

Idea likwidacji kolejnych pięciu Wydziałów Promocji Handlu i Inwestycji, m.in. placówek w Malezji i Indonezji, ujrzała światło dzienne na początku lutego 2007 r., czyli mniej więcej po roku od podpisania niesławnego „Porozumienia między Ministrem Spraw Zagranicznych a Ministrem Gospodarki o utworzeniu dyplomacji ekonomicznej” z 7 lutego 2006 r. Doprowadziło ono do niemal całkowitego paraliżu w działalności administracji promującej polskie interesy gospodarcze. Likwidacja 35 z 70 byłych Wydziałów Ekonomiczno Handlowych, przekształcenie pozostałych w Wydziały Promocji Handlu i Inwestycji, przejęcie przez MSZ niemal 300 stanowisk etatowych i ryczałtowych na placówkach zagranicznych i prawie 40 mln zł na ich funkcjonowanie skutkuje załamaniem całego dotychczasowego systemu wsparcia dla naszych eksporterów za granicą. Stan ten trwa do dzisiaj. Sytuacja dotychczasowa była wprawdzie daleka od ideału, ale chyba lepsze takie wsparcie niż żadne. To po pierwsze. Ale po drugie, gdy ocena stanu rzeczy jest negatywna, to oczywiste jest podejmowanie działań na rzecz jej poprawienia. To w Polsce się nie stało. Złego nie poprawiono; złe jeszcze pogorszono. A zatem obecnie na większości rynków świata nie funkcjonują polskie przedstawicielstwa handlowe, gdyż nie sposób uznać za takie Wydziały Ekonomiczne naszych ambasad i konsulatów, nadzorowane przez MSZ, a stworzone właśnie kosztem misji handlowych. Wydziały, które zajmują się zbieraniem nikomu nie potrzebnych, a przede wszystkim niedostępnych, danych.

Idea wprowadzenia omawianych zmian, nazywana przez rząd PiS reformą, została oparta na całkowicie fałszywych przesłankach. Warto przypomnieć, że nie autorstwa PiS-u, ale interesująca wizja ekonomizacji polskiej dyplomacji zagranicznej, ma się nijak do wprowadzanego obecnie modelu dyplomacji ekonomicznej. Według odpowiedzialnego za całe zamieszanie wiceministra spraw zagranicznych, została już zresztą zrealizowana, właśnie dzięki przejęciu etatów, pieniędzy, budynków i samochodów; gdzieniegdzie nawet kierowców i ogrodników... I to tyle! Co natomiast w sferze merytorycznej tego rodzaju ekonomizacja zmienia? Nie wiadomo. Pewnie nic. Ministerstwo Spraw Zagranicznych z radością „wyrwało” z Ministerstwa Gospodarki ile mogło, pilnując jednak, by przypadkiem nie przejąć tego, na czym może politycznie się potknąć, czyli kompetencji. Jednym słowem wygląda na to, że wcale nie chodziło o to, by polskie placówki dyplomatyczne i konsularne, wzorem placówek innych państw, w znacznie większym niż dotychczas stopniu zajęły się promocją interesów gospodarczych Polski, tylko o to, by jeden resort kosztem drugiego powiększył stan swego posiadania. Jak to się ma do interesów całego państwa, nikogo najwyraźniej nie interesuje.

No, ale porozumienie MSZ – MG zostało podpisane, bo były premier Marcinkiewicz koniecznie potrzebował mieć jakiś sukces z okazji pierwszych 100 dni swojego rządu. Jaki więc stan mamy, każdy widzi. W związku z tym sytuacja jest kuriozalna. Prawie 100 Wydziałów Ekonomicznych MSZ zajmuje się, przynajmniej teoretycznie, bo w praktyce większość nadal nie funkcjonuje, analizami makroekonomicznymi i realizacją nie wiadomo komu potrzebnych zadań. Z drugiej zaś strony 38 Wydziałów Promocji Handlu i Inwestycji, a za chwilę być może tylko 33, które powinny działać na rzecz podmiotów gospodarczych i promocji polskiego eksportu, niewiele robi, bo i nie ma dla kogo. Wydziały te bowiem miały stać się oddziałami zamiejscowymi Polskiej Agencji Handlu i Inwestycji, która planowo winna zastąpić krytykowaną Polską Agencję Informacji i Inwestycji Zagranicznych. Niestety, nowa agencja nie powstała (rząd zablokował prace nad nią w Sejmie), a stara agencja nadal działa, ale nie ma wydziałów za granicą i nie posiada uprawnień oddziaływania na obecne WPHiI. Postawiono więc wóz przed koniem i stworzono unikalną w skali świata konstrukcję, w której na placówkach analityków-teoretyków jest trzy razy więcej niż handlowców-praktyków. Nic dziwnego, że nasz biznes niczego dobrego ze strony rządu się nie spodziewa i jest mu głęboko wdzięczny, że dotychczas niewiele zdążył w gospodarce zepsuć.

Wracając natomiast do ostatniego pomysłu zamknięcia Wydziałów Promocji Handlu i Inwestycji w krajach Azji Południowo-Wschodniej, trudno nie zauważyć, iż jest to, jak już wspomniano na wstępie, kolejny krok pod prąd światowych tendencji. Nie tak dawno na przykład Czesi zapowiedzieli ograniczenie ilości swych placówek handlowych w Europie właśnie po to, by zwiększyć ich sieć w Azji. W obrotach z Malezją i Indonezją mamy znaczny deficyt handlowy, rosnący wraz ze wzrostem obrotów. Jednak polskie firmy przejawiają rosnące zainteresowanie tymi rynkami. Nie mówię tu tylko o sektorze obronnym, który jest aktualnie liderem w eksporcie, ale też o przemyśle górniczym, kolejnictwie czy przemyśle stoczniowym. Sprzedajemy do tych krajów produkty wysoko przetworzone, w znacznym stopniu poprzez pośredników w państwach Europy Zachodniej czy w Singapurze. Likwidacja WPHiI w Kuala Lumpur i Dżakarcie sprawi, że naszym producentom będzie jeszcze trudniej bezpośrednio dotrzeć do miejscowych odbiorców, tak więc konkurencyjność ich produktów będzie niższa.

Trudno zgadywać, jakie były przesłanki tej decyzji Ministra Gospodarki. Na pierwszy rzut oka wygląda ona na kontynuację działań niedawno zdymisjonowanego podsekretarza stanu w Ministerstwie Gospodarki, który zamiast racjonalizacji umiejscowienia poszczególnych Wydziałów dążył do ich konsolidacji, tj. tworzenia większych struktur, ale w mniejszej liczbie. Taka polityka korzystna jest być może dla ministerstwa i jego pracowników, jednakże z punktu widzenia biznesu jest niezrozumiała. Czy kosztem zamknięcia placówki w Dżakarcie warto wzmacniać Wydział w Berlinie czy Paryżu...? Nie jest to jednak ani pierwsza, ani zapewne – niestety – ostatnia niezrozumiała i moim zdaniem nietrafna decyzja tego rządu. Ktokolwiek go w przyszłości zastąpi, będzie musiał włożyć sporo pracy, by posprzątać tworzony obecnie bałagan.

Adam Szejnfeld

biznes.onet.pl/12,1403677,prasa.html

Komentarze (0)
SZANGHAJSKA ORGANIZACJA WSPÓŁPRACY
 Oceń wpis
   

SZANGHAJSKA ORGANIZACJA WSPÓŁPRACY- czyli JAK POWSTAJE TRZECI BIEGUN WSPÓŁCZESNEGO ŚWIATA (8.06)

globaleconomy.pl/content/view/1822/9/

Autor Tony MAY

Szanghajska Organizacja Współpracy (z ang. SCO - jest polityczno-ekonomiczno-wojskową organizacją, zrzeszającą w tej chwili Rosję, Chiny, Kazachstan, Kirgizję, Tadżykistan i Uzbekistan, ale jest to już dziś 3/5 terytorium Eurazji i 1/4 ludności świata. Obecnie na przyjęcie do tej organizacji czekają Mongolia, Iran, Pakistan i Indie, które mają teraz rangę obserwatorów w SCO. Mówi się też o zainte­resowaniu Afganistanu członkostwem w tej organizacji. Jeśli dzisiejsi obserwatorzy uzyskają status członków organizacji (a prognozy mówią o połowie przyszłego roku), to może powstać silny blok polityczny, który dziś zamieszkuje przeszło połowa ludności świata, w składzie którego znajdą się co najmniej cztery mocarstwa atomowe, dwóch stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ oraz dynamicz­nie rozwijające się dwie potencjalne potęgi ekonomiczne świata - Chiny i Indie.

Dołączenie do tego grona Iranu czyni, że wraz z dotych­czasowymi członkami SCO powstaje grupa krajów posiadająca znaczącą część światowych zasobów surowców energetycznych z Rosją i Iranem na czele. To chyba wystarczy, by z uwagą obserwować działalność i rozwój SCO, poważnie liczyć się z nią już dziś i uwzględniać jej istotną rolę w tworzeniu się nowego, światowego układu sił w przyszłości.


GENEZA SCO

SCO wyrosło z poprzednich porozumień, które powstawały w Azji Centralnej po rozpadzie ZSRR, w celu utrzymania pokoju w tej części świata. Dziś członkowie tej organizacji zapewniają, że fundamentem SCO są: wzajemne zaufanie, wspólny rozwój, wzajemne korzyści i równość, a sposobem działania są konsultacje oraz poszanowanie dla odmienności cywilizacji. Nie zmienia to faktu, że obecnie tak Rosja, jak i Chiny widzą w tej organizacji swój interes na drodze do rozwoju i zwiększania ich międzynarodo­wego znaczenia. Rosja wiąże z tą organizacją nadzieje na odbudowę swojej międzynarodowej pozycji i umocnienie roli czołowego roz­grywającego w dystrybucji surowców energetycznych, których bogate złoża są na jej azjatyckich obszarach, a także w krajach powsta­łych po rozpadzie ZSRR. Natomiast poradzieckie kraje należąc do SCO liczą w zamian na stabilne i korzystne warunki transportu i sprzedaży swoich surowców. Dla Rosji to także alter­natywny, zapasowy kierunek rozwoju eksportu ropy i gazu w stosunku do dotychczasowego, nakierowanego na unijną Europę. Chiny, które są świadome swojej szybko rosnącej pozycji politycznej i gospodarczej widzą w SCO solidne oparcie dla swoich światowych ambicji politycznych, a dodatkowo liczą na stabilne dostawy ropy i gazu od partnerów z SCO. Razem, Rosja i Chiny mają też wspólny cel, chcą w gronie państw tego regionu rozwiązy­wać wspólne, azjatyckie sprawy. W tym miejscu warto przypomnieć, że członkowie SCO odrzucili już prośbę Stanów Zjednoczonych o nadanie im statusu obserwatora przy tej organizacji.


PIERWSZE EFEKTY

Oficjalny komunikat omawiający zagadnienia, jakimi zajmowali się przywódcy SCO w trakcie ostatniego szczytu tej organizacji w Szan­ghaju (w połowie roku) informuje, że co prawda omawiano problematykę współpracy gospodarczej, energetycznej i walki z terrory­zmem, ale nie można zapominać, co ta grupa krajów dokonała w ubiegłym dziesięcioleciu. A więc uporządkowano status granic (po roz­padzie ZSRR), podniesiono poziom bezpieczeństwa na tych granicach, nawiązano bilateralne i wielostronne porozumienia polityczne i gospodarcze. Wśród nich warto zwrócić uwagę na uregulowanie granic chińsko-rosyjskich, które przez dziesiątki lat były przedmiotem sporów i dopracowano się systemu pomocy gospodarczej (wartości miliardów USD), który finansują głównie Rosja i Chiny. Rozwija się też przygraniczny handel rosyjsko-chiński, a syberyjskie regiony korzystają z chińskich pracowników. Chiny i Kazachstan stworzyły już strefę wolnego handlu (tworzy ją chińska prowincja Xinjiang i kazachski rejon Khorgos). Powstały też pierwsze projekty wspólnych przedsięwzięć energetycznych, w których uczestniczą rosyjskie koncerny naftowe z kazachskim KazMuniGas z chińskim China National Petroleum Corporation. Rozwijają się wspólne projekty budowy azjatyckich magistrali gazowych. Ale warto też dodać, że SCO przyczyniło się pośrednio do usunięcia militarnej obecności USA z Uzbekistanu, a rosyjski Gazprom zawarł porozumienie z Iranem o współpracy w sprzedaży irańskiego gazu (także do Europy), co zresztą spotkało się z ostra reakcją Stanów Zjednoczonych.


PERSPEKTYWY

Analitycy zastanawiają się, w jakim kierunku będzie zmierzał przyszły rozwój tej organizacji. Członkowie SCO mówią o rozwoju regional­nej współpracy gospodarczej, ale też określają ją jako regionalny „system bezpieczeństwa kooperatywnego”. Jeden z ekspertów woj­skowych kraju członkowskiego stwierdził, że "efektywne partnerstwo w dziedzinie szeroko rozumianego bezpieczeństwa zawsze będzie nieodłącznym elementem mechanizmu kooperatywnego w wielu dziedzinach." Są głosy, że ta organizacja pomoże "chronić pokój i sta­bilność w regionie, ale i na świecie”. Oznacza to, że SCO już teraz sygnalizuje swoje globalne ambicje. Jest to co prawda organizacja w początkowym eta­pie swego rozwoju, lecz jej dynamiczny rozwój nie pozwala analitykom na odważne prognozowanie jej przyszłości. Dziś jest jeszcze zbyt wiele nie­wiadomych. Obecny skład uczestników tego przedsięwzięcia skłania do postawienia na rozwój organizacji przekraczający ramy regionalne. Nawiązując do istniejących organizacji można powiedzieć, że pozostają tylko wątpliwości, czy w przyszłości SCO stanie się strukturą z dominacją współpracy gospodarczej na wzór Unii Europejskiej z elementami podobnymi do funkcji NATO, czy też będzie to coś zbliżone­go do NATO, z elementami współpracy gospodarczej na wzór Unii Europejskiej. Mam nadzieję, że będzie to ta pierwsza koncepcja.


WSPÓLNE INTERESY ROSJI I CHIN

Mimo iż Szanghajska Organizacja Współpracy to dziś organizacja sześciu państw, a w przyszłym roku dziewięciu, lub nawet dziesięciu krajów, to jednak dominacja Rosji i Chin była bezsprzeczna. To one powołały tę organizację i one dziś wyznaczają kierunki jej działania.

Kluczem do zrozumienia genezy powstania SCO jest zrozumienie obecnego etapu stosunków rosyjsko-chińskich. Także przyszłość tej or­ganizacji zależy od tego, jakie są perspektywy rozwoju stosunków między tymi krajami. Dziś są one bardzo dobre. Wydaje się nawet, że ten sojusz powstał w sposób naturalny, a jego powodem są podobne ambicje i zbliżone interesy. Elity rządzące mają podobny punkt widzenia na model państwa i sposób sprawowania władzy (Jest to połączenie autorytarnej władzy i i w pewnym zakresie modelu ryn­kowej gospodarki, który przynosi zauważalne sukcesy gospodarcze).

Nie ulega wątpliwości, że ich głównym celem jest stworzenie dogodnych warunków dla realizacji narodowych interesów przy uwzględnieniu reguł oraz interesów pozostałych partnerów tego regionu świata. Połączenie sił tych dwóch krajów stwarza warunki dla skutecznego "rozgrywania" przez nie polityki w tym regionie Azji. Olbrzymie Chiny z ich potencjałem rozwojowym obiektywnie będą stanowić zagrożenie dla azjatyckiej pozycji Rosji, stąd Kreml zdecydował się na perspektywiczny sojusz w ramach SCO. Pekin ma dwa kluczowe problemy: nie­zawodne dostawy surowców (w tym energetycznych) oraz dobre stosunki z sąsiadami, by rozszerzyć strefę rynków zbytu dla swoich towarów, wobec ograniczeń na jakie chiński eksport natrafia w UE i w USA. Ich wspólnym celem jest ograniczenie przywódczej roli USA w dzisiejszym świecie i przyczynienie się do przemiany dzisiejszego świata w świat wielobiegunowy.


UWAGA KOŃCOWA

Regionalizm środkowoazjatycki nie jest niczym nadzwyczajnym. Raczej należałoby się dziwić, że dotąd w tej części Azji nie powstała sil­na organizacja regionalna. Niewątpliwie w powstaniu SCO głównym, a nawet decydującym czynnikiem było kryterium geograficzne – sąsiedztwo tych państw. Ale nie mniej ważnym czynnikiem były względy polityczne, w tym chęć zsynchronizowania polityki między­narodowej, stworzenie lepszych warunków dla współpracy gospodarczej oraz współpracy wojskowej, która umożliwi stabilizację w tym regionie. Regionalizm wyraża się w dążeniach państw do poszukiwania efektywnych form współpracy w różnych dziedzinach życia międzynarodowego, w zakresie bezpieczeństwa oraz współpracy ekonomicznej. Wydaje się, że teraz „moda” na regionalizm z dominacją celów gospodarczych będzie rosłą, bo fiaskiem zakończyły się kilkuletnie negocjacje w sprawie liberalizacji światowego handlu w ramach WTO. Uważam, że regionalizm w stosunkach międzynarodowych będzie stanowił coraz ważniejszy element w polityce światowej.

źródło: globaleconomy.pl/content/view/1822/9/

Komentarze (0)
Chiny z 3.760.000 żołnierzy są najliczniejszą armią świata
 Oceń wpis
   

Chiny ze swymi 3 milionami i 760 tysiącami żołnierzy są krajem o najliczniejszej armii na świecie.

Rosną globalne wydatki na zbrojenia

reg 15-05-2008,

Na całym świecie rosną wydatki na zbrojenia, rokowania rozbrojeniowe utknęły w martwym punkcie, a wiele zapowiada nowy wyścig zbrojeń - oceniają eksperci Międzynarodowego Centrum na rzecz Konwersji (BICC).

W czwartek centrum opublikowało roczny raport na temat zbrojeń na świecie.

Jak ocenił dyrektor bońskiego instytutu Peter Croll, wydatki na cele militarne na świecie wzrosły między 2001 a 2006 rokiem o prawie 30 procent, do 1,79 biliona dolarów.

- Na całym świecie utrzymuje się tendencja do rozbudowy potencjału zbrojeniowego. Należy temu przeciwdziałać - podkreślił Croll.

- Jesteśmy świadkami nowej odsłony polityki zimnej wojny, tyle że bez zimnej wojny - innymi słowy: zimnego pokoju - ocenił współautor raportu, szef Międzynarodowej Komisji ds. Broni Masowej Zagłady Hans Blix.

Prawie połowę globalnych wydatków na cele militarne stanowiły w 2006 roku wydatki na obronę Stanów Zjednoczonych. Wyniosły 528 miliardów dolarów.

Wielka Brytania przeznaczyła na zbrojenia w 2006 roku 59 miliardów dolarów, Francja - 53 miliardy, Chiny - 50 miliardów, a Japonia - 44 miliardy.

W sumie 30 krajów OECD wydało w 2006 roku na cele militarne 892 miliardy dolarów. Prawie dziewięć razy mniej - 104 miliardy - wyniosła zaś wartość pomocy rozwojowej udzielonej przez te kraje.

Do rozwoju potencjału militarnego dążą także najważniejsze kraje o szybkim wzroście gospodarczym: oprócz Chin także Indie, Indonezja, jak również Pakistan i Rosja.

Chiny ze swymi 3 milionami i 760 tysiącami żołnierzy są krajem o najliczniejszej armii na świecie. Blix podkreślił w raporcie, że Chińczycy zmodernizowali swą armię, a udane zestrzelenie satelity meteorologicznego udowodniło, iż kraj ten jest zdolny do działań militarnych w przestrzeni kosmicznej.

Zdaniem Bliksa inne przejawy "polityki zimnego pokoju" to wznowienie przez Rosję stałych lotów strategicznych bombowców dalekiego zasięgu poza granice kraju, brytyjskie plany związane z budową okrętów podwodnych z rakietami balistycznymi Trident, czy programy nuklearne Iranu i Korei Północnej.

Także w Niemczech nieznacznie wzrosły wydatki na zbrojenia: do 28,4 miliardów euro w zeszłym roku. BICC ocenia, że w 2010 roku przekroczą próg 30 miliardów rocznie.

Niemcy znacznie zwiększyły w 2006 roku eksport broni; jego wartość wzrosła o 1,5 miliarda euro, do 7,7 miliarda euro. Po USA i Rosji Niemcy są trzecim eksporterem broni na świecie i największym w UE.

BICC to utworzony w 1994 roku niezależny, pozarządowy ośrodek zajmujący się kwestią konwersji zbrojeń - przystosowania potencjału militarnego do celów cywilnych oraz analizowaniem rozwoju zbrojeń na świecie.
Źródło : PAP

www.rp.pl/artykul/134701.html

Komentarze (1)
Rosja: Chiny to przyjaciele, USA - wrogowie
 Oceń wpis
   

Rosja: Chiny to przyjaciele, USA - wrogowie

Za najbardziej przyjazny Rosji kraj jej obywatele uważają Chiny, do nieprzyjaznych zaliczają USA, Gruzję i Ukrainę - podała agencja Interfax-Ukraina, powołując się na sondaż centrum badania opinii publicznej - WCIOM.

23 proc. Rosjan uważa, że najbardziej przyjazne stosunki Rosja ma obecnie z Chinami, 17 proc. to samo sądzi o stosunkach z Niemcami, 13 proc. uważa tak o kontaktach z Białorusią - wynika z ogólnorosyjskiego sondażu przeprowadzonego przez prestiżowe centrum WCIOM w kwietniu.

Rzadziej respondenci do przyjaciół Rosji zaliczają Kazachstan, USA, Indie i Francję (6-9 proc.), kraje Unii Europejskiej (4 proc.), Bułgarię i Japonię (po 3 proc.).

www.money.pl/archiwum/wiadomosci/artykul/rosja;...

Komentarze (0)
Jak opisać dzisiejszy ład międzynarodowy?
 Oceń wpis
   

Pożegnanie z hegemonią

IDEE

sobota 17 maja 2008


Nowy koncert mocarstw

Jak opisać dzisiejszy ład międzynarodowy? Najbezpieczniej byłoby zapewne powiedzieć, że żyjemy w swego rodzaju okresie przejściowym. Stany Zjednoczone wciąż pozostają światowym liderem, ale ich dominacja nie jest tak absolutna, jak mogło się wydawać jeszcze kilka lat temu. Przede wszystkim załamały się nadzieje - rozbudzone po upadku komunizmu - na zbudowanie uniwersalnego liberalnego ładu pod przewodem Ameryki obejmującego wszystkie państwa. Dziś króluje sceptycyzm. Na horyzoncie widać już realnych konkurentów USA, ale są oni na razie zdecydowanie zbyt słabi, by przejąć światowe przywództwo. Ku czemu zatem zmierzamy? Parag Khanna, wschodząca gwiazda światowej politologii, nie ma wątpliwości: świat powraca do dawnego systemu równowagi mocarstw. Kiedyś były to mocarstwa głównie europejskie. Dziś o wpływy zaczyna walczyć Wielka Trójka: USA, Unia Europejska i Chiny. Kiedyś równowaga dotyczyła przede wszystkim potencjałów militarnych. Dziś znacznie ważniejsze są narzędzia miękkiej siły - oddziaływanie ekonomiczne i kulturowe. Obok trzech głównych aktorów międzynarodowej sceny świat zaludniają państwa do wzięcia - to o nie toczy się walka między mocarstwami. Ten, kto zdoła przeciągnąć je na swoją stronę, zyska przewagę nad konkurentami. Ale będzie to przewaga jedynie chwilowa - bo jak twierdzi Khanna raz na zawsze musimy pożegnać się z wizją świata zarządzanego przez jednego hegemona.

Parag Khanna

politolog

Po włączeniu telewizora łatwo jest dziś pomyśleć, że mamy rok 1999. Demokraci i Republikanie kłócą się o to, gdzie i jak interweniować, czy robić to w pojedynkę, czy z sojusznikami oraz jakiemu światu powinna przewodzić Ameryka. Demokraci uważają, że można nacisnąć guzik i zresetować sytuację, a Republikanie wierzą w rewolucję moralną. Tak jakby pierwsza dekada XXI wieku w ogóle się nie wydarzyła... A przecież w ciągu dwóch kadencji prezydenckich George'a W. Busha układ sił na świecie uległ zasadniczym zmianom - zarówno z powodu jego polityki, jak i - co istotniejsze - na przekór niej. Aby docenić, jak szybko toczy się historia, najlepiej będzie wybiec trochę w przyszłość.

Jest rok 2016 i druga kadencja Hillary Clinton, Johna McCaina lub Baracka Obamy zbliża się do końca. Ameryka wycofała się z Iraku, ale ma 20 tysięcy żołnierzy w niepodległym Kurdystanie, lotniskowce w Bahrajnie i samoloty wojskowe w Katarze. W Afganistanie panuje spokój. Iran zbudował bombę atomową. Chiny wchłonęły Tajwan i sukcesywnie zwiększają obecność swojej marynarki wojennej wokół Pacyfiku, jak również na Morzu Arabskim, korzystając z bazy w pakistańskim porcie Gwadar. Unia Europejska powiększyła się do ponad 30 członków i zapewniła sobie bezpieczne dostawy ropy i gazu z Afryki Północnej, Rosji i Morza Kaspijskiego, jak również w znacznym stopniu wykorzystuje energię jądrową. Pozycja Ameryki w świecie cały czas słabnie.

Dlaczego? Czy nie mieliśmy działać we współpracy ze wspólnotą międzynarodową i pokazać światu, że Ameryka potrafi poprowadzić go ku zbiorowemu bezpieczeństwu i powszechnemu dobrobytowi? Wizerunek Ameryki może się poprawić, ale nie będzie to miało zbyt wielkiego znaczenia. Condoleezza Rice powiedziała, że USA nie mają stałych wrogów - a przecież nie mają też stałych przyjaciół. Inwazje na Afganistan i Irak były postrzegane przez wielu jako symbole globalnego imperializmu amerykańskiego. W rzeczywistości stanowiły jedynie oznaki imperialnej zadyszki. Nadmierne wydatki osłabiały siły zbrojne, a kolejne operacje wojskowe rodziły opór w postaci sieci terrorystycznych i grup rebelianckich posługujących się asymetryczną bronią, na przykład zamachami samobójczymi. Amerykański moment jednobiegunowy wywołał dyplomatyczne i gospodarcze kontrposunięcia, które miały na celu powstrzymanie amerykańskiego rozstawiania wszystkich po kątach i budowę alternatywnego porządku światowego.

Rynek geopolityczny

Moment jednobiegunowy trwał w najlepszym razie do końca lat 90., ale dekada ta została zmarnowana. Pozimnowojennej dywidendy pokojowej nie udało się przekuć na globalny porządek liberalny pod kierunkiem Ameryki. Skutek jest taki, że teraz konkurujemy (i przegrywamy w tej rywalizacji) na geopolitycznym rynku z innymi supermocarstwami: Unią Europejską i Chinami. Taki jest układ geopolityczny XXI stulecia - uformowała się nowa Wielka Trójka. Nie ma w tym gronie Rosji, coraz bardziej wyludniającego się kraju rządzonego przez Gazprom. gov, nie ma trawionego konfliktami wewnętrznymi islamu i nie ma Indii, które pod względem poziomu rozwoju i strategicznych apetytów pozostają parę dziesiątek lat za Chinami. Wielka Trójka dyktuje reguły i nie ma w niej jednej strony dominującej. Innym państwom pozostaje wybrać sobie partnerów w tym postamerykańskim świecie.

Aby zrozumieć zasady tej nowej globalnej gry, musimy dostrzec różnice między światopoglądami Ameryki, Europy i Chin. We wcześniejszych epokach równowagi sił rzecz rozgrywała się pomiędzy państwami europejskimi należącymi do tej samej kultury. Również zimna wojna tak naprawdę nie była starciem między Wschodem i Zachodem, lecz pozostawała zasadniczo rywalizacją o Europę. Dzisiaj po raz pierwszy w dziejach mamy walkę globalną, wielobiegunową, w której uczestniczą różne cywilizacje.

W stolicy Europy Brukseli technokraci, stratedzy i prawodawcy w coraz większym stopniu uznają Unię Europejską za globalny czynnik równowagi między Ameryką i Chinami. Europejczycy grają na obie strony i kiedy grają dobrze - ciągną z tego ogromne korzyści. Tendencja ta przetrwa zarówno prezydenta Nicolasa Sarkozy'ego, który nazywa sam siebie przyjacielem Ameryki, jak i kanclerz Niemiec, która odwiedziła ranczo Busha w Crawford. Amerykańscy konserwatyści pocieszają się faktem, że Europa wciąż nie ma wspólnej armii. Problem w tym, że wspólna armia nie jest Europie potrzebna. Europejczycy posługują się środkami wywiadowczo-policyjnymi do walki z radykalnymi islamistami, polityką społeczną do asymilowania sfrustrowanej ludności muzułmańskiej i potęgą gospodarczą do włączania w swoją strefę wpływów obszaru postsowieckiego. Rok w rok rosną inwestycje europejskie w Turcji, co zintegruje ten kraj z Unią nawet bez formalnej akcesji. I co roku powstają kolejne odcinki rurociągów transportujących ropę lub gaz z Libii, Algierii czy Azerbejdżanu do Europy. Jakie inne supermocarstwo powiększa się średnio o jeden kraj rocznie i trzyma za drzwiami całą kolejkę oczekujących?

Robert Kagan jest autorem słynnego stwierdzenia, że Ameryka jest spod znaku Marsa, a Europejczycy - Wenus. W rzeczywistości Europa bardziej przypomina Merkurego - chodzi z wypchanym portfelem. Rynek unijny jest największy na świecie, europejskie technologie w coraz większym stopniu wyznaczają standardy i kraje europejskie są największymi dawcami pomocy rozwojowej. A jeśli Ameryka i Chiny będą ze sobą walczyły, świat zdeponuje swoje pieniądze w bezpiecznych bankach europejskich. Wielu Amerykanów krytykowało wprowadzenie euro, mówiąc, że jest to przedsięwzięcie megalomańskie, które pociągnie za sobą upadek projektu europejskiego. A przecież eksporterzy ropy znad Zatoki Perskiej przewalutowują już część rezerw na euro, zaś prezydent Iranu Ahmadineżad zaproponował, żeby OPEC przestało podawać cenę ropy w bezwartościowych dolarach. Prezydent Wenezueli Hugo Chávez uzupełnił tę sugestię, proponując euro. Co gorsza, Kongres obnażył swoje protekcjonistyczne oblicze, blokując w 2006 roku zakup amerykańskich portów przez Dubaj. Stolicą finansową świata ponownie został Londyn - nic zatem dziwnego, że pewien nowy państwowy fundusz inwestycyjny zamierza ulokować swoją główną zachodnią siedzibę właśnie tam, a nie w Nowym Jorku. Globalny udział dolara w rezerwach walutowych spadł

do 65 procent.

Wpływy Europy wzrastają kosztem Ameryki. Podczas gdy Stany Zjednoczone nieudolnie próbują odbudowywać upadłe państwa, Europa przeznacza pieniądze i kapitał polityczny na wciąganie peryferyjnych krajów w swoją orbitę. Wiele biednych regionów świata uświadomiło sobie, że chcą europejskiego, a nie amerykańskiego marzenia. Afryka chciałaby stworzyć Unię Afrykańską na wzór UE. My nie mamy jej do zaproponowania niczego podobnego. Działacze bliskowschodni pragną demokracji parlamentarnej w stylu europejskim, a nie rządów prezydenckiej silnej ręki á la USA. Wielu spośród zagranicznych studentów, których odtrąciliśmy po 11 września, jest teraz w Londynie lub Berlinie. W Europie studiuje dwa razy więcej Chińczyków niż w USA. Mówiąc bardziej ogólnie, Ameryka kontroluje przestarzałe instytucje, których nikt już nie chce - na przykład Międzynarodowy Fundusz Walutowy - podczas gdy Europa buduje nowe, bardziej dostosowane do współczesnych czasów. Ameryka ma kłopoty z realizacją swoich zamierzeń nawet tam, gdzie odgrywa dominującą rolę (nie udało się na przykład stworzyć panamerykańskiej strefy wolnego handlu), nie mówiąc już o gremiach, do których nie jest zapraszana, takich jak nowa Wspólnota Wschodnioazjatycka.

Organizacja ta jest tylko jednym z wielu przykładów na to, że również Chiny są za bardzo pochłonięte odbudową swojej pozycji Państwa Środka, by zawracać sobie głowę tak ważnymi dla Ameryki zawirowaniami na Bliskim Wschodzie. Na półkuli amerykańskiej, od Kanady przez Kubę po Wenezuelę, Chiny podpisują wielkie kontrakty surowcowe i inwestycyjne. Wysyłają we wszystkie zakątki globu dziesiątki tysięcy inżynierów, budowniczych zapór i działających pod przykrywką wojskowych. W Afryce nie tylko zabezpieczają swoje interesy energetyczne, ale również dokonują strategicznych inwestycji w sektor finansowy. Cały świat wspomaga Chiny w ich spektakularnym rozwoju, czego świadectwem jest lawinowy wzrost udziału handlu w ich PKB. W dziedzinie eksportu broni kraj za Wielkim Murem Chińskim dorównuje Związkowi Radzieckiemu z czasów zimnej wojny. Każde państwo uważane przez USA za bandyckie korzysta z dyplomatycznej, ekonomicznej i strategicznej pomocy Chin, czego najbardziej widocznym przykładem jest Iran.

Bez jednego wystrzału Chiny osiągają na swoich południowych i zachodnich peryferiach to, czego Europa dokonuje na południu i wschodzie. Z pomocą 35-milionowej chińskiej diaspory powstała wielkochińska sfera wspólnego dobrobytu. Podobnie jak Europejczycy Azjaci uniezależniają się od niestabilnej gospodarki amerykańskiej. Pod przewodem Japonii planują stworzyć regionalny fundusz walutowy, a Chiny zredukowały cła i zwiększyły kredyty dla swoich południowoazjatyckich sąsiadów. Obroty handlowe w trójkącie Indie - Japonia - Australia - z Chinami w środku - prześcignęły transpacyficzne. Jednocześnie powstaje kompleks instytucji wojskowo-dyplomatycznych, które sukcesywnie osłabiają kontrolę Ameryki nad regionem Oceanu Spokojnego. Od Tajlandii przez Indonezję po Koreę żaden kraj - niezależnie do charakteru swoich stosunków z USA - nie chce, by napięcia polityczne zaszkodziły wzrostowi gospodarczemu. Z zachodniej perspektywy jest to dziwne zjawisko: małe państwa azjatyckie powinny dążyć do równoważenia wzrostu roli Chin, a tymczasem garną się pod ich skrzydła powodowane azjatyckim patriotyzmem i świadomością historyczno-kulturowych realiów. W azjatyckich państwach postsowieckich Chiny są nowym zawodnikiem wagi superciężkiej.

Świat podzielony między Wielką Trójkę to świat trzech pasów południkowych zdominowanych przez USA, Europę i Chiny. Już na początku XX wieku myśliciele geopolityczni uświadomili sobie, że panregiony ciągnące się wzdłuż osi północ - południe obejmują wszystkie strefy klimatyczne, toteż mogą być samowystarczalne. Ale w zglobalizowanym świecie, w którym odległości ulegają skróceniu, geografia nie jest już decydującym czynnikiem, więc zarówno jawnie, jak i skrycie Chiny i Europa będą kombinowały za plecami USA, Ameryka i Chiny będą walczyły o afrykańskie surowce na południowych peryferiach Europy, zaś Europa i Ameryka będą próbowały skorzystać na szybkim rozwoju gospodarczym krajów z chińskiej strefy wpływów. Głównym polem bitwy jest drugi świat, a preferowaną przez wszystkich bronią - globalizacja.

Państwa do wzięcia

Można przytoczyć wiele danych statystycznych na potwierdzenie mitu globalnej dominacji amerykańskiej: wydatki wojskowe, udział w gospodarce światowej itd. Ale statystyka to jedno, a globalne tendencje to drugie. Chcąc rzetelnie ocenić tempo słabnięcia potęgi Ameryki na świecie, przez minione dwa lata podróżowałem po około 40 krajach w pięciu strategicznych regionach świata. Tworzą one to, co nazywam drugim światem. To państwa do wzięcia: zdecydują o tym, które z supermocarstw osiągnie geopolityczną dominację na okres następnego pokolenia. Od Wenezueli przez Maroko po Wietnam i Malezję wyłania się nowa globalna rzeczywistość, która polega na tym, że istnieją trzy sposoby zdobywania sojuszników i powiększania sfery wpływów: amerykańskie tworzenie koalicji (podobno dobrowolnych), europejski konsensus i chińska metoda konsultacyjna. Geopolityczny rynek zdecyduje, który z tych stylów zwycięży w XXI wieku. Kluczowe kraje drugiego świata w Europie Wschodniej, Azji Środkowej, Ameryce Południowej, na Bliskim Wschodzie i w Azji Południowo-Wschodniej to coś więcej niż tylko rynki wschodzące. Jeśli dopisać do tej grupy Chiny, to dysponują ponad połową światowych rezerw walutowych i oszczędności, a ich moc nabywcza sprawia, że stanowią najważniejszy nowy rynek konsumencki świata i tym samym motor napędowy globalnego rozwoju. Nie zastępują Stanów Zjednoczonych, ale też nie są od nich uzależnione. Skoro indyjski koncern Tata dąży do przejęcia Jaguara, to wiadomo, że krajobraz się zmienił. Rośnie znaczenie drugiego świata w takich dziedzinach, jak wydobycie ropy, produkcja przemysłowa, usługi i linie lotnicze. Kraje te z pewnością nie zgodzą się na rolę rynków eksportowych dla Wielkiej Trójki, która będzie musiała wiele zainwestować i przenieść tam znaczną część swojego kapitału produkcyjnego, aby zachować wpływy.

Podróżując po drugim świecie, nauczyłem się postrzegać te kraje nie jako jednolite całości, lecz jako twory złożone ze zróżnicowanych elementów, z których część może awansować do pierwszego świata, a część stoczyć się do trzeciego. Zadałem sobie pytanie, czy globalizacja przyspieszy to rozdrobnienie i czy rządy centralne będą próbowały przeciwdziałać temu procesowi. Zdałem sobie sprawę, że aby zrozumieć drugi świat, trzeba się przyjrzeć tym pęknięciom spowodowanym przez wewnętrzne i zewnętrzne siły.

Wędrówki po drugim świecie powinniśmy zacząć od najtrudniejszego przypadku, czyli Rosji. Dlaczego - z pozoru stabilna i rosnąca w siłę pod rządami kremlowsko-gazpromowskiej oligarchii - Rosja nie jest supermocarstwem, lecz należącym do drugiego świata państwem do wzięcia? Mimo całego swojego prężenia muskułów kraj ten w zastraszającym tempie znika - ubywa mu pół miliona obywateli rocznie, co oznacza, że za jakieś 25 lat dogoni go Turcja. Czy tak mało ludzi na tak ogromnym obszarze to jeszcze jest jeden kraj? Jeżdżąc po Rosji, podobnie jak w czasach sowieckich, można zobaczyć dziesiątki sypiących się miast, bloki mieszkalne bez ogrzewania i pozostawionych własnemu losowi starszych obywateli, których wartość dla państwa maleje proporcjonalnie do odległości od Moskwy. Z zasiedlonej administracyjnym nakazem Syberii ludzie masowo wyjeżdżają na zachód w poszukiwaniu znośniejszego klimatu. Powstałą próżnię wypełniają setki tysięcy Chińczyków, którzy w gruncie rzeczy anektują rosyjski daleki wschód, bogaty w drewno i inne surowce naturalne. Już w czasach zimnej wojny żartowano, że na granicy fińsko-chińskiej panuje spokój - proroctwo to wydaje się bliskie spełnienia.

Prawie 20 lat temu Rosja utraciła swoich zachodnich satelitów. Chociaż można odnieść wrażenie, że Europa ugina się pod naciskiem naftowo-gazowej dyplomacji moskiewskiej, na dłuższą metę szykuje wykup Rosji, której gospodarka jest zbliżona rozmiarami do francuskiej. Pozyskując coraz więcej gazu z Afryki Północnej i ropy z Azerbejdżanu, Unia uniezależni się od Rosji, a jednocześnie będzie miała narzędzie nacisku w postaci statusu największego inwestora. Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju udziela pożyczek, które pozwalają oddolnie budować alternatywny, mniej skorumpowany sektor prywatny, a Londyn i Berlin z otwartymi ramionami przyjmują rosyjskich miliarderów, dzięki czemu tacy ludzie jak Borys Bieriezowski mogą prowadzić jawną kampanię przeciwko Putinowi. Unia i USA finansują i szkolą wojowniczy blok państw bałtyckich i bałkańskich, którego działacze agitują w różnych krajach od Białorusi po Uzbekistan. Niektórzy urzędnicy unijni prywatnie przyznają, że aneksja Rosji jest najzupełniej wykonalna - to tylko kwestia czasu. W nadchodzących dziesięcioleciach Rosja nie tylko nie odbuduje potęgi z czasów sowieckich, ale będzie musiała zdecydować, czy przyłączy się do Europy, czy zostanie petrowasalem Chin.

Kolejnym krajem drugiego świata, dla którego zbliża się geopolityczny moment prawdy, jest Turcja. Podczas zimnej wojny Turcja była stanowiskiem nasłuchowym NATO za południowo-wschodnią granicą ZSRR, ale w 2003 roku przyszedł punkt zwrotny, kiedy nie pozwoliła USA wykorzystać swego terytorium do inwazji na Irak. Odwracając się od Ameryki, dokonała wyboru na rzecz Unii.

W Turcji utrzymują się pewne agresywne elementy neoosmanizmu, które są sprzeczne z unijnymi standardami, ale mogą posłużyć Europie za narzędzie stabilizacji w Syrii, Iraku i Iranie. Kluczem do władzy są drogi, o czym przekonałem się dwa lata temu, jeżdżąc po Turcji zdezelowanym volkswagenem. Tureccy inżynierowie drążą tunele, stawiają mosty i leją asfalt we wschodniej części kraju, co ułatwia ekspansję ekonomiczną na świat arabski i perski. Kupcy tureccy patrzą zarówno na wschód, jak i na zachód. Już powstał europejsko-turecki rurociąg Baku - Tbilisi - Ceyhan, a planowana jest linia kolejowa i droga, która umocni europejskie wpływy aż po zaprzyjaźniony z Turcją Azerbejdżan nad roponośnym Morzem Kaspijskim.

Zachodni dyplomaci dobrze znają realia Rosji i Turcji, ale nie można tego powiedzieć o republikach środkowoazjatyckich bogatych w surowce państwach rządzonych przez autokratów. Po rozpadzie Związku Radzieckiego, któremu kraje te zawdzięczają niepodległość, ich nowym patronem stały się Chiny. Handel, rurociągi, wspólne ćwiczenia wojskowe, Szanghajska Organizacja Współpracy - wszystko to sprawia, że region ten uległ radykalnej transformacji geopolitycznej. Stany Zjednoczone usiłują zachować tam swoje nieliczne bazy wojskowe, ale w 2005 roku pod naciskiem Chin i Rosji zostały wyrzucone z Uzbekistanu. Walka o wpływy w tym ważnym z energetycznego punktu widzenia regionie odbywa się z kontekście, w którym wartości zdają się nie mieć żadnego znaczenia. Chiny kupują coraz więcej kazachskiej ropy, Ameryka ubiega się o kontrakty zbrojeniowe, a Europa proponuje stały napływ inwestycji jednocześnie odmawiając prezydentowi Nazarbajewowi uznania w pożądanym przez niego zakresie. W rywalizacji Wielkiej Trójki stawką dla Ameryki jest nie tylko to, czy będzie miała wpływ na wydarzenia rozgrywające się na drugim końcu świata. Globalizacja sprawiła, że licząca dwa stulecia doktryna Monroe'a uznająca oba kontynenty amerykańskie za obszar wpływów USA jest w coraz mniejszym stopniu możliwa do realizacji. Ameryka sterowała sytuacją w Ameryce Łacińskiej, dopóki krajom położonym na południe od niej brakowało własnej wizji. Teraz do roli latynoskiego rozgrywającego szykują się co najmniej dwaj inni zawodnicy: Chiny i Chávez. Prezydent Wenezueli mobilizuje cały kontynent do tego, by wywalczył sobie ważną pozycję w globalnym układzie sił. Błazeński pułkownik Hugo Chávez może rządzić przez dziesięciolecia albo niedługo zginąć od kuli, ale tak czy owak powiedział Ameryce "sprawdzam" i wygrał, zmieniając reguły stosunków północ - południe na półkuli zachodniej. Ośmiela i finansuje lewicowych przywódców na całym kontynencie i lansuje barterowy model handlu ropą, bydłem, pszenicą i urzędnikami państwowymi. Nawet niektórzy z jego przeciwników szanują go za to, że umiał postawić się Jankesom. Chávez jest mocny nie tylko wysoką ceną ropy. Cieszy się cichym poparciem Europy i całkiem głośnym poparciem Chin. Europa pozostaje największym zagranicznym inwestorem w Wenezueli, a Chiny gorączkowo remontują zaniedbaną infrastrukturę naftową i budują własne rafinerie.

Ale Chavez jest dla Ameryki wyzwaniem głównie ideologicznym, zaś drugi świat - strukturalnym. Naturalnym przywódcą Ameryki Południowej ponownie staje się Brazylia. Wraz z Indiami i RPA kraj ten stanął na czele inicjatywy, która ma na celu zmuszenie USA do likwidacji ceł na import stali, a Europy do zniesienia dotacji dla rolnictwa. Geograficznie Brazylia leży niewiele dalej od Europy niż od Stanów i równie chętnie chce produkować samochody i samoloty dla Europy, jak eksportować soję do USA. Ponadto Brazylia, która podczas zimnej wojny była lojalnym sojusznikiem Ameryki, bez wahania ogłosiła zawarcie strategicznego sojuszu z Chinami. Gospodarki tych krajów doskonale się uzupełniają. Brazylia eksportuje do Chin rudę żelaza, drewno, cynk, wołowinę, mleko i soję, a Państwo Środka stawia nad Amazonką elektrownie wodne, stalownie i fabryki butów. Brazylia wyszła z inicjatywą budowy szosy transoceanicznej z Amazonii przez Peru na wybrzeże Pacyfiku, żeby skrócić drogę chińskich tankowców. Ameryka Łacińska przez stulecia pozostawała w geopolitycznym cieniu, ale w XXI wieku świat będzie się ubiegał o jej surowce.

Bliski Wschód - w szerokim rozumieniu obszaru od Maroka po Iran - leży pomiędzy Wielką Trójką i jest tam najwięcej obrotowych państw drugiego świata. Ocieplenie stosunków Zachodu z Libią osiągnięte po złożonej w 2003 roku deklaracji Muammara Kadafiego, że jego kraj rezygnuje z nuklearnych ambicji, po części wynikało z rosnących potrzeb energetycznych Europy. Ale Kadafi nie wyprzedaje swojego przemysłu naftowego, tylko za pomocą różnych nieczystych chwytów - łącznie z groźbami wywłaszczenia - wyciska od zagranicznych inwestorów jak najwięcej pieniędzy. W prawie każdym kraju arabskim dostrzegam jednak nie tego typu nacjonalizm, lecz nowy panarabizm, którego celem jest rozdzielenie naftowego bogactwa pomiędzy świat arabski zamiast deponowania go w Stanach Zjednoczonych, jak to bywało podczas wcześniejszych okresów naftowej hossy. Do Egiptu, Syrii i innych państw arabskich napływają coraz większe inwestycje znad Zatoki Perskiej i również te kraje stają się coraz ważniejszymi graczami, którzy mogą pokrzyżować USA szyki.

Arabia Saudyjska, która jeszcze przez wiele lat będzie największym producentem ropy na świecie, pod względem geopolitycznego znaczenia dorównuje Rosji i tak samo jak ona jest do wzięcia. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat politykę zagraniczną królestwa kształtowała głównie Ameryka jako największy inwestor, ale dzisiaj monarchia jest znacznie mądrzejsza i dąży do równomiernego pozyskiwania inwestycji w obrębie Wielkiej Trójki. Arabia Saudyjska wciąga Europę w kształtujący się obszar wolnego handlu nad Zatoką Perską i zainwestowała blisko miliard dolarów w chińskie rafinerie. Warto pamiętać, że Ameryka nigdy nie była dla Saudów głównym sojusznikiem tylko ze względu na swoją potęgę wojskową. Wpływy strategiczne muszą mieć podstawy gospodarcze. Kluczowe państwa drugiego świata umieją wykorzystać fakt, że Wielka Trójka chce korzystnie ulokować swoje pieniądze.

Mimo historycznych zatargów z Arabią Saudyjską tę samą obrotową grę uprawia Iran. Jego dyplomaci zasiali niezgodę między USA i UE w sprawie sankcji, a z drugiej strony zalecają się do Chin, odgrzewając stosunki, które sięgają czasów jedwabnego szlaku. Iran jest ostatnim kwadratem chińskiej gry w klasy, która ma na celu dotarcie nad Zatokę Perską drogą lądową z pominięciem wąskiej cieśniny Malakka. Państwo Środka podpisało już z Iranem wielomiliardowy kontrakt na wydobycie gazu ziemnego z ogromnego złoża Północny Pars, drugi na budowę terminali naftowych nad Morzem Kaspijskim i trzeci na rozbudowę metra w Teheranie - jak również przyspieszyło transport do Iranu technologii balistycznej i radarów przeciwlotniczych. Im dłużej ciągną się negocjacje z Międzynarodową Agencją Energii Atomowej, tym większe staje się prawdopodobieństwo, że Iran utrzyma się na powierzchni bez zachodnich inwestycji dzięki wsparciu Chin i innych przyjaciół z drugiego świata.

Co ciekawe, właśnie muzułmańskie państwa naftowe - Libia, Arabia Saudyjska, Iran, Kazachstan (w większości muzułmański) czy Malezja - najlepiej sobie radzą z zawieraniem sojuszy z całą Wielką Trójką naraz. Ameryka szuka muzułmańskich przyjaciół, aby poprawić sobie wizerunek i skuteczniej toczyć wojnę z terrorem, ale kraje te należą do związku konfucjańsko-islamskiego, jak to nazwał Samuel Huntington. Z kolei Chinom udało się dokonać dyplomatycznego majstersztyku i utrzymują przyjazne stosunki z kilkoma parami regionalnych rywali: Wenezuelą i Brazylią, Arabią Saudyjską i Iranem, Kazachstanem i Uzbekistanem oraz Indiami i Pakistanem. Zachodni dyplomaci na razie potrafią tylko niezbyt donośnie potępiać te cyniczne sojusze, ale nie są w stanie zbyt wiele w tej kwestii zdziałać. Dotyczy to zwłaszcza najbliższych sąsiadów Chin z Azji Południowo-Wschodniej. Malezja, Tajlandia czy Wietnam uprawiają grę w zalotnika supermocarstw z godną podziwu maestrią. Rządy wielu państw regionu podpisały umowy wojskowe z USA, ale chińscy imigranci od dawna pociągają za sznurki tamtejszych gospodarek. Malezja i Tajlandia organizują z Ameryką wspólne ćwiczenia wojskowe, ale kupują broń także od Chin i przystąpiły do traktatu o przyjaźni i współpracy, który ma charakter także militarny. Pewien malajski dyplomata powiedział do mnie bez śladu ironii: "Stworzenie wspólnoty jest łatwe wśród żółtych i brązowych, ale nie z białymi".

Świat nieamerykański

Karol Marks i Max Weber uznali kultury dalekowschodnie za despotyczne, agrarne i feudalne, pozbawione struktury organizacyjnej pozwalającej odnieść sukces. Oswald Spengler widział to inaczej, argumentując, że ludzkość żyje i myśli w ramach unikalnych systemów kulturowych, toteż zachodnich ideałów nie da się przeszczepić gdzie indziej. Azja, kontynent najstarszych cywilizacji świata, jest dzisiaj najludniejsza i według niektórych wskaźników najbogatsza ze wszystkich regionów świata. Z Ameryką czy bez kształtuje przyszłe losy świata - i przy okazji obnaża słabe punkty wielkiego mitu zachodniej cywilizacji. Samooszukańczy uniwersalizm imperium amerykańskiego - świat potrzebuje jednego przywódcy i amerykańska ideologia liberalna musi posłużyć za fundament porządku światowego - paradoksalnie doprowadził do tego, że Stany Zjednoczone szybko stają się coraz bardziej samotnym supermocarstwem. Oprócz rynku geopolitycznego istnieje też rynek modeli gospodarczych oferujący na przykład chiński model rozwoju gospodarczego bez liberalizacji politycznej (co jest policzkiem dla zachodniej teorii modernizacji). Jak zauważył pół wieku temu historyk Arnold Toynbee, zachodni imperializm zjednoczył planetę, ale nie dał gwarancji, że Zachód będzie zawsze dominował pod względem materialnym i moralnym. Imperia ulegają mirażowi nieśmiertelności, ale wszystkie prędzej czy później upadają. Czy jednak świat nie byłby bardziej stabilny, gdyby ponownie uznał w Ameryce swojego politycznego i ideologicznego przywódcę? Jest o wiele za późno, żeby stawiać to pytanie, ponieważ widać coraz wyraźniej, że nie uzna. Ani Chiny, ani UE nie zastąpią USA w roli hegemona, lecz wszystkie trzy supermocarstwa będą nawzajem się równoważyły i walczyły o wpływy. Europa będzie lansowała swój model integracji ponadnarodowej jako sposób na rozstrzygnięcie sporów bliskowschodnich i rozwiązanie problemów Afryki, a Chiny będą promowały konsensus pekiński, oparty na poszanowaniu suwerenności i wzajemnych korzyściach gospodarczych. Ameryka musi przedstawić jakiś mocny atut, aby pozostać w grze.

Uważam, że skomplikowanym wielokulturowym światem, nad którym wiszą takie ponadnarodowe zagrożenia jak terroryzm czy globalne ocieplenie, nie może kierować jeden ośrodek, czy będą to Stany Zjednoczone, czy Organizacja Narodów Zjednoczonych. Globalizacja opiera się niemal każdemu rodzajowi centralizacji. Potrzebny jest konkretny podział pracy między państwami Wielkiej Trójki. Istnieje on już w negocjacjach na temat zmian klimatycznych, ale nie w kwestii działań antyproliferacyjnych czy odbudowy państw upadłych. Rozdziałem obowiązków nie może się zajmować Rada Bezpieczeństwa, gremium o arbitralnie ustalonym składzie ani żaden inny multilateralny organ z ważonymi głosami i kakofonią nieistotnych wypowiedzi. Wielka Trójka musi dogadać się między sobą w najważniejszych kwestiach.

Mniej może znaczyć więcej

Zabawmy się w naczelnego stratega. Jesteś XXI-wiecznym Kissingerem. Masz pomóc następnemu prezydentowi Ameryki w przejściu ze świata amerykańskiej hegemonii do świata o znacznie bardziej rozproszonej władzy. Jaką politykę mu doradzisz, aby wytworzyła się globalna równowaga sił zamiast układu sprzymierzonego przeciwko USA?

Po pierwsze, powiedz mu, by poskromił JFK, który w nim siedzi. Jest prezydentem, nie cesarzem. Jest naczelnym dowódcą sił zbrojnych, ale także naczelnym dyplomatą. Jego plan strategiczny jest planem globalnym. Nie wolno mu posługiwać się zwrotem amerykański interes narodowy (bez tego wiemy, że będzie się nim kierował). Powinien mówić o globalnych interesach, których realizacji sprzyja polityka Ameryki. Nie ma już "my" i "oni", pozostało tylko "my". To oznacza również koniec gadania o krzewieniu amerykańskich wartości. To co warto mieć, jest najpierw uniwersalne, a dopiero potem amerykańskie. Dotyczy to również demokracji.

Po drugie, trzeba rozbudować korpus dyplomatyczny. W tej chwili mamy więcej muzyków w orkiestrach wojskowych niż urzędników służby zagranicznej, a na dobitkę Kongres w gruncie rzeczy zamroził obecny stan osobowy w placówkach dyplomatycznych. W tej sytuacji dyplomacja transformacyjna Condoleezzy Rice jest mitem: mamy za mało dyplomatów do realizacji codziennych zadań, nie mówiąc już o misjach specjalnych. Potrzebujemy Korpusu Pokojowego dziesięć razy większego niż obecnie plus wymiany studenckie, programy nauki języka angielskiego i szkolenia zawodowe w innych krajach - współfinansowane przez przedsiębiorstwa.

Tak, powinniśmy stworzyć kompleks

dyplomatyczno-przemysłowy. W Europie i Chinach biznes i państwo działają ręka w rękę, więc niech państwo amerykańskie bierze od Wall Street środki na pomoc regionalną i pakiety inwestycyjne. Amerykańska polityka zagraniczna nie może ograniczać się do sfery, którą nadzoruje rząd. Już w tej chwili UE jest największym światowym dawcą pomocy, a do czołówki szybko przebijają się Chiny. Ponadto oba te supermocarstwa przewyższają USA pod względem ludnościowym, co oznacza głębsze zasoby kadrowe, jak również - w odróżnieniu od Ameryki - nie są celem ataków politycznych w panującej obecnie na świecie atmosferze. Tajną bronią muszą się stać sami obywatele Ameryki. Amerykańskie fundacje i organizacje dobroczynne biją na głowę swoje europejskie odpowiedniczki, gdy chodzi o skalę pomocy humanitarnej. Jeśli takie prywatne instytucje będą wysyłały coraz więcej ochotników uzbrojonych w pieniądze, dobrą wolę i znajomość lokalnych realiów, aby uprawiali dyplomację czynów, dyplomacja oficjalna sobie poradzi.

Po trzecie, musimy zaprząc globalną gospodarkę do naszych celów. Stawiający na nogi gospodarki europejskie plan Marshalla był inwestycją, która zwróciła się w postaci popytu na amerykańskie towary. Teraz jednak spada kurs dolara, nasza baza przemysłowa się kurczy, a nasz kapitał przejmują bogatsze fundusze zagraniczne. Spadamy w światowych rankingach pod względem poziomu szkolnictwa, dostępu do szerokopasmowego internetu, opieki zdrowotnej, bezpieczeństwa i wielu innych wskaźników. Biorąc pod uwagę nasze deficyty i polityczny pat, jedynym rozwiązaniem jest skierowanie globalnej energii w budowę naszej infrastruktury, tworzenie miejsc pracy i programy technologiczne, które pozwolą Ameryce utrzymać się na czele tabeli innowacyjności. Globalizacja nie zna litości. Albo na niej skorzystamy, albo staniemy się jej ofiarą.

Po czwarte, trzeba zwołać szczyt G3. Ale bez określania zbyt konkretnego programu. Jest kilka kluczowych obszarów, które stwarzają pole do kompromisów i przetargów: zmiany klimatyczne, bezpieczeństwo energetyczne, proliferacja broni masowego rażenia i państwa bandyckie. Zaproponujmy Chinom bardziej ekologiczną technologię zachodnią w zamian za obcięcie pomocy finansowo-zbrojeniowej dla sudańskich tyranów i birmańskiej junty. I wspólnie z Europejczykami stwórzmy gigantyczne, nieodparcie kuszące pakiety pomocy dla narodów Iranu, Uzbekistanu i Wenezueli - daje to znacznie większe szanse na zmianę reżimu niż bezowocne sankcje. Zachodnia zmiana tonu wprawiłaby Chiny w zakłopotanie. Supermocarstwa też muszą się nauczyć dobrych manier.

Wszystkie razem posunięcia te mogłyby przywrócić Ameryce konkurencyjność na rynku geopolitycznym, a może nawet dowieść naszej wyjątkowości. Potrzebujemy pragmatycznych małych kroków, które przyniosą wymierne korzyści innym narodom, poprawią nasz wizerunek, pozwolą zachować harmonię w obrębie Wielkiej Trójki, ustabilizują sytuację na świecie i ocalą naszą wspólną planetę od zagłady. Miejmy nadzieję, że następny prezydent Stanów Zjednoczonych to zrozumie.

© Random House

przeł. Tomasz Bieroń

Rosja jest za słaba, by wejść do pierwszej ligi mocarstw

Dla tych, którzy obawiają się nadmiernego wzrostu potęgi Rosji, Khanna ma dobrą nowinę. Jego zdaniem pozycja rosyjskiego giganta będzie coraz bardziej słabnąć - przede wszystkim ze względu na kryzys demograficzny. "Mimo całego swojego prężenia muskułów kraj ten w zastraszającym tempie znika: ubywa jej pół miliona obywateli rocznie, co oznacza, że za jakieś 25 lat dogoni ją Turcja. Chociaż można odnieść wrażenie, że Europa ugina się pod naciskiem naftowo-gazowej dyplomacji moskiewskiej, na dłuższą metę szykuje wykup Rosji, której gospodarka jest zbliżona rozmiarami do francuskiej. Pozyskując coraz więcej gazu z Afryki Północnej i ropy z Azerbejdżanu, Unia uniezależni się od Rosji, a jednocześnie będzie miała narzędzie presji w postaci statusu największego inwestora. Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju udziela pożyczek, które pozwalają oddolnie budować alternatywny mniej skorumpowany sektor prywatny".

Ameryka musi raz na zawsze pozbyć się imperialnych pretensji

Tekst Khanny jest nie tylko chłodną analizą sytuacji, ale także gorącym apelem do nowego prezydenta USA, który pod koniec tego roku zasiądzie w Białym Domu. Powinien on przede wszystkim zrezygnować z imperialnych złudzeń i misyjności, tak charakterystycznej dla administracji George'a Busha. "Jest prezydentem, nie cesarzem. Jest naczelnym dowódcą sił zbrojnych, ale także naczelnym dyplomatą. Jego plan strategiczny jest planem globalnym. Nie wolno mu posługiwać się zwrotem >>amerykański interes narodowy<<. (Bez tego wiemy, że będzie się nim kierował). Powinien mówić o globalnych interesach, których realizacji sprzyja polityka Ameryki. Nie ma już >>my<< i >>oni<<, pozostało tylko >>my<<. To oznacza również koniec gadania o krzewieniu amerykańskich wartości. To co warto mieć, jest najpierw uniwersalne, a dopiero potem amerykańskie. Dotyczy to również demokracji.

Parag Khanna, amerykański politolog, specjalista w dziedzinie stosunków międzynarodowych. Pracuje jako ekspert w New America Foundation. Wcześniej był doradcą amerykańskiej armii w Iraku i Afganistanie (2007), ekspertem Brookings Institution (2002 - 2005) oraz Council on Foreign Relations. Zajmował się m.in. badaniami nad terroryzmem oraz globalnym planowaniem kryzysowym. Publikuje w najbardziej prestiżowych anglosaskich pismach: m.in. w "The New York Times", "Washington Post", "Prospect" czy "Foreign Policy". Niedawno ukazała się jego książka "The Second World: Empires and Influence in the New Global Order".

www.dziennik.pl/dziennik/europa/article175254/P...

Komentarze (1)
Z Europą nikt na świecie już się dziś nie liczy
 Oceń wpis
   

ROZMOWA

sobota 17 maja 2008
Z Europą nikt na świecie już się dziś nie liczy

Na równi pochyłej

Po lekturze tekstu Paraga Khanny w dzisiejszej "Europie" moglibyśmy jako obywatele Unii Europejskiej popaść w błogie samozadowolenie. UE jest tam przecież potraktowana jako niezbędny biegun nowego międzynarodowego ładu i niemal supermocarstwo pod pewnymi względami znacznie wyprzedzające Amerykę. Ale rozmowa z wybitnym historykiem Walterem Laqueurem wytrąca z tego przyjemnego nastroju. Jego zdaniem na sytuację Europy trzeba patrzeć inaczej - nie przez pryzmat krótkotrwałej koniunktury politycznej czy ekonomicznej, ale głębszych procesów, na przykład demograficznych. A demografia i jej wskaźniki są dla Starego Kontynentu bezlitosne. Europa starzeje się coraz szybciej. Coraz więcej jest też w niej imigrantów, którzy nie mają zamiaru asymilować się ani przyswajać europejskiego dziedzictwa kulturowego. To już wedle Laqueura niemal inwazja dawnych kolonii, które przejmują coraz większe obszary niegdysiejszych metropolii. Imigranci są dziś oczywiście Europie potrzebni - tak jak byli potrzebni w latach 50. i 60. ubiegłego stulecia, gdy odbudowywali ją z gruzów. Ale dzisiejsze kłopoty z ich asymilacją sprawiają, że Europa pogrąża się w kryzysie, jakiego nie przeżyła od dawna.

rozmowę prowadzi

Karolina Wigura

W "Ostatnich dniach Europy" przewiduje pan koniec kontynentu, jaki znamy. To chyba najbardziej pesymistyczna książka o Europie, jaką ostatnio napisano. Jeszcze kilka lat temu dość powszechnie twierdzono, że XXI wiek będzie należał właśnie do niej - pisali o tym choćby Jeremy Rifkin, Tony Judt czy Mark Leonard. Albo że Europa zrównoważy przynajmniej wpływy amerykańskiego supermocarstwa. Pan natomiast twierdzi, że Europa w ogóle zniknie z pola widzenia. To chyba nieco zbyt odważna teza...

Jeśli ktoś nadal wypowiada tak optymistyczne diagnozy na temat Europy, jak jeszcze kilka lat temu, to robi tak dlatego, że jego niechęć do Ameryki najwyraźniej przesłoniła mu powagę europejskiego kryzysu. Albo dlatego, że nie pojmuje, iż jego wyobrażenie o powojennej Europie jest już nieaktualne - to zresztą przyczyna, dla której część osób, które pani wymieniła, wycofała się później ze swoich diagnoz. Europę toczy długotrwały kryzys. Jego początek przypada na lata 70. XX wieku. Mój największy niepokój wywołuje fakt, że ten dzisiejszy kryzys jest niezwykle powolny. Pełzający. Być może, gdybyście mieli do czynienia z nagłym i dramatycznym załamaniem, ludzie i politycy prędko by się obudzili. Ale dostrzegacie jedynie to, że Europa jest coraz bardziej cywilizowana, a od kilkudziesięciu lat panuje w niej pokój, sprawiedliwość i rządy prawa. Że ludzie są zadowoleni. Za kilka miesięcy zacznie się lato i wszyscy zaczną wyjeżdżać na wakacje, będą wydawać pieniądze i spędzać mile czas. Patrząc na wszystko w taki sposób, nie sposób stwierdzić: "Doświadczamy przecież okropnego kryzysu!". Dominujący sposób myślenia streszcza się w stwierdzeniach, że euro jest silniejsze od dolara, nie ma się więc czym martwić oraz życie stało się w Europie przyjemne, po co więc psuć atmosferę. Prawdziwa sytuacja Europy, pod powierzchnią tego samozadowolenia, nie została jeszcze rozpoznana.

Ogłaszanie ostatecznego kryzysu to stały element w życiu intelektualnym nowoczesnej Europy. Potem za każdym razem okazywało się, że ogłaszano go zbyt wcześnie. Pan jako jeden z najwybitniejszych znawców historii Europy wie o tym chyba doskonale...

Proszę pamiętać, że pomimo tych pesymistycznych diagnoz Europa nadal rządziła światem. Podstawowa różnica między dniem dzisiejszym a na przykład rokiem 1900 jest taka, że europejska populacja stanowiła wówczas około 30 procent populacji światowej. Dziś jest to zaledwie 10 procent. Może mi pani odpowiedzieć, że liczby to nie wszystko. Zgoda. Być może nauka w ciągu najbliższych lat poczyni takie postępy, że liczby staną się zupełnie nieistotne. Ale na razie to czysta fantazja. Na razie wciąż są bardzo ważne: w aspekcie ekonomicznym, politycznym i militarnym. Widzimy, że Europa stopniowo maleje. Na dodatek części Europy są powoli i pokojowo przejmowane - w sensie demograficznym - przez dawne kolonie.

Jak na razie imigranci z Maghrebu, Czarnej Afryki czy Pakistanu nie rządzą żadnym europejskim krajem. Owszem, Europa ma pewien problem z asymilacją nowych obywateli, ale to jeszcze nie oznacza, że sobie z tym nie poradzi ani że została przez nich skolonizowana.

Macie poważne problemy z integracją nowych imigrantów. Rzecz jasna Europa ich potrzebuje. Jednak nowa fala imigrantów pochodzących przede wszystkim z krajów islamskich bynajmniej nie pragnie integrować się ze społeczeństwami europejskimi. I tu widzimy bardzo dużą różnicę w stosunku do dawnych fal imigracji. Sto lat temu asymilacja była celem Polaków, Żydów czy Włochów emigrujących do Francji, Niemiec i Anglii. Dziś przeważająca większość imigrantów pragnie zachować swój sposób życia. Kolejnym istotnym aspektem jest kryzys państwa opiekuńczego. Gdy model ten został wynaleziony po raz pierwszy 50 lat temu, ludzie nie byli jeszcze tak długowieczni jak teraz. Rodziło się więcej dzieci. Dziś państwo musi mieć o wiele więcej pieniędzy, by zapłacić za opiekę medyczną i emerytury. Europa starzeje się - ten proces następuje o wiele szybciej niż na jakimkolwiek innym kontynencie. Sytuacja ekonomiczna może ulec zmianie, podobnie polityczna, jednak kryzys demograficzny to coś znacznie poważniejszego. Nie widzę wyjścia z tej sytuacji w najbliższej przyszłości. I wszyscy demografowie - pracujący dla ONZ czy Unii Europejskiej - są tego samego zdania.

Pisze pan w swojej książce, że kraje europejskie są same sobie winne: przyjmowały imigrantów tysiącami, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Jednak Europa po drugiej wojnie światowej nie miała wystarczającej liczby młodych pracowników, przede wszystkim fizycznych, zdolnych podźwignąć ją z kryzysu. Także dziś imigranci są rozwiązaniem problemów z przyrostem naturalnym. Czy jest pan zdania, że decyzja o przyjęciu tak dużej liczby imigrantów świadczy wyłącznie o ślepocie polityków?

Z pewnością niemiecki, jak również brytyjski cud gospodarczy lat 60. wymagał takich pracowników. Wielu mężczyzn w wieku odpowiednim do pracy zostało zabitych w czasie wojny. Tylko że wszystkim wydawało się, że gastarbeiterzy po prostu wyjadą po tym, jak pomogą w odbudowaniu przemysłu. To było niezwykle naiwne. Dziś każdy, kto przespaceruje się ulicami któregokolwiek z wielkich miast Europy albo spojrzy na statystyki, zobaczy, że tak się nie stało. We wszystkich większych niemieckich miastach 40 - 45 procent ludności poniżej osiemnastego roku życia to dzieci imigrantów. Nie wolno tego ignorować. Dziś nikt nie traktuje Europy poważnie. Gdybyśmy mówili o futbolu, powiedzielibyśmy, że Europa spadła do drugiej ligi. I nikt nie będzie traktować jej poważnie, bo nie jest silna w sensie politycznym i militarnym. Do mniej więcej początku XIX stulecia albo najwyżej do lat 30. XIX wieku, Europa była centrum świata. Potem to się skończyło. Najpierw pojawiła się na scenie światowej Ameryka. Stała się bardzo ważna zarówno politycznie, jak i ekonomicznie. Teraz zaś mamy do czynienia z wzrostem znaczenia Dalekiego Wschodu - przede wszystkim Chin i Indii. Epoka wielkiego znaczenia Europy się skończyła. Co prawda, zawsze możecie powiedzieć: "Czemu nie mielibyśmy być jak Ameryka Łacińska? To również obszar, gdzie ludzie żyją mniej więcej szczęśliwie, choć nie jest to potęga światowa i nikt właściwie się nimi nie interesuje". Jak napisał Monteskiusz, szczęśliwe jest państwo, które nie ma historii. Jednak Europa pod żadnym względem nie jest podobna do Ameryki Łacińskiej. Ma skomplikowaną historię, która decyduje o jej kształcie, i położenie geopolityczne nieporównywalne z tamtym kontynentem. Nie stać jej na splendid isolation.

Zjednoczona Europa nie jest tylko organizmem politycznym. Jest czymś znacznie więcej. Świetnie wyraził ten pogląd Tzvetan Todorov, pisząc: "Europejczycy nie chcą stawać przed wyborem między rolą zadufanego w sobie macho oraz cichej i trwożliwej panienki. Pragną po prostu zachować możliwość obrony wybranego przez siebie stylu życia. Nie chodzi tu również o odrzucenie realizmu na rzecz idealizmu. Europa stała się przykładem pokojowego zjednoczenia wielu państw. Korzyści z tego płynące są nie do przecenienia".

Z pewnością, gdy chodzi o przezwyciężanie przeszłości, Europejczycy odrobili swoją lekcję. Ale według mnie to za mało. Proszę sobie przypomnieć: po zakończeniu drugiej wojny światowej w Europie panował ogromny pesymizm. Europa była tak bardzo zniszczona, że politycy mówili: "Minie sto lat, zanim podniesiemy się z tej klęski - jeśli w ogóle. Europa nigdy nie będzie już taka sama". Potem okazało się, że ekonomiczna odbudowa Europy zajęła zaledwie 10 - 15 lat. Jednak odbudowa ta okazała się w pewnym sensie ślepą uliczką - zapewniła wam postęp tylko do pewnego miejsca, ale już nie dalej. W mojej książce cytuję wypowiedzi ojców założycieli Unii Europejskiej po 1945 roku. Zapytani, co zmieniliby w swoim postępowaniu, gdyby przyszło im zacząć wszystko od początku, odpowiadają, że zaczęliby nie od ekonomii, ale od kultury. Rozumiem to w taki oto sposób: zapewne współpraca ekonomiczna przynosi bardzo dobre rezultaty i pomaga wszystkim, jednak prowadzi jedynie do pewnego punktu i ostatecznie nie pozwala rozwijać się dalej. Innymi słowy, nie musi wcale prowadzić do jedności politycznej, a tego właśnie potrzebujecie. Można oczywiście zadać sobie pytanie, czy nastąpiłaby poprawa, gdyby doszło do jakiegoś kryzysu zewnętrznego poza Europą. Możemy wziąć pod uwagę różne scenariusze: załamanie gospodarki Chin, wielki kryzys w Ameryce itd. Nie sądzę jednak, by z tego rodzaju wydarzeń wynikło dla Europy cokolwiek dobrego. Wręcz przeciwnie, straciłaby tylko rynek zbytu - a Europa bardziej niż jakikolwiek inny obszar zależna jest od eksportu. Wyjście z kryzysu może być jedynie rezultatem wysiłku samej Europy.

Powiedział pan wcześniej, że Europa nie jest dziś centrum świata. Gdzie zatem znajduje się to centrum?

W tym cały problem - nie ma obecnie jednego takiego miejsca. Aż do końca zimnej wojny świat miał dwa centra - Amerykę i Rosję. Po zakończeniu zimnej wojny przez kilka lat w świecie dominowała Ameryka. Szybko się to skończyło. Nie wierzę zresztą, by Ameryka rzeczywiście pragnęła takiej pozycji - w byciu policjantem pilnującym całego świata nie ma nic godnego pozazdroszczenia. Dziś mamy do czynienia z bardzo niebezpieczną sytuacją współistnienia kilku centrów - i to w obliczu poważnych problemów ekonomicznych, zagrożenia terroryzmem i zmianami klimatycznymi.

Robert Kagan, który przyjechał ostatnio do Polski na zaproszenie "Europy", twierdził, że wielkie demokracje powinny ściśle współpracować, by stawić czoło rosnącym w siłę autokracjom. Czy pańskim zdaniem jest to możliwe?

Nie ma moim zdaniem mowy o zbyt daleko posuniętej współpracy między poszczególnymi ośrodkami. W końcu XIX stulecia mówiło się o koncercie mocarstw. Oznaczało to, że wielkie potęgi, choć nie muszą we wszystkim się zgadzać, mogą współpracować w określonych dziedzinach. Dziś nie widzę takiej możliwości. Chyba że będziemy mieli do czynienia z bardzo poważnym kryzysem. Jeśli na przykład broń masowego rażenia zostanie użyta, mogę sobie wyobrazić, że mocarstwa podejmą współpracę. Wtedy być może nawet ONZ stanie się znaczącą siłą. Jednak w obecnej sytuacji postrzeganej jako stabilizacja jest to trudne do wyobrażenia. W obrębie Unii Europejskiej nie widzę w tym zakresie absolutnie żadnego postępu. Od 15 lat mówi się o wspólnych europejskich siłach zbrojnych. Ale nie zrobiono nic poza snuciem planów. To zupełnie niepoważne. Dlatego optymizm i zaczątki nadziei, które pojawiły się, gdy do władzy we Francji i Niemczech doszli Nicolas Sarkozy i Angela Merkel, ponownie znikają.

Pańska książka była pisana dwa lata temu. Co uzupełniłby pan z dzisiejszego punktu widzenia?

Jest jedno zagadnienie, któremu w owym czasie nie poświęciłem wystarczającej uwagi. Europa stała się w ostatnich kilku latach jeszcze bardziej zależna od wpływów z zewnątrz w rezultacie kurczenia się źródeł energii: ropy, benzyny, gazu. Jest zupełnie uzależniona od importu z Rosji z jednej strony oraz Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu z drugiej. Nigdy nie spróbowano ograniczyć tego uzależnienia. Europa jest przez to wszystko w bardzo złym położeniu, ponieważ ceny ropy i gazu rosną, a ci, którzy je dostarczają, przekształcają tę relację w presję polityczną.

Europa jest oczywiście zależna od rosyjskiej ropy i gazu, jednak Rosja jest zależna od europejskich pieniędzy i gospodarki...

Tak, ale tylko na razie. Rosja nie chce dziś doprowadzić do poważniejszego kryzysu w Europie. Jednak w tym samym czasie jej wpływy polityczne w Europie niewątpliwie wzrastają. To nie jest dla was zbyt dobre.

Europa musi wyjść z kryzysu własnymi siłami

Walter Laqueur stawia Europie druzgocącą diagnozę. Jego zdaniem Stary Kontynent pogrąża się w kryzysie i nieuchronnie daje się zepchnąć do geopolitycznej drugiej ligi. Europie brak silnej tożsamości politycznej i kulturowej, która pozwoliłaby uporać się z problemem integracji imigrantów z dawnych kolonii i na powrót odegrać znaczącą rolę w świecie. W tej dramatycznej sytuacji nie powinna jednak liczyć na sprzyjające okoliczności zewnętrzne, jak niespodziewany kryzys w Chinach czy zapaść amerykańskiej gospodarki. Zawirowania na arenie międzynarodowej jedynie pogłębią europejski kryzys. Kontynent nie wydobędzie się z kłopotów, jeśli państwa europejskie zadowolą się wyłącznie współpracą gospodarczą i nie będą dążyły do coraz dalej idącej integracji politycznej. Aby na powrót odgrywać kluczową rolę podyktowaną jej położeniem i historią, Europa musi mówić jednym głosem i stworzyć wspólne siły zbrojne.

Walter Laqueur, ur. 1921, amerykański historyk i publicysta. Urodził się we Wrocławiu (ówczesnym Breslau) w rodzinie żydowskiej. Przez wiele lat mieszkał w Palestynie. Znawca historii Europy XIX i XX wieku i jeden z najwybitniejszych historyków faszyzmu. Zajmował się też Bliskim Wschodem. W latach 1965 - 1992 był dyrektorem Institute of Contemporary History oraz Wiener Library w Londynie. Wykładał m.in. na uniwersytetach: Harvard, Georgetown, Chicago oraz John Hopkins. Jest jednym z pionierów badań nad terroryzmem i polityczną przemocą. Opublikował kilkadziesiąt książek. Po polsku ukazały się dotąd: "Historia Europy 1945 - 1992 (1993) oraz "Faszyzm: wczoraj, dziś, jutro" (1998). Ostatnio w nr 213 z 2 maja br. opublikowaliśmy jego tekst "Ostatni spacer po starej Europie".

www.dziennik.pl/dziennik/europa/article175257/Z...

Komentarze (0)
Pekin wyruszył na gospodarczy podbój Afryki.
 Oceń wpis
   

Chińczycy w pustyni i w puszczy

Pekin wyruszył na gospodarczy podbój Afryki. I szybko odkrył, że łatwo nie będzie.
Miasto Catumbela w środkowej Angoli leży na rozległym płaskowyżu o żyznych glebach, na których uprawia się mango i banany. Jest jednym z wielu pustoszejących miast, do których prowadzą wyboiste i niebezpieczne trakty, podmywane przez rwące rzeki i naszpikowane minami. Jednak ostatnio w sennej Catumbeli zaczął się ruch. Stara, zamknięta już dawno papiernia na peryferiach miasteczka przez kilka miesięcy tętniła życiem. Obozowała tu grupa chińskich inżynierów i robotników kolejowych, jedna z wielu ekip mających budować linię kolejową łączącą środek kraju z odległym o kilkaset kilometrów portem atlantyckim Lobito. Projekt zaplanowano z rozmachem, przeznaczając na realizację 2 miliardy dolarów. Ale po kilku miesiącach prace utknęły w martwym punkcie. Dziś w obozowiskach wzdłuż budowanej trasy, w których do niedawna uwijali się robotnicy, nie widać żywego ducha. W bazach stoją opuszczone buldożery, pilnowane przez zaspanych żołnierzy. A gdzie się podziali Chińczycy? - Zniknęli - mówi strażnik tkwiący przy wejściu do papierni w Catumbeli. Smętnie wodzi wzrokiem po okrytych kurzem ciężarówkach i dodaje: - Nie wiem, kiedy wrócą. Zjedli swoje psy i sobie poszli.
Afrykanie rzadko wierzyli w wielkie wizjonerskie przedsięwzięcia realizowane przez przybyszów z zagranicy - niezależnie od tego, czy chodziło o misję doktora Livingstone'a, czy działalność lidera zespołu U2 Bono. Chińczycy ku swemu zdziwieniu odkryli, że nie należą pod tym względem do wyjątków. Budowa linii kolejowej do Lobito została pogrzebana na skutek sporów na wysokim szczeblu pomiędzy przedstawicielami rządów Angoli i Chin. Podobnie jak dziesiątki innych kontraktów. Realizacji nie doczekała się między innymi warta 2 miliardy dolarów umowa na budowę rafinerii w Lobito. Projekt zostanie najprawdopodobiej przekazany firmie Bechtel z USA. - Chińczycy myśleli, że pojawią się tutaj i szybko obłowią - mówi zachodni dyplomata z Luandy. - Ale na miejscu przekonali się, jak trudno zrobić tu cokolwiek.
Niezależnie od takich przypadków chińską ekspansję w Afryce można jednak uznać za udaną. Firmy z Państwa Środka wydobywają ropę naftową w Sudanie, prowadzą wyrąb lasów w Gwinei, wydobywają miedź i cynk w Kongu. Rząd w Pekinie wykupił ostatnio pakiet większościowy w południowoafrykańskim Standard Bank, by móc finansować przedsięwzięcia infrastrukturalne na terenie Afryki. Chińczycy pozostawili zachodnich konkurentów daleko w tyle. W Afryce działa więcej ambasad chińskich niż amerykańskich. Państwo Środka prowadzi interesy nawet w krajach takich jak Ruanda, gdzie trudno liczyć na szybki zwrot zainwestowanych pieniędzy. W zeszłym roku wartość obrotów handlowych między krajami Afryki a Chinami wyniosła 50 mld dolarów.
Według prognoz do 2010 roku ma sięgnąć 100 miliardów.
Chiny przekazały Angoli 11 mld dolarów w formie pożyczek. Więcej niż Bank Światowy. Tak wysokie nakłady nie gwarantują jednak specjalnego traktowania czy ochrony. Pracujący tu Chińczycy narażeni są na wszystkie typowe dla regionu niebezpieczeństwa: porwania, zabójstwa i groźby - to plaga ekip pracujących na obszarze od delty Nilu po wschodnie krańce Etiopii. W 2006 roku zginęło tam 17 Chińczyków zatrudnionych w firmach naftowych.
Angola jest dziś jednak największym dostawcą ropy naftowej do Chin. A pieniądze płynące z Państwa Środka napędzają lokalną gospodarkę, która odnotowała w zeszłym roku wzrost aż o 24 proc. Mimo to jej najbardziej charakterystyczną cechą jest chaos. Kraj, który niedawno wyszedł z wojny domowej, jest przeżarty korupcją. Dla chińskich biznesmenów i robotników praca tu jest prawdziwą szkołą przetrwania.
Z chińskich produktów mieszkańcy prowincji najlepiej znają miny PMN-2. Rozsiane po całym kraju, są pamiątką po wojnie domowej, która pochłonęła ponad
milion ofiar. Wszędzie uwijają się grupy saperów, ale Chińczycy i tak uważają, że pracują za wolno. Kary za opóźnienie prac budowlanych są pokaźne, więc niektórzy nie czekają na saperów. 24 października w pobliżu miasta Benguela na południu kraju chiński robotnik pracujący dla potentata branży telekomunikacyjnej Huawei zginął, natrafiwszy na minę. Dwóch innych odniosło rany.

Kolejną trudnością jest kulturowa obcość, której podtrzymywanie jest świadomym elementem polityki Pekinu. Chińczycy, których w Angoli pracuje około 100 tys., stanowią tu najbardziej przedsiębiorczą grupę, ale nie ma szans, by zapuścili korzenie. Większość mieszka w zamkniętych enklawach, nie znają portugalskiego, którym posługują się miejscowi i poza pracą nie utrzymują z nimi żadnych kontaktów. Nie utrzymują, bo nie mogą. Państwowe firmy chińskie nałożyły na swych robotników całkowity zakaz takich kontaktów. Karą za romans z Afrykanką jest przymusowy powrót do Chin. Xia Yi Hua, dyrektor China Jiang Su, potężnego kombinatu budowlanego, który ma przedstawicielstwa na terenie całej Angoli, tłumaczy te absurdalne zakazy różnicami kulturowymi. - Sposób myślenia Afrykanów i Chińczyków jest kompletnie inny - wyjaśnia mętnie. W efekcie choć Xia mieszka w Angoli już od czterech lat, jego ojczysta centrala nadal przysyła mu paczki z chińską żywnością i regularnie zaopatruje w pałeczki. Z Pekinu sprowadzono też wyposażenie jego biura. Jedyny lokalny element to stolik z afrykańskiego drewna, które jednak najpierw zostało wysłane do Chin, by obrobił je tamtejszy stolarz.
Nic dziwnego, że i po drugiej stronie kwitną rasistowskie stereotypy. I przybysze, i tubylcy obrzucają się nawzajem epitetami: "wyglądasz jak małpa", "zachowujesz się jak świnia". Angolczycy są przekonani, że przybysze regularnie zjadają ich psy. Przyczyną zatargów jest i to, że na placach budowy to zwykle Chińczycy są nadzorcami. - Przyjeżdżają tu i na każdym kroku wydają nam rozkazy. A we własnym kraju sami cierpią z powodu złego traktowania - mówi Angolczyk zatrudniony w chińskiej firmie. Inni dodają, że Chińczycy posługują się tylko jednym portugalskim słowem "cavar", które powtarzają w nieskończoność: kopać, kopać.
Napięcia przenoszą się też na kontakty na najwyższym szczeblu. Przedstawiciele Chin twierdzą, że fundusze wyasygnowane przez angolski rząd na budowę linii kolejowej do Lobito "wyparowały w tajemniczych okolicznościach". Strona angolska mówi, że to Chińczycy zawiesili prace z powodu zaminowania terenu, na którym prowadzono roboty. Zachodni dyplomaci w Luandzie spekulują, że przyczyną zatargu są łapówki. Dowodów nie ma, ale środki, którymi dysponuje rząd, są mocno podejrzane, podobnie jak zasady, na jakich prowadzone są interesy z Chińczykami.
Pekin ma jednak wobec Afryki dalekosiężne plany. Zakłada, że obecne inwestycje przyczynią się do budowy dobrych kontaktów w przyszłości. Każda gospodarka, która zaczyna się ożywiać na skutek chińskich inwestycji, staje się też atrakcyjna dla biznesowych rywali Państwa Środka. W Angoli do przetargu na realizację projektów infrastrukturalnych stanęły amerykańskie firmy Bechtel i KBR. Zaangażowanie zwiększają też potentaci naftowi - koncerny ExxonMobil i Chevron. Brazylijska spółka Odebrecht buduje autostradę konkurencyjną wobec chińskiej linii kolejowej do Lobito. Naprawą sieci energetycznych w pobliżu pól naftowych w północnej Angoli zajmują się firmy z RPA, a do realizacji przedsięwzięć budowlanych w Luandzie przymierzają się Portugalczycy. - W tym kraju można realizować projekt wart 10 milionów dolarów i zarobić na tym milion - mówi Zhou Zenhong, menedżer z branży budowlanej. Dla takich pieniędzy wielu ludzi będzie zapewne skłonnych pogodzić się z kłopotami, z jakimi dziś w Afryce borykają się Chińczycy.

Scott Johnson

www.newsweek.pl/wydania/artykul.asp?Artykul=21998

Komentarze (0)
Chiny w roli największej gospodarki świata
 Oceń wpis
   

Przyzwyczailiśmy się już do Chin w roli przyszłej największej gospodarki świata

Brazylijska lekcja dla Chin


Obok mojego biura w Szanghaju znajduje się jeden z najbardziej luksusowych sklepów, jaki w życiu widziałem. Jego angielska nazwa "Plaza 66" niewiele mówi, ale po chińsku brzmi ona "Wiecznie prosperujący".

W środku znaleźć można jedynie najbardziej ekskluzywne marki, a w weekendy trzeba się ustawiać w kolejce, żeby dostać się do lokalnego oddziału Louisa Vuittona. Przypomniałem sobie o "Plaza 66" podczas niedawnej wyprawy do Brazylii, kiedy to zostałem zabrany do "Daslu", najbardziej snobistycznego centrum handlowego kraju. Musieliśmy tam wjechać samochodem – nie można do niego wejść prosto z ulicy – a dalej wpuścił nas odźwierny. W środku można było zobaczyć dokładnie te same marki, co w Szanghaju.

Istnieje jednak jedna wielka różnica pomiędzy oboma miejscami. "Daslu" jest często dyskredytowane jako symbol brazylijskich bolączek, plac zabaw zepsutej elity. Dziennikarze nabijają się z miejscowej klienteli. "Plaza 66" w wielu przypadkach cytowana jest jako symbol sukcesu Szanghaju, magnes dla młodego, bogacącego się pokolenia.

Być może źle rozumiemy znaczenie istnienia "Plazy 66". Podróż powrotna z Sao Paulo do Szanghaju daje prawdziwe poczucie ryzyka, które podejmują Chiny poprzez swój model "rozwoju za wszelką cenę". Niektóre części chińskiego społeczeństwa przywodzą nieodzownie na myśl latynoską sytuację, nie ograniczając się jednak do nowobogackiego zuchwalstwa.

Pod koniec lat 60. i 70., kiedy Brazylia była dyktaturą, a gospodarka rozwijała się w szalonym tempie, polityka socjalna została zepchnięta na dalszy plan. "Niech tort rośnie teraz, podzielimy go potem" – tak brzmiała mantra przywódców. W ciągu ostatnich dwudziestu lat Chiny przyjęły dość podobną postawę.

Jedną z mniej znanych cech chińskiego boomu jest wycofanie się państwa z sektora zdrowotnego i edukacyjnego. Za dyktatury Mao, służba zdrowia była daleka od doskonałości, ale dzisiaj większość Chińczyków nie ma nawet ubezpieczenia zdrowotnego. W obszarach wiejskich nietrudno jest znaleźć rodzinę, doprowadzoną do bankructwa przez wysokie rachunki za usługi lekarskie i leki. Szkoły tracą milion dzieci rocznie, ponieważ ich rodzice nie mogą sobie pozwolić na opłaty za naukę. Biorąc pod uwagę to, że Chiny są często stawiane za przykład sukcesu, a Ameryka Łacińska za porażkę, warto pamiętać, że w ciągu ostatniej dekady, rząd Brazylii wydał dwa razy więcej PKB na zdrowie i edukację niż komunistyczne Chiny.

Co więcej, nierówność społeczna w Chinach coraz szybciej osiąga poziomy znane z Brazylii, mimo spadającego wskaźnika biedy. Wykorzystując wskaźnik Giniego do zmierzenia rozłożenia dochodów, gdzie "zero" oznacza doskonałą równowagę, a "jeden" jej całkowity brak, Brazylia ma wynik 0,53 z tendencją wzrostową, a Chiny 0,47 z tendencją spadkową. (Na marginesie, ten sam wskaźnik w USA wynosi 0,41 a w Indiach – 0,31).

Chińska nierówność nie polega jedynie na różnicy pomiędzy terenami miejskimi i wiejskimi, ale również na różnicach wewnątrz samych miast. Zurbanizowane Chiny mają dwie klasy obywateli: permanentnych rezydentów, którzy mogą liczyć na subsydowane usługi, oraz biednych, migrujących pracowników, którzy często płacą za wszystko sami. Przestępczość nie dorasta do pięt tej znanej z Ameryki Południowej, ale można zauważyć oznaki napięć. Biedota wiejska widzi bogactwo jedynie w telewizji; biedota miejska doświadcza jej istnienia na co dzień.

Ameryka Łacińska ucierpiała z powodu wygodnych umów pomiędzy elitami biznesowymi i politycznymi, ale jaki rodzaj elity powstaje w Chinach? We wczesnych dniach reformy, przedsiębiorcy pochodzili często z dna społecznego – kilku spędziło nawet niegdyś pewien czas w więzieniu. Dzisiaj wielu chwali się na wizytówkach swoją pozycją w Partii Komunistycznej. Chińska lista bogaczy zdominowana jest przez właścicieli nieruchomości, którzy muszą przymilać się do rządu i urzędników, by odnieść sukces.

Czy Chiny stają się więc krajem na podobieństwo Ameryki Łacińskiej? Takie stwierdzenie byłoby zbyt pochopne. Podział społeczny w Ameryce Południowej uległ eskalacji w latach 80., kiedy to gospodarka utonęła w zadłużeniu zagranicznym. Chiny mają rezerwy w wysokości 987 miliardów euro. Nierówności w Ameryce Południowej zakorzenione są w stuleciach kolonializmu i niewolnictwa, a nie tylko dwóch dekadach nierównego rozwoju. Wielu chińskich migrujących pracowników ma swój kawałek ziemi, do którego mogą wrócić, jeśli kariera w mieście się nie powiedzie – nie staną się więc więźniami miejskich slumsów. Co więcej, przywódcy Chin są świadomi tego, że duże nierówności mogą wywołać zamieszki i stworzyć stała podklasę społeczną, rozkazali więc wprowadzić duże podwyżki wydatków w sektorze usług społecznych. Wen Jiabao, chiński premier, obiecał przychodnię w każdym mieście i zero opłat szkolnych dla biedniejszej części społeczeństwa.

Sukces nie jest jednak gwarantowany. Miejscowe władze mogą połknąć zwiększone dotacje, zanim dotrą one do szkół i szpitali. Polityczne i biznesowe elity przeciwstawią się przepisom i planom, które mogą zwolnić ich prywatne tempo rozwoju gospodarczego. Niech tort rośnie teraz, rozdamy go jutro.

Przyzwyczailiśmy się już do Chin w roli przyszłej największej gospodarki świata, ale los projektów Wena pomoże zorientować się, jakie społeczeństwo powstanie na jej fundamentach. Jak widać po przykładzie Ameryki Południowej, szybki rozwój może zostawiać głębokie blizny społeczne.

Autor: Geoff Dyer

Autor jest korespondentem FT w Szanghaju

ft.onet.pl/10,7198,brazylijska_lekcja_dla_chin,...

Komentarze (0)
Chiny bez Polski przeżyją, Polska bez Chin - raczej nie.
 Oceń wpis
   

Chińczyk w Polsce nie umiera

Piotr Głuchowski, Marcin Kowalski
2008-04-15

Nie ma co podskakiwać. Chiny bez Polski przeżyją, Polska bez Chin - raczej nie


Chińscy pracodawcy śpią całymi rodzinami na zapleczu, piorą w toaletach i nie marnują czasu jak ich polscy podwładni. Dlatego wygrają bitwę o handel, która już trwa. W liczącym 1700 mieszkańców Dobrem koło Kruszwicy przez ostatnie 15 lat upadły kolejno: dom towarowy, mleczarnia i zakład odzieżowy Mirella. Został otwarty - w pamiętającym zabory budynku dawnej poczty - tylko jeden interes: Chiński Market.

Kalkulator (bez baterii) kosztuje tu 2 złote, czerwone stringi albo blond peruka - tyle samo. Takich marketów są już setki i co tydzień otwierany jest nowy.

Ye Yong Jia się uśmiecha

Kiedy w Chinach ktoś szuka ludzi do pracy, wiesza kartkę na drzewie (to we wsiach i mieścinach poniżej pół miliona mieszkańców) albo jedzie rano na plac, gdzie chętni do roboty siedzą w kucki i palą papierosy. Pracodawca mówi, ilu potrzebuje i ile płaci za dzień, do południa ludzie stają już przy wtryskarkach albo maszynach do szycia, a wieczorem ci, co się sprawdzili, dostają pierwszą dniówkę. Dlatego Ye Yong Jia i jego brat nie mogli zrozumieć, o co chodzi tym paniom ze Słupska.

- Nie chcecie dostawać pieniędzy co wieczór? - zapytał z niedowierzaniem pan Yong Jia. Zapytał po chińsku, bo wtedy jeszcze polskiego nie znał ani w ząb.

Młoda tłumaczka, Chinka, która już kilka lat tu pracowała na bazarku, przełożyła pytanie, wysłuchała chaotycznych odpowiedzi, a potem powtórzyła panu Yongowi postulaty sześciu pracownic: "Teraz umowa o pracę, pieniądze na koniec miesiąca, w jednym kawałku".

- Ale ja wam mogę zapłacić już dzisiaj - Ye Yong Jia wyjął z kieszeni plik 50-złotówek i uśmiechnął się szerzej niż zwykle.

Znowu harmider. Dziewczyny posprzeczały się chwilę. Jednak kasa to kasa. Stanęło na tym, że na razie dniówka może być, ale nie 30, tylko 40 złotych.

Pan Yong Jia, gdy usłyszał odpowiedź, na chwilę przestał się uśmiechać. Przez dwie minuty rozmawiał o czymś ze swoim bratem. Mówili tak szybko, że nawet tłumaczka nie zrozumiała wszystkiego, ale z tonu obu Chińczyków można było wnioskować, iż ostro się kłócą. Kiedy skończyli - w jednej chwili - przywdziali promienne uśmiechy.

- Pan Yong zgadza się na 35 złotych za dzień. I dwie przerwy na papierosa.

- A na siusiu?

- Na pewno cieba to tłumacić? - spytała tłumaczka (akcentując ostatnie słowo na "-cić?").

Dziewczyny zachichotały: - Nie cieba.

Pan Yong potrząsnął oburącz dłonią każdej z nich, a potem to samo zrobił jego brat. I sześć kobiet zabrało się do rozpakowywania kartonów. Największy chiński market na Pomorzu mógł wreszcie ruszyć z handlem.

Pan Yong mówi "no problem"

Kartony nie były ciężkie. Najwięcej ważyły te z perfumami - Hugo Boos po 20 złotych za 100-mililitrowy flakon i Lacorse - po 24. Swą masę miały także szklane delfiny, bo z wodą w środku, 28 zł za sztukę (w cenie dwie kolorowe rybki pływające wewnątrz delfina).

Orły też dużo ważyły. Wielkości polskiego gołębia w naturze, groźne, bojowe. Cena: 155 złotych - najdroższy towar z półki. Ostry dziób, skrzydła rozpostarte do lotu. Z plastiku, ale ponieważ ma udawać chińską lakę, musi swój ciężar mieć. Więc w środku gips. To wyszło na jaw, kiedy jeden pękł upuszczony. Trzask! Chińczyk podbiegł, Hanka, ta, co ptaka puściła, myślała, że będzie awantura, ale pan Yong tylko się uśmiechnął i mówi: "no problem". Atmosfera się od razu zrobiła lepsza. Przy rozpakowywaniu radiomagnetofonów Sqny i butów Adikas była nawet śmiechu kupa - jacy ci Chińczycy sprytni.

A już prawdziwie rozbawiła dziewczyny drapaczka do pleców, co ma z jednej strony łapkę małą, a z drugiej - gumowy uchwyt u końcówki pogrubiony i na nim ze sześć miniwypustek. Towar podwójnego użytku.

Hanka zaproponowała żartem, by te drapaczki wstawić do sex-shopu na Wojska Polskiego. "Tam taki wynalazek nawet 250 złotych potrafi kosztować" - powiedziała koleżankom. A tu Chińczyk wycenił po 3,50 sztuka. Wszystkie chciały wiedzieć, czy Hania była kiedyś w sex-shopie, że tak dobrze ceny zna. Ale się w końcu nie dowiedziały, bo po niedzieli Hania już do roboty nie wróciła. Nie chciała robić za dniówkę jak w warzywniaku, na czarno. Szkoda, że nie miała cierpliwości, bo po tygodniu pan Yong rozdał wszystkim umowy o pracę i teraz już trzeci miesiąc ekspedientki w Chińskim Markecie zarabiają ponad 900 miesięcznie na rękę, co jak na Słupsk jest niezłą stawką. W Lidlu po sąsiedzku płacą mniej.

Ping-Pongi gorsze jak Żydzi

Ponad 1000-metrowy supersam ulokowany na piętrze dawnego Rolniczego Domu Towarowego ruszyłby na całego jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia, gdyby nie to, że panu Yong i jego bratu tuż przed otwarciem zwalili się na kark kontrolerzy z PIP, urzędu wojewódzkiego, a nawet ze straży granicznej.

Ekspedientki mówią, że urzędników nasłali okoliczni kupcy, którzy wpadli w popłoch. Szczególnie właściciele Wokulskiego z ulicy Kołłątaja się zdenerwowali. Wokulski to centrum handlowe - dawne targowisko. Dziesięć lat temu rozkładane łóżka, dziś aluminiowo--szklane boksy pod wspólnym dachem. Jest parking, jest neon, w Boże Narodzenie wita Mikołaj, na Wielkanoc - zając. Tyle że parasol kosztuje 15 złotych, a w Chińskim Markecie - 5. Chociaż jeden i drugi z Chin.

Skórzane buty z czubami, tak zwane kowbojki: u Wokulskiego od 90 złotych w górę, a u pana Yonga tylko 55, i jeszcze na przodzie eleganckimi ćwiekami nabite. Komplet dresowy w barwach narodowych - odpowiednio 50 zł na Kołłątaja i 28 w markecie braci Ye.

- Pozbijali te ceny, że już nic nie idzie zarobić - na oko 50-letnia pani Jadwiga, która czeka na klientów w jednym z odzieżowych boksów Wokulskiego, co rusz coś poprawia na wieszaku albo przekłada z miejsca na miejsce. Jest południe, rozmawiamy już kwadrans, ale w sklepiku nie pojawił się przez ten czas ani jeden klient. - Ping-Pongi gorsze są jak przed wojną Żydzi!

- Skąd pani wie, jak było przed wojną?

- Mamusia mi opowiadała, bo myśmy do Słupska przyjechały spod Lublina, proszę panów. I mama opowiadała: Żyd wszystko Polakowi wcisnął, nawet stare końskie kopyto na zupę. Jeszcze źle doważył. Ping-Pong taki sam! Przecież jego chińszczyzna się po dwóch razach psuje, wszystko pic na wodę, co oni sprzedają. Co ja mówię, po dwóch razach? Psuje się po jednym! Albo prędzej - sprzedawczyni zamaszystymi ruchami strzepuje niewidoczne pyłki z garsonek po 50 złotych komplet. Produkt wietnamski. W Chińskim Markecie widzieliśmy do złudzenia podobne po 22 zł.

- Ale to są śmieci - przytakuje pani Jadzi koleżanka sprzedająca w sąsiednim boksie odzież dżinsową i sztruksową. Przyszła rozmienić

100 złotych, lecz nic z tego nie będzie, bo Jadwiga też nic jeszcze dzisiaj nie uhandlowała.

Zaglądamy do dżinsów i sztruksów. Połowa pochodzi z Chin, reszta z Wietnamu albo Pakistanu. Kolejny boks - buty - to samo. Chiny, Wietnam.

Wracamy do braci Ye, by zrobić zakupy. Musimy tylko wybrać gotówkę w bankomacie, bo w chińskich sklepach (jak się wkrótce przekonamy - w całej Polsce) nie płaci się kartą.

Ptaszki nadal się całują

Chińczycy nie wystawiają też faktur ani nie udzielają gwarancji na sprzedawane towary.

- Gwarancja to dobrowolne zobowiązanie sprzedawcy - tłumaczy Aneta Styrnik z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta. - To nie znaczy oczywiście, że nie można zareklamować wadliwego produktu. Do tego wystarczy paragon z kasy.

Bracia Ye zapewnili nas, że u nich także paragon wystarczy do ewentualnej wymiany wadliwego towaru na nowy. Zachęceni kupiliśmy metrowy samurajski miecz ze złotą rękojeścią (22 zł), lampę witrażową typu Tiffany za 28 zł (zmienia natężenie światła na dotyk), dziecięcy pistolet maszynowy na kulki za 35 zł (z celownikiem laserowym) i parę podświetlanych całujących się łabądków z barwionego na błękit szkła za 24 zł (pozytywka w podstawce wygrywa motyw miłosny z "Ojca chrzestnego"). Lampa zadziałała w sklepie, ale wieczorem już nie, bo jeszcze w samochodzie sama z siebie odpadła jej żarówka razem z częścią nasadki. Nie dała się nakręcić, bo nie ma gwintu.

Miecz złamał się pod własnym ciężarem, kiedy jeden z nas oparł go o ścianę: poszło spojenie rękojeści i klingi. Pistoletu też nie zdołaliśmy uruchomić: w woreczku z bateriami było trochę rdzy i jakiś szary pył (pewnie dawny elektrolit), do tego magazynek podający kulki nie miał wewnątrz sprężynki.

Pozytywka w łabądkach także już nie gra. Ale ptaszki całują się nadal i to jest pocieszające "Chińska gospodarka stawia teraz na jakość" - głosi raport Instytutu Analiz i Prognoz Gospodarczych zamieszczony na www.bizneschiny.pl .

Penetrujemy kolejne strony poświęcone chińskim produktom. W portalu przeznaczonym dla importerów ( www.wsparcie.biz/serwis) czytamy zapewnienia ministra handlu Chińskiej Republiki Ludowej. Pan Bo Xilai informuje, że choć wśród towarów produkowanych przez jego kraj zdarzają się wciąż buble, to ich procent jest coraz mniejszy i stale malejący.

- Postęp w kwestii jakości jest gigantyczny, a histerię mediów sztucznie wzbudzają nasi konkurenci - oświadcza pan Bo w reakcji na falę krytyki, która spadła na Państwo Środka po tym, gdy kilka tysięcy psów i kotów w USA śmiertelnie zatruło się importowaną karmą, a ze sklepów w Kanadzie usunięto przeszło 200 tysięcy sztuk chińskich opon, materaców i telefonów komórkowych pomalowanych rakotwórczą farbą. Firma Mattel zdjęła z półek w Europie i Ameryce ponad milion, a spółka Fisher Price - półtora miliona lalek, gdy kilka dziewczynek w Stanach i Australii trafiło do szpitali. Chińczyk - szef firmy eksportującej zabawki na rynek amerykański - popełnił samobójstwo.

W Polsce ofiar nie było, może dlatego, że Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zablokował sprzedaż 14 typów zabawek, a sanepid kazał wycofać m.in. nasycone ołowiem i kadmem talerze, "magiczne koraliki" dla dziewczynek, które chiński producent pokrył substancją halucynogenną znaną jako "tabletka gwałtu", oraz telefony komórkowe - zabawki, które groziły dzieciom ogłuchnięciem.

- Nasi ziabawki beźpiećni badzio dobzie - zapewnia pan Yong. Nie ma nic przeciw temu, byśmy sfotografowali się z wielkimi pluszowymi tygrysami po 58 złotych sztuka, możemy nawet przymierzać ubrania. Wybieramy kolejno: płaszcz ze sztucznej skóry za 55 zł; zapinaną na wielkie srebrne guzy obcisłą koszulę z dodatkiem plastiku (28 zł) oraz białe mokasyny w tej samej cenie. Zanim fotoreporter kończy fotografować produkty, obaj jesteśmy spoceni, jakbyśmy się ubrali w stroje pgaz.

- Tydzień temu wzięłam dla męża tych skarpetek po 2 złote komplet - starsza klientka szuka torebki na prezent dla córki. Upierścienioną dłonią wskazuje korytko z dzianiną. - Po jednym dniu z nóg mu zaczęło zalatywać fabryką. Ale za to do podwiązania pomidorów taka skarpeta niezniszczalna...

Zakupoholiczne monstra

- Polacy myślą stereotypem: towar chiński, czyli tani i tandetny, a to nieprawda - mówi Radosław Pyffel z nowosądeckiej Wyższej Szkoły Biznesu, znawca Państwa Środka i autor książki "Chiny w roku olimpiady". - Jeśli importer zamówi tysiąc odbiorników radiowych po 5 złotych, to zlecenie zostanie wykonane. Po dwóch tygodniach radyjka przestaną działać. Ale Chińczycy wyprodukują też radia po 200 złotych za sztukę, w niczym nieodstające od sprzętu najlepszych marek. Sam widziałem w Chinach fabryki, gdzie towary trafiają na odpowiednie regały posegregowane według jakości: na rynek amerykański, osobno na niemiecki i zachodnioeuropejski, dalej rynek Polska - Słowacja - Węgry, później Rumunia - Bułgaria, wreszcie regał Afryka.

Podobnie piszą fachowcy z portalu Wsparcie.biz: "Nie zawsze chińskie oznacza niską jakość (...) kiełbasę w supermarkecie można kupić za 4,99 zł za kilogram, a można kupić za 30 zł - jest między nimi przepaść jakościowa, co ciekawe, więcej zostanie sprzedanej kiełbasy tańszej. Tak samo jest z towarami z Chin. Chiński przemysł tekstylny jest na bardzo wysokim poziomie, może wyprodukować T-shirty za 20 centów albo 10 dolarów za sztukę. Podobnie przemysł elektroniczny...".

- Jeszcze nie są w stanie wyprodukować dobrych samochodów, ale podbicie rynku motoryzacyjnego to tylko kwestia czasu - mówi Pyffel. - Tak samo nieuchronne jest podbicie handlu w Polsce.

Sklepy wyrastają niczym grzyby po deszczu. Rzadziej w wielkich miastach, częściej w średnich i zupełnie malutkich. Znaleźliśmy je m.in. w Nowym Sączu, Tarnowskich Górach, Kwidzynie i Grudziądzu. Najczęściej po dwa-trzy w jednym mieście (w Bydgoszczy - cztery). Według różnych szacunków jest ich w sumie od 300 do 500 - zależy m.in. od tego, czy policzymy również sprzedające towar z chińskiej hurtowni, ale mające polskich właścicieli. Najstarsze markety mają pięć-sześć lat, większość ruszyła w ciągu ostatniego półrocza. Zazwyczaj mieszczą się w nieremontowanych od lat czynszówkach, opuszczonych magazynach albo nieczynnych warsztatach. Nazwy mają bezpretensjonalne - Chiński Market (jak w Dobrem), czasem bardziej szumne - Wielki Chiński Sklep (Włocławek), z rzadka pompatyczne - Chiński Dom Towarowy lub Chińskie Centrum Handlowe (Tarnowskie Góry). Jeśli w ogóle się reklamują - a czynią to rzadko - to zawsze: Niskimi Cenami, Niebiańskimi Cenami, Supercenami, Cenami Jakich Jeszcze Nie Było, Cenami Wszystko Za Cztery Złote.

Market w Bydgoszczy wybrał hasło "Ceny Zawsze Najniższe". Stoi na ul. Dworcowej, tuż obok peronów PKP, w betonowym pawilonie dzielonym z Centrum Odzieży Używanej. Za komuny mieściła się tu kawiarnia muzyczna, potem sklep gospodarstwa domowego. Teraz szary front zdobią od chodnika po zardzewiały daszek różowe i zielone karteluszki: Podwiązki 4 zł, staniki 5 zł; Sztuczne paznokcie od 5 zł, laczki od 4 zł; Portfele 10 zł, apaszki 4 zł; Spodnie od 8 zł, krawaty 10 zł; Bojkotuj Chiny! Święta bez zakupów. Dlaczego?

Tylko ta ostatnia kartka jest przyklejona od zewnątrz, nie od środka. Jedyna czarno-biała, pokryta odręcznymi rysunkami odbitymi na ksero. Anonimowy twórca komiksu odpowiada na tytułowe pytanie:

"Zwyczaj kupowania prezentów pod choinkę przybrał potworne rozmiary. Wielu ludzi zapożycza się na tę okazję u lichwiarzy. Na polskim konsumpcjonizmie świątecznym żerują firmy importujące zabawki i inny sprzęt z krajów o niskich płacach, przede wszystkim z Chińskiej Republiki Ludowej, gdzie na-gminnie łamane są prawa pracownicze i prawa człowieka. W fabrykach ChRL często pracują dzieci i otrzymują ok. 80 groszy za godzinę ciężkiej pracy bez prawa do strajku czy do odpoczynku. Chrystus załamałby się chyba, widząc, że z okazji jego urodzin zamieniamy się w zakupoholiczne monstra [wyróżnienia w tekście zgodne z oryginałem]".

Fotografujemy ulotkę i wchodzimy. W środku sześć polskich ekspedientek - ubranych od stóp do głów w chińską odzież - krąży między piętrzącymi się po sufit kolorowymi towarami. Karabinki sportowe sąsiadują ze złotymi torebkami i sztuczną biżuterią. W dziale prezentów na każdą kieszeń najbardziej kolorowo. Trzy porcelanowe słoniki (solniczka, pieprzniczka i do octu) zadzierają trąby. Czarnooki Chrystus z ustami kobiety spogląda na nas z zegara ściennego. Laleczka w typie Barbie jedzie w pomarańczowym bucie na wysokim obcasie jak w karecie. But ma małe kółka napędzane silniczkiem. Stojąca za kasą słodko uśmiechnięta Lou Li Zhan nie ma nic przeciwko temu, byśmy wypróbowali, czy działa. Baterie - oczywiście chińskie - dostaniemy za darmo.

Bucik, niestety, nie działa. Może drugi ruszy? Też nie chce. Pani Li, nie przestając się uśmiechać, wręcza nam - także gratis - flakonik perfum Jeep! i 20-centymetrową zapalniczkę z wampirem. Jej równie piękna siostra niepostrzeżenie chowa w tym czasie niejeżdżące buciki pod ladę.

Przyjechały z Szanghaju w zeszłym roku, towarzyszył im mąż pani Li. Teraz wszyscy mieszkają w pomieszczeniu gospodarczym na zapleczu sklepu. Kiedy odwiedzimy jeszcze kilka podobnych marketów, przekonamy się, że to norma. Chińscy właściciele sklepów - często zatrudniający po kilkunastu Polaków - sami śpią na kozetkach, jedzą zupki z proszku, a pranie robią przy zlewach w ciasnych toaletach. Za 300 zł (za tyle w Słupsku czy we Włocławku można wynająć najtańsze mieszkanie) mogliby u siebie spędzić rok w hotelu, ale lepiej przeliczyć złotówki na miski ryżu. Po wymianie złotówka - dolar - juan wychodzi na to, że 1 zł to 10 kg ziarna w sklepie na chińskiej prowincji albo obfity obiad w restauracji.

Kto widział grób Chińczyka?

O istnieniu Bydgoszczy pani Li dowiedziała się od koleżanki, której rodzina handluje na tutejszym targowisku już czwarty rok. Owa koleżanka z jednego bydgoskiego straganu utrzymuje w Chinach 13-osobową rodzinę na wsi.

Wiza biznesowa kosztowała 60 euro, ale żeby ją dostać, trzeba było pokazać zaproszenie, które kosztuje kilka razy tyle. Często na zakup dwóch-trzech zaproszeń dla "delegatów" składa się cała bliższa i dalsza rodzina, która potem liczy na wsparcie lub na ściągnięcie do Polski kolejnych krewniaków.

Zaproszenia wystawiają Polacy, właściciele firm (często wyłącznie w tym celu powołanych), oraz Chińczycy prowadzący legalnie zarejestrowane szkoły językowe. Szkoły też bywają lipą. Ich jedyna działalność to zapraszanie całych wiosek - najczęściej tych, z których wywodzą się "dyrektorzy szkół". W 2005 roku legalnie wjechało do Polski 5 tysięcy obywateli Chin Ludowych, w 2007 - dwa razy więcej. Nikt w MSZ i MSWiA nie powie pod nazwiskiem, ilu Chińczyków wjechało na dziko, anonimowo urzędnicy szacują tę rzeszę na kilkadziesiąt tysięcy. Sposobów jest kilka.

- Widzieliście w Polsce grób Chińczyka? - pyta pan z departamentu Azji i Pacyfiku MSZ.

- Nie widzieliśmy.

- Bo oni w Polsce nie umierają.

Kiedy umrze Chińczyk, jego paszport z wizą wędruje do Chin, a potem przylatuje z nim kolejny rodak. W miarę podobny. Co się dzieje z ciałem denata - to temat anegdot w departamencie azjatyckim. Niestety - nie do zacytowania.

Inny sposób na wjazd to ten sam manewr bez oczekiwania na śmierć właściciela paszportu.

Kolejny: wjechać do Polski przez jakikolwiek kraj Unii Europejskiej, w którym łatwiej o wizę. - Paradoksalnie takim krajem do niedawna były dla Chińczyków Niemcy - mówi Pyffel.

Następna metoda: zielona granica (najczęściej polsko-ukraińska).

Bydgoszczy Tybet nie obchodzi

Po przylocie do Polski obywatel Chin powinien wystarać się o zezwolenie na pracę, numer REGON i NIP oraz kilka innych papierów. Albo - co jest prostsze, lecz bardziej kosztowne - zapłacić Polakowi za prowadzenie działalności w jego imieniu - oficjalnie w charakterze pracownika najemnego. Wszystkie trudy warto ponieść, bo biznes kręci się rewelacyjnie. Chińskie Centrum Handlowe z Bydgoszczy nie reklamuje się w żadnej gazecie, ale sklep jest pełny od rana do wieczora. Nic dziwnego: za 4,50 zł można kupić buty sportowe, za 25 - przebrać dziecko w intensywnie zielony strój misia. Ekspedientka Marzena zwraca nam uwagę na atrakcyjne ceny damskich spódnic. - Te po 8 złotych są już naprawdę ekstra!

- Faktycznie ładne, tylko jakieś cienkie.

- Sztuczny jedwab, tak ma być! Kupcie, żony się ucieszą... - Marzena pracowała kiedyś w spożywczym i nie wspomina tego najlepiej. - U Chińczyka większa kultura. Zawsze z uśmiechem, proszę-dziękuję i pieniądze na czas.

- Płacą wam dniówkami?

- Skąd?! Jest umowa o pracę, premia, urlop, wszystko. Lepiej niż u Polaka.

- Widziała pani ten plakat? - na wyświetlaczu aparatu pokazujemy ekspedientce sfotografowany komiks-ulotkę.

- Nie zwróciłam uwagi... No patrz! Człowiek codziennie przechodzi... Dawno to wisi?

- Pewnie od Bożego Narodzenia. Tu Mikołaj jest narysowany z chińską flagą w ręku.

- My nie mamy tutaj nic wspólnego z polityką.

- Nikt z klientów nie psioczy? Że to przez dzieci robione albo przez więźniów, że Tybet...

- Kogo w Bydgoszczy Tybet obchodzi?!

Rzeczywiście, pod koniec lutego młodzieżówka PO zorganizowała na bydgoskim rynku demonstrację solidarności z Tybetańczykami. Przyszło dwóch senatorów i poseł Platformy, zjechało pół tuzina dziennikarzy i operator kamery z TVN. Z mieszkańców nie przybył nikt.

Polacy nie robią nawet bojkotu

Nie udał się też bojkot na Śląsku zainicjowany w portalu Gazeta.pl. Akcję rozpoczął forumowicz, który wziął na cel Chińskie Centrum Handlowe w Tarnowskich Górach przy ulicy Żwirki i Wigury w przedwojennym budynku teatru, a potem kina Europa. "W obliczu ostatnich wydarzeń politycznych i wypowiedzi chińskich władz dot. sprawy Tybetu oraz w związku z olimpiadą proponuję zbojkotowanie tego składu tandety" - napisał "hellyspring".

Włączył się autor tarnowskiegory.blox.pl: Czy tylko taka będzie przyszłość, że tam, gdzie kiedyś była scena, dziś mamy rzędy wieszaków i labirynt z metkami » made in China «? Nie można było zagospodarować inaczej budynku, gdzie w 1850 roku burmistrz Antoni Klauza założył pierwszy teatr na Górnym Śląsku?”.

Forumowicz o nicku "23" zaproponował: "Bojkot jednego sklepu to zbyt mało. Należy bojkotować jakiekolwiek chińskie wyroby!".

Ale "Edmund" zauważył chłodno: "Wasz protest niczego nie zmieni. Światem rządzi kasiora. Chinom nikt nie podskoczy, a Polska nie ma nic do gadania. Chiny bez Polski przeżyją, Polska bez Chin - raczej nie".

A "reck7" zapytał zaczepnie: "Dlaczego w ogóle coś chińskiego bojkotować? Rząd Chin na pewno ma podstawy do tego, co robi w Tybecie. Może by tak zajrzeć w swój garnek? U nas też duchowieństwo się wpie... w politykę, a nie powinno".

Kolejny internauta zawtórował: "Dobrze zrobili, że spałowali tych mnichów. Czy ktoś słyszał, by do zakonów wchodziła milicja chińska i biła? Nie. Jak mnich modli się, to mu nikt nie przeszkadza, ale jak wychodzi na ulicę i urządza polityczną demonstrację, to właśnie pokazali mu miejsce i prawidłowo".

Ktoś inny zaproponował: "Sprawdźcie swoje NOKIE! Jeśli są made in China, w ramach protestu natychmiast je zniszczcie. Używajmy tylko wyrobów z Tybetu!!!".

I tak się skończył bojkot w Tarnowskich Górach.

A Chińskie Centrum Handlowe na Żwirki i Wigury ma się świetnie. Żaden z dwóch sprzedających tam Chińczyków nie słyszał o bojkocie. Słowa "Tybet" nie znają, choć zgodnie z sugestią Radosława Pyffla używamy chińskiej nazwy prowincji: Xi Zang.

- To możliwe, by nic nie wiedzieli? - pytamy naukowca.

- Oczywiście. I to nie z powodu cenzury. Tam ludzie pracujący po kilkanaście godzin dziennie w handlu czy fabryce nie mają pojęcia o polityce ani nawet o olimpiadzie. Szkoda im na to czasu. Nie rozumieją, jak Polak może w ciągu dnia siedzieć i pić kawę. Mają nas za leniuchów. Zdarza mi się słyszeć, kiedy tak to oceniają między sobą - nie podejrzewają, że znam chiński.

Studentki słabo się łapią

W Wielkim Chińskim Sklepie na rogu Piekarskiej i Brzeskiej w centrum Włocławka nikt czasu nie marnuje. Ani smagłolica Ning Ning Je, ani jej ubrani w dżins rodzice nie przerywają rozkładania na półkach towarów i nabijania na kasę kolejnych transakcji, gdy pytamy grzecznie: - Co państwo sądzą o okupacji Xi Zang (wymawiamy: Szizang)?

- My nie Szizang. My psijechali Siang-hai - odpowiedź jest równie uprzejma i okraszona uśmiechami.

- Ale słyszeliście o biciu ludzi? Ofiary? Milicja? - odgrywamy scenę pałowania ku uciesze klientów krążących między regałami w 300-metrowej świeżo wyremontowanej hali.

Państwo Ning sztywno się kłaniają, uśmiechają i obdarowują nas zapalniczkami. Na każdej trójwymiarowa naga nalepka.

- Słyszeliście o Dalajlamie? Da-laj-la-ma! - sylabizujemy głośno.

Pani Je daje nam jeszcze po grzebieniu z perłową rączką (cena - 1 zł).

- Pokazie pana ciałen sklep - proponuje i odprowadza nas do wyjścia, trzepocząc długimi rzęsami. W drzwiach dostajemy jeszcze błękitne ulotki z czerwonym smokiem i hasłem "Super Towar!!! Tak tanio jeszcze nie było!!!". Z tekstu wynika, że sklep będzie otwarty dopiero jutro. Mimo to - choć zbliża się 18 i ulice pustoszeją - do środka co rusz wchodzą klienci, głównie kobiety.

- To Włocławek, tu nowy sklep jest sensacją - mówią dwie intensywnie umalowane studentki miejscowej uczelni. - Jak McDonalda otwierali, to kolejka po pierwszego cheeseburgera stała od trzeciej w nocy, chi, chi, chi.

- Przyszłyście coś kupić czy pooglądać?

- Na razie oblukamy, potem zobaczymy, podobno są ładne okulary ciemne.

- A co z biciem mnichów?

- Z Tajwanu?

- Nie... z Tybetu.

- My się słabo w chińskich sprawach łapiemy, bo studiujemy europeistykę obie.

Źródło: Duży Format

www.gazetawyborcza.pl/1,75480,5112383.html

Komentarze (9)
Azjatycka ekspansja. Zachód traci przywództwo w świecie
 Oceń wpis
   

Azjatycka ekspansja

DIAGNOZA

sobota 26 kwiecień 2008

Zachód traci przywództwo w świecie

Wschód i mądrość Zachodu

Zachodnie społeczeństwa przyzwyczaiły się, że to one dyktują światu warunki. Narzucają technologiczne rozwiązania, ekonomiczne recepty i intelektualne mody. Trudno im pogodzić się z tym, że Chiny czy Indie przebojem wchodzą do światowej pierwszej ligi. I same niedługo mogą zacząć przewodzić światu. Szybkość indyjskiego i chińskiego wzrostu gospodarczego, uzależnienie Ameryki od chińskich rynków finansowych obsługujących jej gigantyczne zadłużenie - wszystko to sprawia, że zachodnia dominacja staje się coraz bardziej iluzoryczna. Czyżby więc Azja miała już wkrótce przejąć światowe przywództwo? Na pewno jest na najlepszej drodze - twierdzi Kishore Mahbubani w książce "The New Asian Hemisphere" (Nowa azjatycka półkula), wyd. Perseus Books Group 2008, której fragment dziś publikujemy. Skąd ten sukces po wielu latach zastoju? Azjatyckie społeczeństwa odkryły wreszcie sekret zachodnich sukcesów. Zdały sobie sprawę, że tylko połączenie wolnorynkowej gospodarki, rządów prawa, technologicznego postępu i masowej edukacji może zapewnić sukces na zachodnią modłę. Naśladowanie Zachodu może się opłacać. Najwcześniej (bo już w drugiej połowie XIX wieku) zrozumiała to Japonia - i dziś znajduje się w czołówce nowoczesnych państw. Ale Indie i Chiny depczą jej po piętach. Wiele wskazuje na to, że wschodni uczeń może wkrótce przewyższyć zachodniego mistrza...

Kishore Mahbubani

historyk, politolog

W I wieku naszej ery Azja wytwarzała 76,3 procent światowego PKB, a Europa Zachodnia zaledwie 10,8 procent. Tysiąc lat później osiągi te były podobne i wynosiły odpowiednio 70,3 i 8,7 procent. Układ sił zaczął się zmieniać na skutek rewolucji przemysłowej. Do 1820 roku udział Europy Zachodniej wzrósł do 23,6, Azji zaś zmalał do 59,2 procent. Z grubsza w tym samym okresie powstały zaliczane do cywilizacji zachodniej gospodarki Stanów Zjednoczonych, Kanady, Australii i Nowej Zelandii. W 1820 roku przypadało na nie tylko 1,9 procent globalnego PKB, ale w 1998 roku już 20,6 procent wobec 37,2 procent dla Azji. Innymi słowy awans Zachodu nastąpił bardzo szybko, w ciągu ostatnich dwóch stuleci. Przez większą część udokumentowanych dziejów ludzkości Azja, najludniejszy kontynent świata, miała zarazem największą gospodarkę. W świetle tych faktów nie powinna nas zaskakiwać następująca prognoza banku Goldman Sachs: w 2050 roku w pierwszej czwórce największych gospodarek świata znajdą się - obok Stanów Zjednoczonych - trzy państwa azjatyckie, a mianowicie Chiny, Indie i Japonia.

Paradoksalnie jednak, mimo że świat powraca pod tym względem do historycznej normy, sukces społeczeństw azjatyckich nie wynika z ponownego odkrycia jakichś zapomnianych atutów azjatyckich cywilizacji. Ich sukces wynika z tego, że w efekcie bardzo powolnego i bolesnego procesu nareszcie odkryły filary zachodniej mądrości, na których wspiera się rozwój tej cywilizacji i które pozwoliły Zachodowi wyprzedzić Azję w ciągu minionych dwóch stuleci. Zdziwienia nie powinno budzić to, że Chiny, Indie i wiele innych społeczeństw azjatyckich tak szybko się rozwijają, ale to, że odkrycie filarów nastąpiło tak późno. Japonia uciekła reszcie Azji, bo zrozumiała tajemnicę sukcesu Zachodu prawie 150 lat wcześniej. [...]

Gospodarka wolnorynkowa

Chiny stanowią najlepsze żywe laboratorium, w którym można badać efektywność gospodarki wolnorynkowej. W drugiej połowie XX wieku państwo to konsekwentnie wdrożyło oba najważniejsze modele rozwoju gospodarczego: centralne planowanie i gospodarkę wolnorynkową. [...]

W roku 1949 Mao Zedong wprowadził w Chinach model sowiecki. W roku 1958 doszedł do wniosku, że Chińską Republikę Ludową stać na jeszcze więcej i ogłosił politykę wielkiego skoku. Eksperyment ten zakończył się klęską. Z danych statystycznych wynika, że w latach 1959 i 1960 produkcja rolna zmalała odpowiednio o 14 i 13 procent, a rok później osiągnęła najniższy poziom od 1952 roku.

Paradoks polega na tym, że Chiny miały swój wielki skok, ale dopiero po rezygnacji z maoistowskich zasad centralnego planowania. Wiele się mówi o spektakularnym rozwoju chińskiej gospodarki po wprowadzeniu wolnego rynku, ale tylko nieliczni zdają sobie sprawę ze skali tego zjawiska. Najlepiej zilustruje to porównanie Singapuru i Szenczen. Singapur, jeden z legendarnych azjatyckich tygrysów, w latach 1965 - 1995 rozwijał się w średnim tempie 8,6 procent, a w liczbach bezwzględnych jego PKB wzrósł z jednego do 86 miliardów dolarów.

W 1979 roku, kiedy Deng Xiaoping zapoczątkował reformy, Szenczen było małym, cichym miasteczkiem rybackim. Rok później powstała tam specjalna strefa ekonomiczna. W latach 1980 - 2005 liczba ludności wzrosła z 30 tysięcy do 11 milionów, a gospodarka wzrastała w tempie 28 procent rocznie - PKB wzrósł z 32,5 miliona dolarów do 42 miliardów dolarów. Eksport osiągnął w 2005 roku 101,5 miliarda dolarów - 13 procent całości eksportu chińskiego. Szenczen jest dzisiaj czwartym pod względem przeładunków portem kontenerowym na świecie i ma czwarte największe lotnisko w Chinach. Gospodarka Szenczen powiększyła się 1260 razy, czyli znacznie więcej, niż należący pod tym względem do światowej czołówki Singapur w o kilka lat dłuższym okresie. [...]

Statystyki te nie oddają jednak skali zmian w ludzkiej mentalności, które towarzyszą tak błyskawicznemu wzrostowi gospodarczemu. Marks miał absolutną rację, kiedy mówił, że wiejskie życie jest ogłupiające. Ludzie skazani na mozolne uprawianie rok w rok tego samego kawałka ziemi nie rozwijają się duchowo, a taki był los Chińczyków od tysiącleci. W najlepszym razie mogli liczyć na pokój i stabilizację pozwalającą im bez zakłóceń orać ziemię. Stanem, którego najbardziej boją się Chińczycy, jest bing huang ma luan, czyli zawierucha i chaos wojny. Większość Chińczyków nawet nie marzyła o tym, że kiedyś będzie bogata - taka perspektywa nie istniała.

To, co się stało pod koniec XX wieku, graniczyło więc z cudem. Domostwa przyzwyczajone do kilkuset dolarów rocznego dochodu zaczęły zarabiać kilka tysięcy, kiedy młodzi ludzie przenieśli się z pól do fabryk butów Nike. To wyjaśnia, dlaczego w Chinach nie ma ruchu antyglobalizacyjnego. Fabryki Nike, które antyglobaliści potępili podczas spotkania WHO w Seattle w 1999 roku, dla młodych chińskich pracowników były wyzwoleniem. Po raz pierwszy w dziejach Państwa Środka mieszkańcy chińskiej wsi otrzymali możliwość uwolnienia się z kieratu pracy na roli. Nie ma nic bardziej wyzwalającego niż świadomość, że nareszcie jest jakaś nadzieja na lepsze życie. [...]

Ale największą korzyścią z wprowadzenia gospodarki wolnorynkowej jest zmniejszenie zasięgu biedy, z której wyszły miliony Azjatów. W latach 1981 - 2001 liczba ludzi żyjących w nędzy w samych Chinach spadła o 400 milionów. W 2006 roku w Azji mieszkała połowa najbiedniejszych 10 procent ludności świata, a w 2030 roku będzie to już tylko jedna piąta, natomiast w Afryce odsetek ten wzrośnie z jednej trzeciej do dwóch trzecich. [...]

Skoro zastosowanie zasad Adama Smitha tak niebywale poprawiło osiągi gospodarcze azjatyckich społeczeństw, przyszli historycy z pewnością postawią pytanie, dlaczego tak długo z tym zwlekano. Są to skomplikowane zagadnienia, ale w wypadku społeczeństw Azji być może istnieje prosta odpowiedź. W większości azjatyckich kultur obowiązuje hierarchiczny obraz rzeczywistości ludzkiej. Wszelki postęp jest efektem decyzji mądrych władców, którzy pragną dobra swoich poddanych. Uważał tak między innymi Mao Zedong.

Z upływem czasu zapewne się przekonamy, że zasady Smitha wywarły rewolucyjny wpływ na azjatycką mentalność. Za podstawowy motor wzrostu gospodarczego Smith uważał prawo każdej jednostki do sprzedawania swojej pracy albo inwestowania swojego kapitału. A zatem postęp jest efektem oddolnych, nie zaś odgórnych decyzji. Gospodarka wolnorynkowa z czasem podważy hierarchiczny światopogląd Azjatów.

Merytokracja

Zasada merytokracji jest prosta: każda jednostka w społeczeństwie jest potencjalnym zasobem, wszyscy powinni mieć możliwość rozwoju i jak najlepszego wykorzystania swoich uzdolnień dla dobra społeczeństwa. Żaden talent nie powinien być marnowany. Rygorystyczne stosowanie zasady merytokracji jest jedyną drogą do sukcesu dla dowolnej organizacji.

Społeczeństwa azjatyckie od wieków unikały merytokracji. Feudalna mentalność, która stopniowo zanikła w Europie po rewolucji przemysłowej, w Azji utrzymała się znacznie dłużej ze zgubnymi konsekwencjami. W Indiach dziecko z kasty niedotykalnych nie miało szans na uzyskanie wykształcenia i odgrywanie czołowej roli w społeczeństwie. W rezultacie miliony sprawnych mózgów nie pracowały dla kraju. [...]

W tym miejscu pojawia się pytanie, jak społeczeństwo patrzy na swoich biednych: traktuje ich jak obciążenie czy jak potencjalnie cenny zasób, który trzeba uruchomić? Przestawienie się na tę drugą filozofię tłumaczy, dlaczego Indie tak znakomicie się rozwijają. Każdego roku wprowadzają do gospodarki światowej więcej utalentowanych ludzi niż jakikolwiek inny kraj, z możliwym wyjątkiem Chin. [...]

Chiny zaczęły wykorzystywać zasoby ludzkie z niższych warstw społecznych na długo przed Indiami. Katastrofalna w skutkach rewolucja maoistyczna przyniosła jedną niewątpliwą korzyść: zniszczyła feudalną mentalność, która jeszcze w XX wieku była wielką zmorą Chin. Mao rozniecił w chińskich chłopach ogromną dumę i poczucie, że są równoprawnymi obywatelami. Dzięki niemu przestali się uważać za gorszych z urodzenia. Kiedy Deng wprowadził zasady wolnorynkowe, gospodarka Chin między innymi dlatego tak szybko ruszyła z miejsca, że rewolucja społeczna rozpętana przez Mao zburzyła bariery klasowe zagradzające drogę do ekonomicznego sukcesu.

Zasada merytokracji jest wynalazkiem zasadniczo zachodnim, ale w dziedzinie zarządzania krajem Chiny stosują ją bardziej rygorystycznie niż większość dzisiejszych społeczeństw zachodnich. Państwo Środka wyciągnęło wiele wniosków z upadku Związku Radzieckiego. Jeden z nich mówił, że byłoby fatalnym błędem obsadzać najwyższe stanowiska partyjne wiekowymi funkcjonariuszami i pozwalać im piastować swoje funkcje aż do śmierci. Starcy na urzędach staliby się przeszkodą na drodze do zmian. W 1965 roku Leonid Breżniew rzucił hasło: "Zaufanie do kadr", chcąc zyskać sobie poparcie aparatczyków znużonych nieustannymi reorganizacjami inicjowanymi przez Chruszczowa. W rezultacie średni wiek członków politbiura wzrósł z 55 lat w 1966 roku do 70 lat w 1982 roku. Na XXVI Zjeździe KPZR do tego 14-osobowego grona nie dopuszczono ani jednej nowej twarzy, chociaż większość członków politbiura stanowili ciężko schorowani ludzie po siedemdziesiątce.

Tymczasem KPCh na każdym zjeździe konsekwentnie obniża wiek swego kierownictwa. [...] Średni wiek członków Komitetu Centralnego spadł z 62 lat w 1982 roku do 55,4 lat w 2002. Lepiej wygląda również sprawa wykształcenia: 98,6 procent składu Komitetu Centralnego skończyło studia w porównaniu do 55 procent przed XII Zjazdem.

Jednym słowem KPCh stosuje zasadę merytokracji równie konsekwentnie jak Harvard czy McKinsey. Skutki tej determinacji są widoczne. Amerykański sektor prywatny jest bardziej dynamiczny niż chiński z przyczyn historycznych i z racji swojej merytokratyczności. W wypadku sektora publicznego porównanie wypada jednak na korzyść Chin z powodu wspomnianej determinacji.

Pragmatyzm

Pierwszym krajem azjatyckim, który się zmodernizował, była Japonia. Reformatorzy ery Meiji z wyjątkowym powodzeniem wdrożyli najlepsze zachodnie praktyki i Japonia szybko dołączyła do grona największych mocarstw. W 1895 roku pokonała na polu bitwy Chiny, a zaledwie dziesięć lat później Rosję, co było pierwszym od stuleci zwycięstwem państwa azjatyckiego nad europejskim.

Dlaczego Japończykom udało się skutecznie zastosować najlepsze zachodnie praktyki? Ponieważ byli pragmatyczni. Do zadania modernizacyjnego podeszli bez żadnych uprzedzeń ideologicznych. Byli gotowi czerpać najlepsze wzorce z dowolnego kraju i eklektycznie łączyć je ze sobą. System szkolnictwa oparto na scentralizowanym modelu francuskim, ale konstrukcję programu nauczania wzięto od Amerykanów. W służbie cywilnej wprowadzono niemiecki system egzaminów. Dogłębnie badano zachodnie sądownictwo i prawo konstytucyjne. Reformatorzy podpatrzyli również zachodnie techniki agrarne, co zaowocowało ogromnymi postępami japońskiego rolnictwa.

Sam duch pragmatyzmu także został zapożyczony od Zachodu, który po średniowieczu dokonał wielkiego skoku, zrzucając teologiczne pęta i przyjmując nowoczesną, liberalną, świecką i otwartą na wszelkie nowości perspektywę. Japonia przyswoiła sobie tę mentalność.

Największym pragmatykiem w dziejach Azji przypuszczalnie jest Deng Xiaoping, zresztą autor słów, które można uznać za definicję pragmatyzmu: "Nieważne, czy kot jest czarny, czy biały, byle łapał myszy". Deng posłużył się tą formułą dla uzasadnienia decyzji o odejściu od komunistycznej ortodoksji.

Ogromne zasługi Denga są dzisiaj powszechnie uznawane, ale warto przypomnieć, przed jakimi stał wyzwaniami, kiedy został zrehabilitowany i w lipcu 1977 roku, objął funkcję pierwszego sekretarza partii. Musiał się zmagać nie tylko z katastrofalnymi konsekwencjami rewolucji kulturalnej, ale również z wyjątkowo niekorzystną sytuacją geopolityczną. Rok później Wietnam najechał Kambodżę, podpisawszy najpierw z ZSRR traktat zapewniający pomoc wojskową Sowietów w przypadku działań odwetowych Chin. W styczniu 1979 roku Deng pojechał do Waszyngtonu, aby wyjaśnić prezydentowi Carterowi, jak Chiny zareagują na inwazję wietnamską. Obecny na spotkaniu Zbigniew Brzeziński, doradca Cartera do spraw bezpieczeństwa narodowego, opisał postawę Denga jako "najbardziej imponującą demonstrację bezwzględnej polityki siły, z jaką miał do czynienia w ciągu czterech lat spędzonych w Białym Domu". Podczas tej wizyty Deng podjął odważną decyzję: społeczeństwo chińskie oficjalnie dowie się, że Amerykanie są wyjątkowo zamożnym narodem. Wiązało się to z olbrzymim ryzykiem politycznym, obnażało bowiem kłamliwość tez komunistycznej propagandy głoszącej, że Amerykanie są narodem biednym i uciemiężonym. Zagrywka Denga wyzwoliła jednak w Chińczykach gigantyczną energię.

Kultura pokoju

Najdonośniejszy dźwięk, jaki dochodzi z Azji Wschodniej, do tej pory nie został usłyszany przez świat: to milczenie armat. A przecież nie jest ono zjawiskiem historycznie normalnym.

Powszechnie sądzono, że wzrost potęgi wielu państw azjatyckich, który nastąpił w ciągu ostatnich dwóch dziesięcioleci, zaowocuje rywalizacją i konfliktami. Tymczasem w Azji Wschodniej od ponad dwóch dekad panuje pokój. Nie zmienił tego nawet azjatycki kryzys finansowy z lat 1997 - 1998, który mógł stać się zarzewiem konfliktów w regionie. Rozmiary tego kryzysu trudno przecenić. W kilku gospodarkach azjatyckich doszło do implozji. W 1998 roku PKB Indonezji spadł o 15 procent, dzieci umierały z niedożywienia, a odsetek ludzi biednych wystrzelił do co najmniej 40 procent. W Korei Południowej bezrobocie wzrosło w 1998 roku z 2,6 do 8 procent i nadal szybowało do góry. [...]

Historia uczy, że połączenie poważnego kryzysu gospodarczego z kipiącym kotłem resentymentów z reguły jest zabójcze. Skoro Azja Wschodnia rzekomo stała na krawędzi konfliktu, kryzys finansowy powinien zepchnąć ją w przepaść wojen. W rzeczywistości nastąpiło coś przeciwnego: pokój umocnił się i pogłębił. Dlaczego?

Odpowiedzi na pytania o przyczyny wojny i pokoju są złożone, ale możemy wyróżnić kilka niewątpliwych czynników. Po pierwsze mieszkańcy Azji Wschodniej przyswoili sobie zachodnią kulturę pokoju, która zapanowała w stosunkach między państwami Zachodu po zakończeniu drugiej wojny światowej. Po stuleciach konfliktów osiągnięcie to musi budzić najwyższy podziw: nie tylko żadnych wojen, ale także żadnych widoków na wojnę między jakimikolwiek dwoma państwami. Świat uważa ten stan za coś oczywistego, rzadko przypominając, że jest to jedno z najbardziej imponujących osiągnięć w dziejach ludzkości. Gdyby reszta świata wzięła w tym względzie przykład z Zachodu, kula ziemska byłaby znacznie szczęśliwszym miejscem. Jest rzeczą co najmniej dziwną, że Zachód głosi światu zalety demokracji, praw człowieka i gospodarki wolnorynkowej, rzadko natomiast chwali się tym, że osiągnął pokój.

Ten sukces najczęściej tłumaczy się w ten sposób, że państwa zachodnie najpierw przetestowały wszystkie inne rozwiązania, łącznie z gigantycznymi rzeziami, jakimi były wojny światowe. Poza tym po wynalezieniu broni jądrowej wojna między posiadającymi ją państwami stała się mało atrakcyjną opcją.

To negatywne wyjaśnienie zawiera w sobie ziarno prawdy, ale pomija istotny wymiar nowoczesności. Wzrost znaczenia wykształconej i zamożnej klasy średniej w większości krajów zachodnich zmienił podstawowe pojęcia o tym, do czego powinno aspirować społeczeństwo. W XIX wieku za niepodważalny - przynajmniej w Europie - uchodził pogląd, że celem państwa powinno być zwiększanie własnej potęgi, kolonizowanie innych krajów i maksymalizowanie sfer wpływów. W XX wieku - o czym świadczy postępowanie Niemiec i Japonii po drugiej wojnie światowej - za wyznacznik potęgi państwa uznano rozmiary gospodarki. Dziewiętnastowieczna rywalizacja o wpływy polityczne i kontrolę terytorialną była grą o sumie zerowej. Rywalizacja gospodarcza w drugiej połowie XX stulecia była już grą o sumie dodatniej. [...] Najważniejszą wzrastającą potęgą w Azji i na całym świecie są Chiny. Wielu zachodnich strategów rozwodzi się nad zagrożeniem ze strony Chin jako rosnącego w siłę militarnego smoka. Nie można wykluczyć takiego zagrożenia, ale teraz możemy już z całą pewnością powiedzieć, że nie taka jest wizja chińskiego kierownictwa i chińskiej inteligencji. Koncepcję chińskich elit najlepiej oddają słowa Zhenga Bijiana, jednego z czołowych chińskich myślicieli, a jednocześnie zaufanego doradcy Hu Jintao, który oświadczył kategorycznie, że Chiny wierzą w pokojowy rozwój.

Pojęcie pokojowego rozwoju odzwierciedla starannie przemyślany chiński konsensus. Przywódcy Państwa Środka wiedzą, ile razy ich kraj podejmował bezskuteczne próby modernizacji. Obecna perspektywa dołączenia do krajów rozwiniętych jest największą szansą, jaką miały Chiny. Zmarnowanie tej okazji na skutek zaangażowania się w jakiś konflikt byłoby skrajną głupotą. Chiny wyciągnęły wnioski z pozytywnego przykładu Zachodu i negatywnego przykładu Związku Radzieckiego, który upadł z kilku powodów, między innymi z powodu nadmiernego skupienia uwagi na rozwoju militarnym zamiast na gospodarce. Chiny wybrały odwrotne rozwiązanie.

Inny ważny wniosek z lekcji sowieckiej był taki, że budowa potężnego arsenału atomowego zmniejsza, a nie zwiększa bezpieczeństwo. Ze wszystkich pięciu legalnych mocarstw nuklearnych Chiny utrzymują najniższy poziom gotowości operacyjnej swojej broni jądrowej. [...]

Praworządność

Zachodnia koncepcja praworządności, zgodnie z którą wszyscy obywatele są równi wobec prawa i podlegają tym samym przepisom, nie przystaje do azjatyckiej mentalności. Większość Azjatów wszystkich epok uważała, że klasy rządzące, zwłaszcza członkowie rodzin królewskich i arystokracja, stoją ponad prawem. Dla klas rządzących jedyną funkcją prawa było dyscyplinowanie poddanych.

W tradycyjnej chińskiej jurysprudencji prawo było jedynie narzędziem rządzenia. Cesarz (albo pierwszy sekretarz) sam stał ponad prawem, którym był zresztą każdy jego dekret czy życzenie. W socjalistyczną chińską koncepcję prawa wbudowane jest pojęcie linghouxing, czyli elastyczności, która pozwala państwu, a dokładniej jego najwyższemu przywódcy, interpretować prawo zgodnie z własnym interesem albo z interesem swojej partii.

Dziś Azjaci przyswajają sobie zasadę praworządności nie z przyczyn etycznych, lecz przede wszystkim funkcjonalnych. Dobrym przykładem tego rozróżnienia jest kodeks drogowy: stajemy na czerwonym świetle nie dlatego, że tak jest moralnie, lecz dlatego, że tak jest bezpieczniej. Poza tym sygnalizacja świetlna jest częścią systemu, który usprawnia ruch drogowy. Większość Azjatów już rozumie, że przestrzeganie prawa powinno być równie naturalne jak przestrzeganie przepisów drogowych. Gdyby tego nie rozumieli, nie zbudowaliby nowoczesnej gospodarki, która wymaga ram prawnych pozwalających zawierać umowy z przekonaniem, że zostaną one wyegzekwowane. Doskonale widać to na przykładzie Chin. Tworząc system prawny w dużej mierze oparty na koncepcjach zachodnich, władze Państwa Środka mają na względzie przede wszystkim wymogi gospodarki. Kiedy Chiny porzuciły centralne planowanie na rzecz wolnego rynku, prawo jako regulator działalności ekonomicznej stało się niezbędne. Rząd centralny zmuszony był przekazać swoje prerogatywy w dziedzinie finansowej, fiskalnej, własnościowej czy materiałowej samorządom lokalnym i prywatnym osobom. Potrzeba przyciągnięcia zagranicznych inwestycji i zdobycia zaufania inwestorów zmotywowała Chiny do budowy bezstronnego i spójnego systemu prawnego. Państwo za wielkim murem musiało również dostosować się do norm międzynarodowych, na przykład po to, by móc przystąpić do Światowej Organizacji Handlu.

Biorąc pod uwagę długą historię prawną Chin, postępy we wdrażaniu zachodnich zasad praworządności, które osiągnięto po uchwaleniu w 1982 roku nowej konstytucji, budzą podziw, zwłaszcza jeśli chodzi o przepisy ograniczające możliwości nadużywania władzy. W 1991 roku Rada Państwa opublikowała dokument, w którym państwo chińskie po raz pierwszy oficjalnie posłużyło się pojęciem praw człowieka. W 9429 ustawach uchwalonych w okresie 1991 - 1997 władze chińskie zwracały szczególną uwagę na prawa obywateli. [...] Wyjątkowe znaczenie miała ustawa z 1991 roku umożliwiająca obywatelom zaskarżanie decyzji administracyjnych. Na początku lat 90. liczba procesów wytaczanych państwu na gruncie tej ustawy wynosiła około 27 tysięcy rocznie i znaczny ich odsetek kończył się zwycięstwem powoda. Szybki rozwój gospodarczy Chin tworzy presję na dalsze zmiany systemu prawnego. Kształtująca się wielkomiejska elita za priorytet uważa ochronę swoich indywidualnych praw.

Mimo tych znaczących postępów Chiny stoją przed oczywistym wyzwaniem. W teorii członkowie KPCh podlegają tym samym prawom co zwykli obywatele. W praktyce większość partyjnych wciąż jest traktowana tak, jakby stali ponad prawem. Zapewne wielu z nich prywatnie uważa, że tak istotnie jest (to tłumaczy mnogość przypadków korupcji z udziałem wysokich urzędników partyjnych). [...] Wspomniane wyzwanie polega na tym, by rozciągnąć zasadę praworządności na wszystkich obywateli.

Teoretycznie Indie mają ogromną przewagę konkurencyjną nad Chinami, ponieważ odziedziczyły system prawny po Brytyjczykach. Innymi słowy, od ponad 60 lat mają system oparty na zachodnich zasadach praworządności. Mimo to nie ma wcale pewności, czy funkcjonuje on lepiej niż chiński. Indyjskie sądy są znane z niewydolności i powolności. W 2007 roku liczba oczekujących spraw cywilnych i karnych wynosiła 41 tysięcy w przypadku Sądu Najwyższego, 25 milionów w przypadku sądów okręgowych i 3,6 miliona w przypadku sądów drugiej instancji. Bywa, że na werdykt czeka się kilkadziesiąt lat, co w praktyce oznacza, że sprawiedliwości nie dzieje się zadość. [...]

Elity wszystkich krajów Azji (z możliwym wyjątkiem Korei Północnej i Birmy) mają świadomość, że muszą grawitować w stronę większego szacunku dla praworządności, wiedzą bowiem, że bez tego nie da się zbudować nowoczesnego społeczeństwa i nowoczesnej gospodarki. Jest to pigułka, którą muszą przełknąć wszystkie kraje azjatyckie, chociaż w pierwszych latach może ona gorzko smakować.

Edukacja

Azjaci od dawna doceniają zalety zachodniego modelu edukacji, aczkolwiek umasowienie szkolnictwa jest tutaj zjawiskiem stosunkowo niedawnym. Teraz, kiedy ludność Azji skosztowała słodkich owoców zachodniej edukacji, uzależniła się od nich. Nałóg ten jest ważnym czynnikiem prorozwojowym - według Banku Światowego wzrost poziomu wykształcenia Azjatów przekłada się na PKB większy o 0,75 - 2 procent. [...]

Wyjątkowość najwybitniejszych zachodnich uniwersytetów polega na tym, że nie postrzegają one swojej misji jako skierowanej wyłącznie do Zachodu. Misją tą jest stanie na straży dostępnej wiedzy i otwieranie nowych horyzontów dla całej ludzkości. Uniwersytety amerykańskie - najlepsze z nich należy uznać za skarby ludzkości - skutecznie edukują elity w Stanach Zjednoczonych i na całym świecie. Kiedy proces modernizacji Azji się dokona, kontynent ten powinien podziękować Ameryce, ponieważ żaden inny kraj nie miał tak wielkiego wkładu w edukację azjatyckich elit. Po drugiej wojnie światowej kilkaset tysięcy Azjatów studiowało na amerykańskich uniwersytetach i wróciło do ojczystego kraju. W latach 1978 - 2003 za granicą studiowało 580 tys. Chińczyków, z czego ponad 172 800 (około 32 procent) reemigrowało. [...]

Jeszcze więcej zawdzięczają amerykańskiemu szkolnictwu Indie. Z tego właśnie kraju pochodzi najwięcej zagranicznych studentów w USA: w roku akademickim 2005 - 2006 ich liczba wyniosła 76 503. Na drugim miejscu lokowały się Chiny (62 582), na trzecim Korea Południowa (58 847), a na czwartym Japonia (38 712). Coraz więcej indyjskich studentów planuje powrót do kraju po uzyskaniu dyplomu (taki zamiar wyraziło na przykład 84 procent słuchaczy Graduate School of Business przy uniwersytecie chicagowskim). Ci powracający absolwenci są drożdżami azjatyckiego wzrostu. Przywożą ze sobą nie tylko konkretne kwalifikacje, ale również cały amerykański etos - optymistyczne podejście do życia i przekonanie, że wielkie społeczeństwa można stworzyć od podstaw. Wielka amerykańska idea z lat 60., że jedno pokolenie najlepszych i najinteligentniejszych może przeobrazić społeczeństwo, rozprzestrzeniła się poza Amerykę i pozytywnie oddziałuje na azjatycką mentalność. [...]

Zjawisko powrotu absolwentów dotyczy nie tylko Indii. W Chinach ich liczba wzrosła z siedmiu tysięcy w 1999 roku do 40 tysięcy w 2006 roku. Rząd wietnamski wprowadził różne zachęty dla emigrantów, co również zaowocowało falą powrotów. Najbardziej spektakularny jest przypadek Phuca Thana, który w 1975 roku jako 14-latek uciekł helikopterem z Wietnamu, kiedy Sajgon wpadł w ręce komunistycznej Północy. W 1999 roku przyjechał do ojczyzny jako zdeklarowany kapitalista, inżynier elektryk i handlowiec z 13-letnim stażem w Intelu. "Ameryka dała mi szansę, ale nie ucierpi, jeśli stamtąd wyjadę. A w Wietnamie mam możliwość zrobić coś wielkiego". I właśnie pomógł swemu krajowi w zdobyciu miliardowej inwestycji Intela, która zaowocuje 450 miejscami pracy. [...]

Azjaci ogromnie skorzystali na studiowaniu w Ameryce (jak również w Europie, Australii i Nowej Zelandii), a teraz stoją przed wielkim zadaniem stworzenia równie dobrych uniwersytetów na swojej ziemi. Początki są obiecujące. W opublikowanym w 2006 roku przez "Timesa" rankingu najlepszych uniwersytetów 14 azjatyckich uczelni znalazło się w pierwszej setce, w tym trzy - uniwersytety w Tokio, Pekinie i Singapurze - w pierwszej dwudziestce piątce. [...]

Dzięki tym sukcesom czołowe uniwersytety amerykańskie dążą do nawiązania współpracy z placówkami chińskimi. [...] Ogromny wzrost kontaktów między amerykańskimi i azjatyckimi uniwersytetami zmienia oblicze życia intelektualnego w Azji. Azjaci odkryli wartość szkolnictwa wyższego. W styczniu 2007 roku miałem okazję naocznie się o tym przekonać. Odwiedziłem Guangzhou, jedno z najważniejszych miast południowochińskich. Jest tam siedem wyższych uczelni, między innymi Uniwersytet Sun Yat-sena. Kiedy w mieście skończyło się miejsce na nowe budynki, władze Guangzhou podjęły śmiałą i racjonalną decyzję: wybudowały ogromny kampus dla wszystkich uniwersytetów. Dzisiaj uczy się tam 150 tysięcy studentów, znacznie więcej niż na jakimkolwiek amerykańskim kampusie. [...]

W edukacji liczy się jednak przede wszystkim jakość, nie ilość. Jak napisał kiedyś Yeats, "w edukacji nie chodzi o napełnienie wiadra, lecz o rozpalenie ognia". W Azji ogień już płonie, co rozbudza w mieszkańcach tego kontynentu wiarę w siebie. "Business Week" pisze: "Z badań przeprowadzonych przez firmę badawczą Grey Global Group we współpracy z British Council wynika, że młodsze pokolenia Chińczyków bardzo optymistycznie myślą o swojej przyszłości. >>Kiedy chodziłam do szkoły, wszyscy mówili o amerykańskim marzeniu i każdy Chińczyk chciał tam pojechać - mówi Viveca Chan, do niedawna szefowa azjatyckiej filii Greya. - Teraz zaczyna się realizować chińskie marzenie<<". Do podobnej eksplozji wiary w siebie doszło też w Indiach. [...] Były prezydent tego kraju Abdul Kalam wspomina swoje spotkanie z uczniem szóstej klasy, który go zapytał: "Dlaczego Indie nie mogą się stać krajem rozwiniętym przed 2020 r.?". Według Kalama "pytanie to pokazuje, że pragnienie życia w rozwiniętym kraju zawładnęło umysłami indyjskiej młodzieży". [...]

Te ambicje i nadzieje można dostrzec nawet w indyjskich slumsach. Dharavi, owiany złą sławą największy slums Azji, kiedyś był bagniskiem nad rzeką Mithi pod Bombajem. W miarę jak miasto rozrastało się i industrializowało, Dharavi stał się ludzkim wysypiskiem dla ubogich robotników i migrantów poszukujących lepszego losu. Dzisiaj mieszka tam od 600 tysięcy do miliona osób, które wytwarzają miliard dolarów dochodu. Funkcjonują tam garbarnie, zakłady włókiennicze, fabryki mebli, zakłady ceramiczne i piekarnie. Większość mieszkańców wciąż żyje w biedzie i nędznych warunkach, ale im również nie brakuje ambicji i nadziei charakterystycznych dla reszty kraju. W swojej książce "The Rise of India" Niranjan Rajadhyaksha wspomina rozmowę z amerykańskim dyplomatą: "Powiedział mi, że był w wielu slumsach afrykańskich i południowoamerykańskich. Często widział tam rozpacz, przestępczość, narkotyki i gangi. Natomiast slums w Bombaju emanuje według niego energią i wiarą w siebie. W niczym nie przypomina tego, co widział w biednych dzielnicach Rio, Lagos czy nawet Nowego Jorku".

Copyright © 2008. Published and reprinted by arrangement with Public Affairs, a member of the Perseus Books Group. All rights reserved.

przeł. Tomasz Bieroń

W Chinach komunizm był gruntem dla reform kapitalistycznych

Jakkolwiek oceniać epokę rządów Mao w Chinach, przygotowała ona Państwo Środka do późniejszej kapitalistycznej rewolucji - twierdzi Mahbubani. Przede wszystkim całkowicie przekształciła społeczeństwo, likwidując feudalną mentalność. A to umożliwiło później pobudzenie ducha przedsiębiorczości. "Chiny zaczęły wykorzystywać zasoby ludzkie z niższych warstw społecznych na długo przed Indiami. Katastrofalna w skutkach rewolucja maoistyczna przyniosła jedną niewątpliwą korzyść: zniszczyła feudalną mentalność, która jeszcze w XX wieku była wielką zmorą Chin. Mao rozniecił w chińskich chłopach ogromną dumę i poczucie, że są równoprawnymi obywatelami. Dzięki niemu przestali się uważać za gorszych z urodzenia. Kiedy Deng wprowadził zasady wolnorynkowe, gospodarka Chin między innymi dlatego tak szybko ruszyła z miejsca, że rewolucja społeczna rozpętana przez Mao zburzyła bariery klasowe zagradzające drogę do ekonomicznego sukcesu".

Kishore Mahbubani, singapurski historyk, politolog, filozof. Obecnie wykłada na National University of Singapore. Wcześniej przez wiele lat pracował w singapurskiej dyplomacji - był m.in. ambasadorem w USA. Jest znanym specjalistą od spraw azjatyckich - jego artykuły i komentarze ukazują się na łamach tak prestiżowych pism jak "The New York Times" i "The Wall Street Journal". Periodyk "Foreign Affairs" umieścił go kilka lat temu na liście stu najbardziej wpływowych intelektualistów świata. Mahbubani jest autorem książek "Can Asians Think?" (2001), "Beyond the Age of Innocence" (2005) oraz "The New Asian Hemisphere - the Irresistible Shift of Global Power to the East".

www.dziennik.pl/dziennik/europa/article162952/A...

Komentarze (0)
Arabscy szejkowie i chińscy komuniści gromadzą miliardy USD
 Oceń wpis
   

Arabscy szejkowie i chińscy komuniści gromadzą miliardy dolarów

Nie panikujmy przed zagranicznym kapitałem

Wersja oryginalna Do not panic over foreign wealth

To brzmi jak polityczny thriller autorstwa Michaela Crichtona. Arabscy szejkowie i chińscy komuniści gromadzą miliardy dolarów. Czekają na moment finansowego osłabienia w USA. Wtedy używają swoich potężnych "funduszy majątku państwowego" by wykupić znaczne udziały w strategicznych amerykańskich firmach. Zapewniają sobie miejsca w radzie nadzorczej. I wtedy, w kluczowym momencie…


No właśnie, I co wtedy? Wymkną się z posiedzenia rady nadzorczej i wysadzą budynek? Celowo zniszczą firmy, w które zainwestowali, w nadziei na zaszkodzenie znienawidzonym Amerykanom?

Obawy narosłe wokół rozwoju funduszy majątku państwowego (SWF) są głębokie, ale mgliste. SWF-y to wehikuły inwestycyjne kontrolowane przez rządy. Są bogate i będą coraz bogatsze. Obecnie kontrolują aktywa wynoszące około 3000 miliardów dolarów, a w 2015, według różnych szacunków będą warte od 10 000 miliardów do 15 000 miliardów dolarów.

Sondaż przeprowadzony w lutym przez firmę konsultingową Public Strategies pokazał, że 55 procent Amerykanów uważa, że inwestycje zagranicznych rządów szkodzą amerykańskiemu bezpieczeństwu narodowemu. Jedynie 10 procent nie zgadzało się z tym stwierdzeniem. Naukowiec Daniel Drezner zauważa: "Sprzeciw był szczególnie zdecydowany wobec inwestycji w firmy z sektora zaawansowanych technologii i finansowe – i w przypadku SWF-ów z siedzibami na Bliskim Wschodzie lub we wschodniej Azji".

Rok temu większość osób spoza wąskiego grona specjalistów miałoby problemy z wytłumaczeniem, czym są takie fundusze. To kryzys kredytowy wydobył je na światło dzienne. Niektóre z najgłośniejszych marek na Wall Street – od Merrill Lynch po Citigroup i Morgan Stanley – zwróciły się do funduszy inwestycyjnych kontrolowanych przez zagraniczne rządy.

Postępowanie SWF-ów stało się stałą pożywką codziennych wiadomości. W ciągu minionego tygodnia "FT" informowało o tym, że Chiny planują podnieść limit zagranicznych inwestycji rządu o jedną trzecią, do 90 miliardów dolarów, że Islandia myśli o stworzeniu SWF-u i że amerykański rząd chce wiedzieć o wojskowych powiązaniach potencjalnych inwestorów. Amerykanie myślą również o zezwoleniu zagranicznym inwestorom na uniknięcie prześwietlenia pod kątem bezpieczeństwa, ale tylko pod warunkiem, że zrzekną się oni prawa do uczestniczenia w ważnych decyzjach zarządu.

Czy cały ten alarm i uwaga są usprawiedliwione? Fakt, że najlepsze firmy z Wall Street są ratowane przez Azjatów i Arabów, ma swoją potężną, symboliczną wymowę. W grę wchodzi jednak coś więcej, niż tylko symbolika. W istocie możliwe jest rozważenie scenariuszy, w których zagraniczne rządy używają swoich inwestycji do osiągnięcia celów politycznych.

Weźmy za przykład kontrowersje, jakie otaczają próby podejmowane przez Gazprom, rosyjskiego monopolistę gazowego kontrolowanego przez państwo, by zainwestować w infrastrukturę w Europie Zachodniej. Sceptycy wskazują, że nawet jeżeli Gazprom wykupi sieci dystrybucyjne, fizyczna infrastruktura pozostanie w zachodniej Europie – i nie da się jej zdemontować na rozkaz Kremla. To prawda. Jednak mianowani przez Gazprom członkowie rady nadzorczej mogą wpływać na decyzje handlowe o wielkich konsekwencjach politycznych – na przykład, czy zachodnia firma energetyczna ma zainwestować w nowy rurociąg omijający Rosję.

Inwestycje SWF-ów mogą mieć również szersze konsekwencje dla polityki zagranicznej. Hillary Clinton ujęła to zwięźle mówiąc, że trudno się kłócić z własnym bankierem. Alan Tonelson, analityk polityczny, spekuluje, że amerykańska zdolność do obrania twardej linii wobec Chin w sprawie Tajwanu może być znacznie ograniczona, jeżeli chiński rząd będzie kontrolował dużą część Wall Street.

Obrońcy SWF-ów wskazują, że - dotychczas – były one zazwyczaj modelowymi inwestorami; obierały długoterminową perspektywę i rzadko próbowały wymuszać zmiany strategii na niechętnych temu zarządach (w przeciwieństwie do tych okropnych funduszy hedgingowych). Były także zdecydowanie apolityczne.

Tak jednak nie musi być zawsze. Jeżeli w to wątpicie, spójrzcie jak regularnie duzi zachodni inwestorzy, w rodzaju funduszy emerytalnych, podejmują decyzje inspirowane politycznie. Jednym z pierwszych przykładów jest kampania na rzecz wycofania się inwestorów z Afryki Południowej. Dziś lewica chce, by firmy wycofywały się z Chin w związku z Darfurem, a prawica stara się zniechęcać biznes do zaangażowania w Iranie. Inwestycje na wielką skalę zawsze stają się bronią polityczną – nawet jeżeli jej użycie często szkodzi inwestorowi przynajmniej w tym samym stopniu, co celowi inwestycji.

Byłoby więc głupotą odrzucać pomysł, że SWF mogą – któregoś dnia – wykorzystać swoje znacznie polityczne w sposób, który Amerykanom i Europejczykom niekoniecznie musiałby się podobać. Polityczna presja – jak i zwykły rozsądek – oznaczają, że w nieunikniony sposób muszą powstać nowe zasady regulujące funkcjonowanie SWF-ów, obejmujące wszystko, od poziomu zaangażowania kapitałowego po definicję "sektorów strategicznych".

Problem polega na tym, że uzasadnione obawy dotyczące funduszy majątku państwowego mogą się łatwo przerodzić w absurdalną histerię. Inwestycje zagraniczne to wciąż temat, który może być łatwo wykorzystany przez demagogów, od USA przez Francję po Indie. Zachodni politycy powinni być więc bardzo ostrożni, by regulacje dotyczących SWF-ów nie przekształciły się w szersze restrykcje dla zagranicznych inwestycji jako takich.

Co więcej, najważniejsze polityczne implikacje inwestycji SWF-ów są pozytywne. Jeżeli rządy Chin, Rosji i państw Bliskiego Wschodu mają duże inwestycje w USA i Unii Europejskiej, mają także bezpośredni interes w tym, by Ameryka i UE dalej prosperowały.

Oczywiście, pogłębienie stosunków handlowych i inwestycji nie musi oznaczać, że kraje nie pójdą ze sobą na wojnę. Z pewnością jednak zmniejsza prawdopodobieństwo, że polityczne różnice przerodzą się w otwarty konflikt. A to przecież dobra rzecz, czyż nie?

Autor: Gideon Rachman

ft.onet.pl/11,9290,nie_panikujmy_przed_zagranic...

Komentarze (0)
Chiny zastępują USA w roli globalnego lidera - Dziennik.pl
 Oceń wpis
   

Najważniejsze są Chiny

twierdzi Mark Leonard, politolog

sobota 7 czerwca 2008, Dziennik.pl

Inna nowoczesność?

Na pytanie, kto mógłby zastąpić Stany Zjednoczone w roli globalnego lidera, najczęściej słychać odpowiedź: Chiny. Może jeszcze nie dziś, może za 10 - 20 lat - wskazują zwolennicy tej tezy - ale Państwo Środka na pewno zdystansuje Amerykę. W końcu już teraz uzależniło ją od siebie, finansując jej ogromne zadłużenie... Dla naszego dzisiejszego rozmówcy Marka Leonarda błyskawiczny wzrost znaczenia Chin na arenie międzynarodowej jest najważniejszym wydarzeniem epoki, w której żyjemy. Oto po raz pierwszy w dziejach niezachodni kraj ma szansę stać się supermocarstwem decydującym o losach świata. Chiny zyskują wpływy nie tylko za sprawą dynamicznej gospodarki. Ich pozycja umacnia się, bo wedle Leonarda wypracowały model rozwoju stanowiący realną alternatywę dla liberalno-demokratycznego modelu zachodniego. Sukcesy Pekinu są nadzieją dla krajów, które z różnych powodów nie chcą kopiować europejskich czy amerykańskich wzorców. Tam gdzie Zachód domaga się przestrzegania standardów, Chińczycy oferują pomoc bez żadnych warunków wstępnych. Nic dziwnego więc, że coraz liczniejsza grupa państw azjatyckich i afrykańskich właśnie Chiny uznaje za wiarygodnego gwaranta własnego bezpieczeństwa ekonomicznego i politycznego.

rozmowę prowadzi Maciej Nowicki

Prowokacyjnie podkreśla pan, że za 50 czy 100 lat nikt już nie będzie pamiętał o 11 września czy wojnie w Iraku. Jedynym naprawdę istotnym wydarzeniem rozgrywającym się na naszych oczach są narodziny potęgi Chin - to zmiana na skalę upadku Związku Sowieckiego czy zmierzchu imperium rzymskiego...

Dlaczego nie ulega wątpliwości, że narodziny chińskiej potęgi to największe wydarzenie naszych czasów? Bo chodzi tu o strukturalną zmianę w porządku światowym, a zamachy 11 września czymś takim nie były - nie podważały zasadniczego układu sił. Na naszych oczach Chiny stały się państwem, bez którego nie sposób rozwiązać właściwie żadnego problemu uznawanego za istotny. Kiedy mówimy o zmianach klimatycznych, wszyscy zdają sobie sprawę, że bez współpracy ze strony Chin nie znajdziemy tu rozwiązania. A kiedy dyskutujemy w Europie na temat tego, czy uda się nam powstrzymać Iran od zbudowania bomby jądrowej, doskonale wiemy, że Chiny stanowić będą część rozwiązania albo część problemu. Nie poprawimy katastrofalnej sytuacji w Birmie bez udziału Chin. To samo jest z ludobójstwem w Darfurze. I tak dalej...

Już od dawna jesteśmy świadomi, że Chiny mają ogromny wpływ na światową gospodarkę. Teraz przechodzimy do kolejnego etapu - zaczynamy postrzegać ten kraj nie tylko jako superpotęgę ekonomiczną, ale także superpotęgę polityczną...

I na tym nie koniec - do niedawna skupialiśmy uwagę na kwestiach ekonomicznych związanych z Chinami, dziś skupiamy ją na kwestiach politycznych, a niedługo wielka zmiana będzie dotyczyć sfery idei i ideologii. Dlatego właśnie sądzę, że Chiny to naprawdę wielka sprawa. Mamy do czynienia z państwem, które być może jeszcze za mojego życia stanie się największą gospodarką świata. Już dziś co drugie ubranie czy buty na świecie noszą naszywkę "Made in China". Chiny produkują najwięcej komputerów na świecie. Zużywają 40 procent światowego cementu, 40 procent węgla, 30 procent stali i 12 procent energii. Mają wpływ na życie codzienne każdego z nas: podwyższając cenę ropy i jednocześnie obniżając ceny elektroniki, zatapiając europejski przemysł tekstylny i jednocześnie pompując niewyobrażalne pieniądze w amerykańską gospodarkę. Szybkość, z jaką wszystko się tam toczy, jest oszałamiająca. Przez trzy lata jeździłem do Chin bardzo często - nierzadko po dwóch miesiącach nie byłem w stanie rozpoznać miejsca, które wcześniej wielokrotnie widziałem. Chiny wprowadziły 300 milionów ludzi w nowoczesność - z absolutnego wiejskiego zacofania - w ciągu zaledwie 30 lat! Europie zajęło to 200 lat. Ale to oszołomienie statystykami, szybkością, skalą zmian nie powinno nam przesłaniać jeszcze istotniejszej kwestii: do jakiego stopnia narodziny chińskiej potęgi zmienią naturę naszego świata. Chiny mają zupełnie inny od Stanów Zjednoczonych pomysł na globalny ład. Po raz pierwszy od zakończenia zimnej wojny potęga niezachodnia będzie miała wpływ na definiowanie i reguły rozwiązywania najistotniejszych kwestii. Chiny zaczynają myśleć na własny rachunek i cały świat będzie to musiał wziąć pod uwagę.

Jedno widzimy od razu: we wszystkich chińskich sporach ideowych demokracja jest właściwie nieobecna. A jeśli już się pojawia, to jako synonim chaosu...

W latach 80. czy 90. Chiny były naśladowcami modelu amerykańskiego. Czytano Friedmana i Hayeka - filozofia wolnego rynku stała się jedynym wyznacznikiem reform ekonomicznych. Polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych określała to, co pożądane na światowej scenie, a Chińczycy byli gotowi niemal na wszystko, byle uniknąć gniewu hegemona. Wang Xiaodong, jeden z chińskich ideologów nowego nacjonalizmu, twierdzi, że ta bezwarunkowa akceptacja amerykańskiego punktu widzenia wynikała przede wszystkim z nienawiści do samych siebie. Chińczycy uważali się za podrzędny naród z podrzędną historią. Xiaodong mówi wręcz: "To nie różniło się bardzo od rasizmu Hitlera, tyle że w przeciwieństwie do nazizmu głównym celem oddziaływania rasistowskiej ideologii stał się własny naród". Ten zwrot ku Zachodowi oznaczał również, że liberalna demokracja była standardem dla reform politycznych. Dziś Chińczycy już tak nie myślą. Mówią coraz częściej: "Wy, ludzie Zachodu, mówicie o demokracji tak, jakby to była religia, na którą musi zostać nawrócony cały świat. Tymczasem wybory nie rozwiążą żadnego problemu, z którym mają do czynienia dzisiejsze Chiny".

Skąd wzięła się ta zmiana? Bardzo często mówi się, że wszystkiemu winien jest Gorbaczow. Upadek Związku Sowieckiego, a potem gigantyczne kłopoty gospodarcze nowej Rosji przekonały Chińczyków ostatecznie, że najgorszym z możliwych rozwiązań jest polityczna liberalizacja. Rosja stała się swego rodzaju antymodelem dla Chin...

Związek Sowiecki stanowił absolutny wzorzec dla Mao, kiedy tworzył on komunistyczne państwo. Niemal wszystko - od instytucji po propagandę - zostało przeniesione z Moskwy i poddane jedynie nieznacznemu lokalnemu retuszowi. Chińczykom wydawało się, że na zawsze pozostaną mniejszym bratem Moskwy, że Rosjanie mają nad nimi technologiczną przewagę. Upadek Związku Sowieckiego był dla nich gigantyczną traumą, jednym z kilku najboleśniejszych obrazów w chińskiej psyche. Chińska elita nie miała wątpliwości, gdzie Rosjanie się pomylili: nie należało zaczynać reform politycznych przed reformami ekonomicznymi. Był jeszcze jeden powód odrzucenia demokracji związany z innym traumatycznym doświadczeniem - rewolucją kulturalną. Rewolucja kulturalna była wojną wszystkich ze wszystkimi, przyniosła mnóstwo ofiar. Nikt nie przestrzegał prawa, niezliczone frakcje walczyły do krwawego końca. Wielu obawia się, że demokratyczne wybory oznaczałyby dziś ponowne wypuszczenie dżina z butelki: powstałby chaos, biedni wieśniacy wystąpiliby przeciwko rodzącej się klasie średniej, a Chiny - i to jest najgorsze - rozpadłyby się. Ale o tej zmianie stosunku do liberalnej demokracji nie zdecydowały jedynie klęski. Ona dokonuje się w ogromnym stopniu także z powodu dzisiejszej sytuacji - z powodu tego, że Chińczycy tak doskonale sobie radzą. I dalej chcą podążać tą ścieżką. Wierzą, że wybierając rządy prawa bez demokracji - tak jak zrobił to w przeszłości Singapur - zapewnią sobie dalszy wzrost, przyciągną kolejne zagraniczne inwestycje, wykorzenią korupcję i zbudują silną tożsamość narodową.

Robert Kagan w swojej ostatniej książce przedstawia dzisiejszy świat jako pole konfliktu ideologicznego między demokracjami i autokracjami. Na pytanie, czym różnią się obecne Chiny od autokracji XIX-wiecznych, Kagan odpowiedział mi, że niemal niczym, tyle że w przeciwieństwie do nich funkcjonują w świecie zglobalizowanej gospodarki. A jak pan odpowiedziałby na to pytanie? Czy wystarczy nazwać Chiny autokracją, by zrozumieć zasady, na jakich funkcjonują?

Nie ulega wątpliwości, że Chiny nie są demokratycznym krajem, gdzie szanuje się uprawnienia jednostki. Tamtejsze prawa dotyczące zgromadzeń publicznych są przerażające. Lekcja kolorowych rewolucji - na Ukrainie, w Gruzji - przekonała Pekin, że organizacje pozarządowe to wróg publiczny. Okrucieństwo, z jakim potraktowano łagodne Falun Gong, zaskoczyło wszystkich. Widzieliśmy też, co stało się ostatnio w Tybecie. Tak więc Chiny nie stają się wolne, ale jednocześnie ogromnie się zmieniają. Nie chodzi tu o staromodną formę autorytaryzmu - to jest forma znacznie nowocześniejsza, zdolna do wielu adaptacji. Chińczycy nieustannie eksperymentują, korzystając z zachodnich doświadczeń demokracji partycypacyjnej czy socjologicznych metod w rodzaju grup fokusowych. Ich celem jest zbudowanie stabilniejszej, odporniejszej na wstrząsy formy autorytaryzmu. Można ją nazwać dyktaturą deliberatywną. Nie ma w niej wyborów, zwiększa się natomiast pole konsultacji. Albo inny przykład: upłynie oczywiście bardzo dużo czasu, zanim Chiny staną się państwem prawa - nigdy zresztą nim nie były. Jednocześnie jest to jedyny monopartyjny kraj świata, który pozwala na pozywanie państwa przez obywateli.

W ciągu pięciu lat liczba takich spraw wzrosła z 10 do 100 tysięcy. Liczba spraw wygranych przez obywateli jeszcze niedawno ograniczała się do kilku wyjątków, dziś wygrywają ich prawie połowę...

W jakim stopniu zmiany te dotyczą partii komunistycznej? Kishore Mahbubani, jeden z ludzi odpowiedzialnych za sukces Singapuru, jest pełen podziwu dla KPCh. Twierdzi, że stała się ona dziś merytokracją wzorowaną na wielkich firmach międzynarodowych i nie ma nic wspólnego ze zmurszałym aparatem, którym zarządzali starcy.

Oczywiście dziś nie jest tak jak dawniej, gdy Deng Xiaoping siedział sam w pokoju i zastanawiał się, co zrobić, w jakim kierunku powinny pójść Chiny. Partia jest w znacznym stopniu odmłodzona, jej zwykli członkowie częściej niż dotychczas kandydują

w wyborach - w ostatnich latach na lokalnych i narodowych kongresach partii było o jedną czwartą więcej kandydatów niż stanowisk. A wracając do pańskiego pytania: porównanie z wielką międzynarodową korporacją rzeczywiście jest trafne. Tylko czy chcielibyśmy żyć w kraju zarządzanym przez Microsoft? Ja na pewno nie. I pan też nie, jak sądzę... Każda korporacja zarządzałaby na przykład Zimbabwe lepiej niż Robert Mugabe, ale to jeszcze nie oznacza, że jest ona formą władzy, której demokracja liberalna ma cokolwiek do pozazdroszczenia. Innymi słowy to, że KPCh staje się merytokracją, potwierdza jedynie moje wcześniejsze stwierdzenie: celem Pekinu jest zbudowanie inteligentniejszej formy dyktatury, gdzie partia stara się lepiej niż dotychczas zrozumieć, czego ludzie chcą. Ale nie robi tego przez wybory powszechne, tylko przez pewne formy publicznej konsultacji.

Na razie Chiny szybko się rozwijają i mają sporo pieniędzy do redystrybuowania w razie jakiegoś mniejszego czy większego kryzysu. Co się jednak stanie, gdy dojdzie do zasadniczego załamania na rynku światowym, gdy rynek ten zacznie się kurczyć, a popyt na chińskie towary dramatycznie spadnie?

Nie jestem futurologiem. Ale odpowiem panu w następujący sposób: tyle razy już przewidywano, że Chiny upadną z takiego czy innego powodu i za każdym razem okazywało się, że te prognozy były całkowicie błędne.

Chodzi mi głównie o jedno: Chiny dowiodły, że można mieć bardzo szybki wzrost gospodarczy bez demokracji. Ale czy to oznacza, że można bez niej rozwiązywać zasadnicze kryzysy społeczne? To jest dziś argument ludzi powątpiewających w trwałość chińskiego sukcesu: demokracje zazwyczaj zwycięsko wychodzą z wielkich kryzysów, dyktatury znacznie rzadziej...

Zachodnie analizy sytuacji w Chinach mają dziś jeden główny cel: ocalenie starej, dobrej teorii dowodzącej, że demokratyzacja jest nieunikniona. Niektórzy twierdzą, że Chiny staną się demokratyczne, gdy dochód na głowę osiągnie pięć tysięcy dolarów. Inni mówią z kolei, że wymogi współczesnej gospodarki - swobodny obieg informacji, wolność poszukiwań, rządy prawa - spowodują, że Chiny już niedługo będą miały wybór między demokratyzacją a bankructwem. Nie twierdzę, że teorie te okażą się nieprawdziwe w dłuższej perspektywie. Prawie każda teoria sprawdza się, jeśli zastosujemy wystarczająco długą perspektywę. Jednak to prowadzi do sytuacji,

w której Zachód wielu rzeczy po prostu nie widzi. Na ślepo zakładamy na przykład, że klasa średnia będzie za demokracją. Tymczasem tak wcale nie musi być - i tak nie jest. W Rosji klasa średnia jest przeciwna demokracji, ponieważ posiada liczne dobra zdobyte często w dość dziwny sposób - i nie chce, by jej te dobra odebrano. W Chinach widzimy dokładnie to samo: klasa średnia jest przeciwko demokracji, ponieważ boi się, że 700 milionów biednych ogołoci ją z pieniędzy, które udało jej się w ciągu ostatnich lat zdobyć.

Pankaj Mishra, z którym rozmawiałem o Indiach - a te w przeciwieństwie do Chin i Rosji są demokracją - powiedział mi dokładnie to samo: tamtejsza klasa średnia aż kipi ze złości na demokrację. Uważa, że demokracja szkodzi gospodarce, wszystko spowalnia. Stwierdził, że gdyby losy Indii potoczyły się inaczej - gdyby nie odziedziczyły one demokracji - na pewno dzisiaj by się nią nie stały...

Jest jeszcze coś poza nieufnością klasy średniej do demokracji, czego Zachód nie widzi. Twierdzi się, że Chiny to niemal stalinowskie państwo odcięte od reszty świata przez aparat represyjny i cenzurę. To wielki błąd. Analogie z Rosją i Europą Wschodnią z lat 80. nie mają sensu. Rządy komunistyczne ujawniły swoją nicość, kiedy stworzony przez nie szary świat został za pomocą telewizji i innych mediów skonfrontowany z obrazem lepszego życia na Zachodzie...

Tymczasem Chiny już są częścią kapitalistycznego świata...

Właśnie. Są pełne wszelkiego rodzaju symboli konsumerystycznego świata, są nimi dosłownie zalane. I każdego roku wzrasta liczba ludzi, którzy mają do nich dostęp. To pokazuje, że Chiny są w stanie zasymilować niemal wszystko. Internet jest świetnym przykładem. Przypuszczano, że zmieni on oblicze Chin. Tymczasem to Chiny zmieniły oblicze internetu, zmuszając Google czy Microsoft do grania zgodnie z zasadami narzuconymi przez Pekin.

W relacjach międzynarodowych Chiny starały się za wszelką cenę stosować taktykę stanowiącą odwrotność rosyjskiej. Putin uwielbia wygrażać, o wszystko się wykłócać, nieustannie prężyć muskuły. Tymczasem Chińczycy starali się wszystkich uspokajać, zapewniając, że chodzi im wyłącznie o pokojowy rozwój - ze strachu, że cały świat może się zmobilizować przeciwko nim. Wszystko było tu obliczone na uniknięcie konfliktu...

Chińczycy byli przerażeni tym, do jakiego stopnia świat postrzega ich coraz większą potęgę jako zagrożenie. Dla Chin celem numer jeden jest to, by zapewnić sobie spokojne otoczenie zewnętrzne i dzięki temu nadal kontynuować reformy ekonomiczne. Dlatego zapewniają, że w przeciwieństwie do USA nie będą starali się stworzyć hegemonicznej potęgi nastawionej na budowanie sojuszy przeciwko innym państwom. Przekonują, że chiński rozwój stworzy sytuację, w której będą jedynie wygrani, że jedynym rezultatem będzie ogólna prosperity i zwycięstwo pokoju. Ta zmiana zaczęła się już za Denga - w sferze gospodarczej wycofał się on z centralnego planowania, a w polityce zagranicznej porzucił sponsorowanie komunistycznych piątych kolumn w południowo-wschodniej Azji, zakończył spory graniczne z Indiami, przestał traktować instytucje międzynarodowe jako wcielenie wszelkiego zła. Chiny miały pozostać neutralne w wojnach i wszelkich konfliktach. A chińska polityka zagraniczna miała stać się niewidzialna zgodnie z zaleceniem Denga: "Nie wystawiaj głowy na zewnątrz".

Kłopot z podobną strategią polega, jak wiadomo, na tym, że im stajemy się więksi, tym trudniej zachować niewidzialność. Za Denga Chiny były słabym państwem i - mimo swych rozmiarów - ekonomicznym karłem. Dziś już tak nie jest...

To prawda. Im bardziej chińska potęga wzrasta, tym cała ta linia staje się trudniejsza do utrzymania. Trudno schylać głowę nisko, gdy rosnąc w siłę, wchodzi się w konflikt interesów z innymi krajami. Inni też zaczynają domagać się coraz więcej - choćby zaangażowania w rozwiązywanie światowych konfliktów. A to jest często mało wygodne z gospodarczego punktu widzenia. Tu jednak trzeba sobie powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze, teoria pokojowego wzrostu mimo swych zasadniczych braków (nie mówiła na przykład nic o tym, jak powinny wyglądać reformy polityczne wewnątrz kraju ani jak powinien wyglądać ład światowy) okazała się sukcesem. Oczywiście utrwalenie chińskiej soft power będzie wymagało politycznych reform. Jednak jak dotychczas - przynajmniej przed wydarzeniami w Tybecie - Chiny okazały się głównym beneficjentem kryzysu popularności Ameryki po wojnie w Iraku. Właśnie dlatego, że tam gdzie Amerykanie mówią o wojnie, Chińczycy mówią o pokoju. Tam gdzie Amerykanie mówią o sankcjach, Chińczycy oferują pomoc bez żadnych warunków wstępnych. Tam gdzie Amerykanie są symbolem terapii szokowej i neoliberalizmu, Chińczycy zalecają gradualizm, stopniowe zmiany. Po drugie, kiedy ludzie stają się silniejsi, stają się także bardziej asertywni. To główny powód, dla którego chińska polityka zagraniczna przechodzi dziś zasadniczą zmianę. Chiny nadal chcą utrzymać spokojne otoczenie zagraniczne, ale jednocześnie nieustannie toczy się tam dyskusja, jak poradzić sobie z resztą świata...

Aby stać się responsible stakeholder, odpowiedzialnym udziałowcem światowego porządku, jak to kilka lat temu ujął ówczesny zastępca sekretarza stanu w administracji Busha Robert Zoellick?

Oni tego sformułowania nienawidzą. Lepiej go nigdy nie używać przy Chińczykach. Ich zdaniem jedyny sens tych słów sprowadza się do tego, że to Amerykanie mają decydować, kto jest odpowiedzialny, a kto nie. A Chińczycy chcą czegoś zupełnie innego - chcą na dłuższą metę zbudować światowy porządek na wzór i podobieństwo Chin. Chcą świata, gdzie rządy narodowe są panami swego własnego przeznaczenia i są całkowicie niezależne od kaprysów światowego kapitału czy polityki zagranicznej prowadzonej przez USA. Chcą inwestycji, technologii i dostępu do światowych rynków, ale nie chcą być zarażeni przez zachodnie wartości. Nie chcą, by Chiny zostały spłaszczone przez globalizację. Chcą tak zmienić reguły światowego współzawodnictwa, aby stały się one odzwierciedleniem chińskiej siły.

Podkreśla pan, że Chiny rywalizują z amerykańskim wzorcem neoliberalnego płaskiego świata, gdzie wszędzie stosuje się te same procedury, aby osiągnąć sukces. Ale

w równym stopniu stanowią zagrożenie także dla europejskiego wzorca...

To prawda. Organizacje międzynarodowe, którym patronują Chiny - jak choćby Szanghajska Organizacja Współpracy - na pozór przypominają Unię Europejską nastawioną na liberalny multilateralizm. Jednak w rzeczywistości stanowią zaczątki chińskiego porządku światowego, gdzie liczy się jedynie suwerenność państwowa, gdzie państwa całkowicie odrzucają obcą interwencję w obronie praw jednostki - nawet gdy prawa te są gwałcone w drastyczny sposób. Dziś coraz wyraźniej widzimy, że w przeciwieństwie do lat 90. nie mamy do czynienia z rozwojem światowych demokracji, lecz wprost przeciwnie - ze stagnacją wolności. Chiny nie są co prawda jedyną przyczyną tego stanu rzeczy (Bush podważył wszelką prawomocność promowania demokracji za sprawą wojny w Iraku, a Putin też zrobił swoje), ale w ogromnym stopniu się do tego przyczyniły. Kontrast między ich sukcesem a Rosją czasów Jelcyna przyczynił się do rozpowszechnienia przekonania, że reformy gospodarcze muszą poprzedzać reformy polityczne. Ten mit założycielski stał się gigantyczną przeszkodą dla państw promujących demokrację. Co gorsza, Chiny pokazały, że nie ma związku między wzrostem gospodarczym a demokracją. One same są dziś największym aktywnym promotorem autokracji. Dyktatorzy, aby dostać pomoc gospodarczą od Zachodu, musieli obiecywać poprawę, respektowanie praw człowieka. Dziś mają inną możliwość - wystarczy poprosić Pekin. Ale to nie są jedynie pieniądze. Chiny oferują także wsparcie polityczne w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, szkolenia w zakresie tłumienia opozycji czy dostawy sprzętu do szpiegowania ludności. Nawiasem mówiąc, ONZ staje się w coraz większym stopniu narzędziem promowania chińskiej wizji świata na tle malejącego wpływu USA. W ciągu ostatnich dziesięciu lat w głosowaniach dotyczących praw człowieka liczba amerykańskich zwycięstw spadła z 50 procent do niecałych 25, podczas gdy Chiny podwoiły swój wynik: z 40 do ponad 80 procent wygranych...

Dziś cały Zachód obawia się dalszego wzrostu potęgi Chin - choćby dlatego, że zaczynamy odczuwać ekonomiczne efekty tej wielkiej zmiany. Boimy się spadku płac

w niektórych sektorach gospodarki związanego z chińską konkurencją albo szybkiego wzrostu cen związanego z tym, że Chiny konsumują nie tylko mnóstwo surowców energetycznych, ale także mleka, mięsa itd. Ten strach Zachodu ma swoje lustrzane odbicie w Pekinie - tam obawiają się konsekwencji schyłku Zachodu...Chiny budują swój własny model międzynarodowego ładu

Przez lata władze Państwa Środka uznawały, że najskuteczniejszą metodą modernizacji kraju jest zastosowanie zachodnich recept ekonomicznych - zauważa Leonard. Kopiowały więc liberalne rozwiązania i nie sprzeciwiały się dominacji Ameryki. Ale ta epoka należy już do przeszłości. Dziś Chińczycy zaczynają budować zręby międzynarodowego ładu, który wciela w życie ich własne reguły gry. "Chińczycy chcą na dłuższą metę zbudować światowy porządek na wzór i podobieństwo Chin. Chcą świata, gdzie rządy narodowe są panami swego własnego przeznaczenia i są całkowicie niezależne od kaprysów światowego kapitału czy polityki zagranicznej prowadzonej przez USA. Nie chcą, by Chiny zostały spłaszczone przez globalizację. Chcą tak zmienić reguły światowego współzawodnictwa, aby stały się one odzwierciedleniem chińskiej siły".

Mark Leonard, brytyjski analityk i teoretyk spraw zagranicznych. Był specjalistą ds. stosunków międzynarodowych Centre for European Reform, kierował również Foreign Policy Centre, think tankiem założonym z inicjatywy premiera Tony'ego Blaira i sekretarza Robina Cooka. Obecnie jest dyrektorem wykonawczym ogólnoeuropejskiego think tanku European Council on Foreign Relations. W 2005 roku opublikował głośną książkę "Why Europe Will Run the 21st Century". Argumentował w niej, że Unia Europejska stworzyła model organizacji politycznej, który w XXI wieku będzie wzorem dla państw na całym świecie. Ostatnio w "Europie" nr 207 z 22 marca opublikowaliśmy jego tekst "O czym myślą Chiny".

www.dziennik.pl/dziennik/europa/article187727/N...

Komentarze (0)
Witam!
 Oceń wpis
   

Pragnę zaprosić zainteresowane tematem osoby do dyskusji na temat miejsca Polski i Europy w powstającym na naszych oczach nowym porządku światowym, w którym centrum politycznym i gospodarczym świata stała się Azja.

Chiny, Indie, Rosja, kraje Arabskie są już dziś centrum gospodarczym i finansowym świata. Europa, ze względów geograficznych, ekonomicznych i politycznych jest częścią EuroAzji. Jaka będzie rola Polski i Europy na kontynencie EuroAzjatyckim do 2050 roku ? Czy polscy politycy potrafią wznieść się ponad swoje partykularne interesy i stworzyć długofalowy plan dla Polski w ramach wspólnoty EuroAzjatyckiej ?

Zapraszam do dyskusji.

Marcin Nowak, EuroAsiaTime Group

Więcej informacji: EuroAzja - Unia polityczna i gospodarcza ( GoldenLine.pl )

 

Komentarze (0)
O mnie
Marcin Nowak EuroAsiaTime BiznesAzja Aladyns
EuroAsiaTime Group Marcin Nowak
Najnowsze wpisy
2008-11-15 22:39 Premier podsumowuje wizytę w Chinach
2008-11-15 22:39 Nadchodzi azjatycka unia monetarna - Money.pl
2008-11-15 22:37 LEKCJA CHIŃSKIEGO TUSKA
2008-11-15 22:35 RZĄD POKOCHAŁ KOMUNISTÓW
2008-11-15 22:34 Europejczycy i Amerykanie tracą wpływy
2008-11-15 22:32 Pekin zatriumfował nad podzielonym Zachodem - Dziennik.pl
2008-11-15 22:30 Chiny i Tadżykistan doszły do porozumienia
2008-07-25 00:07 Rosja i Chiny zakończyły 40-letni spór o granicę
2008-07-19 18:44 Rosyjskie propozycje dotyczące ogólnoeuropejskiego szczytu
2008-07-19 16:49 Unia Euro-Azjatycka - jedyna szansa dla Polski i Europy
2008-07-19 16:47 Ameryka dokonuje w Iraku rozboju w biały dzień
2008-07-19 13:48 Europa powinna zawrzeć długoterminowe umowy z Rosją
2008-07-19 13:39 Rosyjsko-chińskie weto w Radzie Bezpieczeństwa
2008-07-19 13:28 Świat wkracza w epokę państwa rynkowego
2008-07-19 13:26 Czy Indie będą superpotęgą?
2008-07-19 13:21 Nowa rewolucja. Czy Chińczycy obalą tyranię partii?
2008-07-19 13:19 Zachód w rękach Wschodu
2008-07-19 13:09 Polska katastrofa w Chinach
2008-07-19 13:07 SZANGHAJSKA ORGANIZACJA WSPÓŁPRACY
2008-07-19 12:47 Chiny z 3.760.000 żołnierzy są najliczniejszą armią świata
2008-07-19 12:44 Rosja: Chiny to przyjaciele, USA - wrogowie
2008-07-19 12:43 Jak opisać dzisiejszy ład międzynarodowy?
2008-07-19 12:42 Z Europą nikt na świecie już się dziś nie liczy
2008-07-19 12:40 Pekin wyruszył na gospodarczy podbój Afryki.
2008-07-19 12:38 Chiny w roli największej gospodarki świata
2008-07-19 12:36 Chiny bez Polski przeżyją, Polska bez Chin - raczej nie.
2008-07-19 12:35 Azjatycka ekspansja. Zachód traci przywództwo w świecie
2008-07-19 12:33 Arabscy szejkowie i chińscy komuniści gromadzą miliardy USD
2008-07-19 12:31 Chiny zastępują USA w roli globalnego lidera - Dziennik.pl
2008-07-19 12:30 Witam!
Najnowsze komentarze
2014-01-06 19:22
najlepszeprezenty.com.pl:
Chiny bez Polski przeżyją, Polska bez Chin - raczej nie.
pozdrowienia :)
2013-12-22 00:31
sw-elzbieta.com:
Chiny bez Polski przeżyją, Polska bez Chin - raczej nie.
Wesołych świąt! :)
2013-10-18 13:12
group:
Chiny bez Polski przeżyją, Polska bez Chin - raczej nie.
mega blog
Kategorie
Ogólne
Archiwum
Rok 2008